poniedziałek, 10 lipca 2017


Mt 9, 18-26
Gdy Jezus mówił do uczniów, oto przyszedł do Niego pewien zwierzchnik synagogi i oddając Mu pokłon, prosił: «Panie, moja córka dopiero co skonała, lecz przyjdź i połóż na nią rękę, a żyć będzie». Jezus wstał i wraz z uczniami poszedł za nim… Gdy Jezus przyszedł do domu zwierzchnika i zobaczył fletnistów oraz tłum zgiełkliwy, rzekł: «Odsuńcie się, bo dziewczynka nie umarła, tylko śpi». A oni wyśmiewali Go. Skoro jednak usunięto tłum, wszedł i ujął ją za rękę, a dziewczynka wstała. Wieść o tym rozeszła się po całej tamtejszej okolicy.
Określam ten fragment jako „Ewangelię nadziei.” Kiedy wszyscy poddają się rozpaczy, rozkładają ręce i snują najbardziej tragiczny scenariusz, wchodzi na „scenę” Chrystus i czyni niesamowite rzeczy. Nadzieja polega na oczekiwaniu, że spełni się to, czego się pragnie, a czego jeszcze nie ma. Wiele razy towarzyszyłem rodzicom posiadającym ciężko chore dzieci w ich bólu. Najczęściej były to choroby nowotworowe, zaskakujące i pojawiające się nagle niczym wyrok. Były to trudne – często dramatyczne momenty w których nie tylko brakowało słów pociechy, ale nade wszystko był to wielki sprawdzian wiary. Często ludzie w niemożliwości zaradzenia chorobie dziecka, zasklepiali się w najgorszych myślach o końcu. Spoglądali w oczy cierpiącego dziecka i nic nie potrafili zrobić. Ich serca napełniały się smutkiem, a niekiedy pretensjami do Boga. Mentalnie już wchodzili w śmierć dziecka, gdzie jeszcze ostatnie słowo nie należało do śmierci. W takiej chwili pozostaje tylko pociecha płynąca z modlitwy, towarzyszenie i miłość. Nie można nigdy zrezygnować z nadziei. Nie można zamykać się w bólu i rozpaczy wchodząc w tragizm niemożności uczynienia czegokolwiek. To nie my zakreślamy linię granicy między życiem a śmiercią. „Odsuńcie się, po dziewczynka nie umarła, tylko śpi”- mówi Chrystus stają w samym centrum tego najbardziej traumatycznego wydarzenia. Wiara zawsze jest wsparta nadzieją, ponieważ jak mówi św. Paweł „wiara jest poręką tych dóbr, których się nie spodziewamy” (Hbr 11,1). Jeden z Ojców pustyni powie nawet mocniej: „Jeśli nie wierzysz, nie masz też nadziei.” Cokolwiek się wydarzy człowiek nie powinien rezygnować z nadziei, że ktoś mu naprawdę bliski może zostać uzdrowiony; jeśli wyzna wiarę w Chrystusa będąc w pełni przekonanym że w Nim jest zdrowie i nowe życie. Kiedy zamkną się szanse w przestrzeni szpitala, nigdy Bóg nie zamyka swoje lecznicy. Święty Diadoch z Fotyki określa nadzieję jako „miłosną wędrówkę ducha ku temu, na co ma się nadzieję.” Cokolwiek się może wydarzyć Chrystus zawsze jest w tej sytuacji obecny. Podnosi na duchu, kładzie dłoń na sercu dziecka i tych których serca są jak spękana ziemia. Czasami mówi: Talitha cum. A niekiedy mówi do rodziców: „Pozwólcie dziecku przyjść do Mnie.” Te dwie sytuacje przenika nadzieja.

niedziela, 9 lipca 2017


Mt 11, 25-30

W owym czasie Jezus przemówił tymi słowami: «Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te  rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom. Tak, Ojcze, gdyż takie było Twoje upodobanie. Wszystko przekazał Mi Ojciec mój. Nikt też nie zna Syna, tylko Ojciec, ani Ojca nikt nie zna, tylko Syn i ten, komu Syn zechce objawić…  

Kiedy radziecki astronauta Gagarin powrócił z wyprawy na księżyc, postawiono mu światopoglądowe pytanie które przeszło błyskawicznie do historii: Czy widziałeś tam Boga ? Miał wtedy odpowiedzieć: „Patrzałem i patrzałem, ale nie zobaczyłem Boga”. Jeden z prawosławnych księży miał skomentował te słowa następująco: „Skoro nie zobaczyłeś Boga na ziemi, to nie jesteś wstanie dostrzec go tam wysoko.” Podobno po wielu latach sam Gagarin miał wycofać się z tych słów, tłumacząc się lękiem przed ateistyczną ideologią i sowieckimi represjami. Chrystus w dzisiejszej Ewangelii mówi o prostaczkach którzy przybliżają się do tajemnicy Boga w pokorze serca i powściągliwości intelektu. Bogu Abrahama, Izaaka i Jakuba – myśliciel Pascal przeciwstawia Boga filozofów i uczonych. Bogu Jezusa Chrystusa protestancki teolog Barth przeciwstawiał Boga religii. Te dwa przykłady wskazują na zbyt duże uogólnienia i żłobią niepotrzebne wąwozy między tymi tropami poznania lub jego braku. Metropolita Atanazy Jevtic,  opisywał spotkanie z pewnym marksistą którego poznał w Belgradzie. Nastąpiła wymiana myśli miedzy wierzącym a poszukującym odpowiedzi mężczyzną: „Mówisz mi o chrześcijańskim mistycyzmie, a kojarzy mi się to z kotem, który wyleguje się na słońcu i jest po prostu znudzony życiem.” Na co odpowiedział spokojnie duchowny: „Chrześcijaństwo to radość spotkania i dobrego wyboru. To szczególne doznanie miłości – ile byś jej nie smakował, ciągle pozostawia cię z uczuciem niedosytu. Nigdy nie doznajesz przesytu, ale czujesz się tak, jak gdybyś chciał wyjść ponad swe fizyczne ograniczenia…” Nie wiem jaki był finał tej krótkiej rozmowy, ale w tych słowach zawiera się jakiś refleks tego, o czym powiedział Chrystus: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy…” Doskonale to rozumieli starożytni asceci chrześcijańscy przebywający na pustyni, dlatego mówili: „nikt nie może poznać Boga, jeśli najpierw nie poznał siebie.” Wiara zatem jest naszym wewnętrznym aktem – odwagą wyjścia poza siebie, poza własne konstrukcje myślenia i projekcje którymi chce nas wypełnić świat. Przez wiarę rozum nie tylko uznaje swoje ograniczenie, ale poznaje i podnosi się ku tajemnicy, która staje naprzeciw jako swoisty fenomen, a czasem paradoks. Wiara jest jedynym sposobem poznania tego, co przekracza poznanie rozumiane w kategorii aktywności intelektu. Starotestamentalni mężowie – Mojżesz i Eliasz, byli naprzeciw przemienionego Chrystusa na górze Tabor- weszli w „Obłok niewiedzy.” A uczniowie pełni zachwytu i przecierający oczy o nadmiaru światła, usłyszeli na dnie serca: „Podnieście oczy i patrzcie.” To wszystko wymagało od nich całkowitego ogołocenia i ostatecznie zderzenia z krzyżem. Po takim doświadczeniu nie można już nie wierzyć, czy szwendać się w gąszczu enigmatycznych pojęć czy dylematów. Ujęli Boga swoją prostotą, a On w nich zamieszkał i wszystko stało się jasne. Kiedy zeszli z góry pytali ich zapewne pozostali apostołowie: Co zobaczyliście ? Bili się z myślami i przecierając podrażnione oczy od światła, odparli: To tajemnica naszej duszy. Ale  spowijająca ich twarze radość mówiła wszystko.

 

sobota, 8 lipca 2017

Ps 135

Chwalcie Pana, bo Pan jest dobry,
śpiewajcie Jego imieniu, bo jest łaskawy.
Pan bowiem wybrał sobie Jakuba,
na własność wyłączną wybrał Izraela.

Poranek umilał mi średniowieczny chorał Chant Mozarabe Cathedrale de Tolede- perełka muzyczna zrodzona w środowisku hiszpańskich chrześcijan żyjących pod panowaniem muzułmańskim. Pomyślałem że napiszę o muzyce – tej świętej, otwierającej portal niebiańskich przybytków. Muzyka obok dynamicznie rozwijających się sztuk plastycznych od początku chrześcijaństwa była jedną z najważniejszych odprysków Bożego piękna i wypadkową ludzkiej twórczości. To swoisty język ukrytych znaczeń, drgań duszy, metafizycznego dialogu. Muzyka to niebiańska harmonia sfer – mówili starożytni upatrując w niej ideę kosmosu, świata i poruszającego się pomiędzy nimi z uniesioną duszą człowieka. Śpiew był od zawsze integralną częścią kultu chrześcijańskiego Misterium. Święty Paweł mówi nam o ‘psalmach i hymnach, i pieśniach pełnych ducha” i niewykluczone że te poetyckie utwory Starego Testamentu wypełniały liturgię, czyniąc ją czymś na wskroś symfonicznym i mistycznym. Muzyka rodziła się z ludzkiego serca i geniuszu; powstawała analogicznie do cudu architektury bizantyjskiej, romańskiej, gotyckiej, czy napuszonego w bogactwie form baroku. Już Pliniusz Młodszy, będąc namiestnikiem prowincji w Azji Mniejszej podaje w swoich pismach, że gdy chrześcijanie się gromadzili, śpiewali pieśń ku czci Chrystusa jako Boga. Jeden z pierwszych męczenników młodego Kościoła Justyn pisał, że Boga należy wychwalać „poprzez uroczyste celebracje i śpiewać hymny”, dziękując za akt stworzenia i odkupienia. Czajkowski słynny rosyjski kompozytor miał powiedzieć, że „gdzie nie ma serca, muzyka istnieć nie może.” Bijącym sercem Kościoła jest Chrystus uwielbiany w bizantyjskich hirmosach, w monadycznym charakterze chorału gregoriańskiego i cudownej kołysającej duszę polifonii Palestriny. W XX wieku grupa archeologów odnalazła w Egipcie papirus z fragmentem wczesnochrześcijańskiego hymnu dedykowanemu ku czci Trójcy Świętej. Papirus był fantastycznym odkryciem; grecki tekst hymnu i dołączona do niego notacja muzyczna – litery oznaczające melodię do której należało go śpiewać. Dzisiaj możemy go bez jakiejkolwiek trudności odtworzyć. Słowa i melodia przenosi nas w świat starożytnych chrześcijan z nad Nilu, którzy tak jak my wypowiadali Bogu chwałę. Wczytajmy się w treść tego hymnu: „Niech zapadnie cisza. Niech zgaśnie blask lśniących gwiazd. Niech uspokoją się wiatry i hałaśliwe rzeki. W czasie, gdy śpiewamy hymn Ojcu, Synowi i Duchowi Świętemu. Niech wszystkie moce dodadzą „amen”, „amen”. Potęgi, chwalcie bezustannie i oddawajcie chwałę Bogu- Jedynemu dawcy dobra, amen, amen.” Będąc bogatymi o wiele wieków historii, już dzisiaj wiemy, że liturgia była utkana ze śpiewu i ciszy. Śpiew podnosił Kościół ku górze, cisza osadzała w tajemnicy i bliskości przychodzącego Boga. „Wszystkie te rzeczy dokonują się, gdy wszyscy milczą”- pisał Teodor z Mopsuestii wskazując na wzajemne przenikanie się tych dwóch komponentów sacrum. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa ukształtowały się lokalne tradycje muzyczne na Wschodzie i Zachodzie. Zapisywano znane melodie, utrwalano je w wykwintnie przygotowanych księgach, opatrywano komentarzami. Muzyka na dobre zadomowiła się w Domu Bożym, pobudzając duchowników maszerujących w procesyjnych korowodach- nasuwających skojarzenie z tańcem naśladując tym samym euforię szczęścia Maryi wyśpiewującej swój Magnificat. „Nic dziwnego, że słuch znajduje rozkosz w różnorodności dźwięków, podobnie jak wzrok cieszy się różnorodnością barw, jak węch podnieca się różnorodnością, a język raduje zmianą smaków- pisał Gwidon z Arezzo- Słodycz dających rozkosz rzeczy w cudowny sposób przenika, jak przez okno, w głąb serca.” Muzyka jest zatem opowieścią o Wieczności jakkolwiek ją pojmujemy. Dźwięki harmonijnie ze sobą splecione odpowiadają kulturze ducha i pragnieniu wzniesienia się ponad egzystencję. „Jeżeli każdy człowiek stworzony na obraz Boży jest żywą ikoną Królestwa Niebieskiego- napisał P. Evdokimv- W chwili swego Wielkiego Przejścia Duch Święty lekkim dotknięciem swoich palców muśnie ikonę i ślad tego dotknięcia pozostanie na niej na zawsze. W tej ;wiekuistej liturgii” wieku przyszłego człowiek będzie śpiewał chwałę swemu Panu za pośrednictwem wszystkich elementów kultury, które przeszły przez ogień oczyszczenia.”

piątek, 7 lipca 2017


Ps 106  
Chwalcie Pana, bo jest dobry,
bo na wieki trwa Jego łaska.
Któż wysłowi potężne dzieła Pana
i rozgłosi całą Jego chwałę?
Czas wakacji sprzyja licznym podróżom, wyprawom, przemierzaniem nowych szlaków, poszerzaniem horyzontów. Często celem tych wędrówek po nieznanych miejscach jest pragnie odzyskania równowagi – pewnej higieny życia fizycznego i duchowego. Wielu ludzi szuka takich miejsc, gdzie można oderwać się choć na chwilę od zgiełku galopującego w zawrotnym tempie świata i od hałasu, który wdziera się w nas na różne możliwe sposoby. Przeglądając przewodniki turystyczne bardzo często szukamy miejsc ustronnych, a zarazem pięknych. Niezmącony ingerencją człowieka ekosystem - świat flory i fauny; jak również miejsca dotknięte historią dawnych wieków, zabytkowe kościoły i klasztory, pustelnie, ukryte na mapach miejsca spokojnej egzystencji. Osnową tych poszukiwań jest pragnienie zmiany otoczenia, a nawet jakiegoś nieuświadomionego zderzenia z sacrum. W słowach Psalmisty przeplata się estetyka i teologia, podziw oraz nieporadnie wyartykułowane uwielbienie. Jeżeli ktoś uważnie podejmuje lekturę Biblii to może odkryć pewną zaskakującą umiejętność zatrzymywania się nad pięknem tego, co jest wstanie zarejestrować ludzkie oko. To, co ogarnia ludzki wzrok jest śladem obecności Boga. Ten obraz w naturalny sposób przechodzi do serca i przeistacza nasze poznanie w modlitwę utkaną z podziwu. Wiele razy odczułem takie zdumienie. Czasami przechodziłem przez mnóstwo muzealnych sal podziwiając wielkie dzieła sztuki, ale ten estetyczny ogląd nie zaspokoił do końca mojego głodu piękna. Znowu znajdując się w jakiś ustronnym miejscu, oddalonym od znanych szlaków odczułem niejednokrotnie takie uczucie, które było czymś na wskroś religijnym. Pierwsza myśl która przeszła przez głowę to taka: Boże jak to cudownie pomyślałeś ! Hans Urs von Balthasar jeden z nielicznych teologów- estetyków, określił świat stworzony przez Boga jako „kosmiczną liturgię”. Jest w tym jakaś głęboka intuicja i świadomość postrzegania palca Bożego w świecie. Świat wytryskuje z pod dłoni Stwarzającego, już w swojej wyjściowej postaci zostaje przyodziany w piękno – jest w tym jakieś napięcie ku transcendencji. Ojcowie Kościoła potrafili odkryć te drobne detale i zależności; widzieli doskonale, że człowiek jest „miejscem połączenia między tym co, co Boskie i co, ziemskie”. W ten sposób jak powie jeden ze starożytnych intelektualistów: „świat przeznaczony jest do tego, aby przez człowieka stać się „obrazem obrazu.”Wchodzimy tutaj w jakąś metafizykę piękna. Święty Augustyn z pewnością by dopowiedział, że „w Trójcy Świętej mamy początek wszystkich rzeczy, doskonałe piękno, pełnię radości.” Wchodząc w świat, wkraczamy w realizm uzewnętrznionego piękna jako pocałunku Boga – Wielkiego Estety. Kabała enigmatyczna księga filozofii żydowskiej, naucza o Niebieskim Adamie. „Człowiek – głosi Zohar – jest zarazem punktem wyjścia i najwyższym punktem stworzenia. Dlatego został stworzonym siódmego dnia. Gdy tylko pojawił się człowiek, wszystko zostało zakończone, i świat niższy i wyższy, gdyż wszystko to zostało zawarte w człowieku, on jednoczy wszystkie formy.” Teraz człowiek na nowo wkracza w świat, aby odkryć sens własnego bytu i spotkać piękno uobecnione w Chrystusie. Jak powie rosyjski filozof Bierdiajew: „Adam jest zrodzony przez Chrystusa jako nowy człowiek duchowy, już nie jest pasywnym i stłamszonym ślepcem, ale widzącym twórcą, synem Bożym kontynuującym dzieło Ojca.” Wchodzimy zatem w świat jako „cząstka kosmosu”, aby odnaleźć swoje spełnienie w Pięknie Absolutnym.

czwartek, 6 lipca 2017

Mt 9, 1-8

Jezus wsiadł do łodzi, przeprawił się z powrotem i przyszedł do swego miasta. A oto przynieśli Mu paralityka, leżącego na łożu. Jezus, widząc ich wiarę, rzekł do paralityka: «Ufaj, synu! Odpuszczone są ci twoje grzechy». Na to pomyśleli sobie niektórzy z uczonych w Piśmie: On bluźni. A Jezus, znając ich myśli, rzekł: «Dlaczego złe myśli nurtują w waszych sercach? Cóż bowiem łatwiej jest powiedzieć: „Odpuszczone są ci twoje grzechy”, czy też powiedzieć: „Wstań i chodź!” Otóż żebyście wiedzieli, iż Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów» – rzekł do paralityka: «Wstań, weź swoje łoże i idź do swego domu!»


Mam wrażenie od dłuższego czasu, że istnieje taka niebezpieczna tendencja psychologizowania ludzkiego życia. Na każdy ludzki kryzys próbuje się odnaleźć adekwatne antidotum na gruncie swoistego „eksperymentu psychologicznego”. To leczenie dokonuje się często na zewnątrz w oparciu różne determinanty. Jest to jakaś próba opowiadania o człowieku; szukania sposobu aby rozwiązać konkretne problemy, ale niestety bardzo często na powierzchni. Z drugiej strony, nie można bagatelizować roli współczesnych nauk, ale takie działania są niewystarczające, szczególnie wtedy kiedy problem dotyka wnętrza i oddziaływuje na zewnątrz. Terapia nigdy nie zastąpi spowiedzi, nie ma władzy rozgrzeszania i powiedzenia: „Wstań i idź” lub „Bóg który cię kocha odpuszcza ci grzechy.” Prawdziwe uzdrowienie dokonuje się w środku człowieka, ale ono ma wymiar o wiele głębszy niż podręcznikowe - szkolne założenia. „Przez Chrystusa – powie św. Grzegorz z Nazjanzu- odnowiona zostaje integralność naszej natury, przez to, co On przedstawia topicznie, jako archetyp tego, czym my jesteśmy.” Proces uzdrowienia i wychodzenia z szeroko rozumianych kryzysów, dokonuje się w przestrzeni wiary – „Ufaj synu !” Jedna z modlitw przed spowiedzią brzmi następująco: „Przyszedłeś do lekarza, nie odchodź więc, dopóki nie zostaniesz uzdrowiony.” Już w tych słowach wyraża się pragnienie odzyskania na nowo zdrowia; wewnętrzne przekonanie o tym, że Ten do którego przychodzę ma władzę zdjęcia ciążącego balastu z dna mojej duszy. Święty Efrem pisał: „że początkiem zbawienia jest poznanie samego siebie.” Inaczej mówiąc, chodzi o uzewnętrznienie tego, co jest w człowieku paraliżujące, toksyczne, odbierające wolność dziecka Bożego. Człowiek zdaniem mądrych i wypróbowanych w ascezie Ojców, winien nieustannie badać swoje serce – dostrzegać to, co jest powodem oddalenia od Boga. Chrześcijanie prawosławni ten rodzaj penetracji własnego wnętrza określają mianem pokajania. Z pokajania rodzi się doskonały żal, skrucha i łzy, a ostatecznie łaska uzdrowienia. Uznając siebie za grzesznika, mając świadomość swojej niemocy, uznając stan własnego odseparowania od Niego – wchodzimy na drogę wolności. Święty Izaak Syryjczyk wyrazi to w głębokich słowach: „Znający swoje grzechy jest większy od tego, kto modlitwą wskrzesza zmarłych. Kto wzdycha jedną godzinę nad swą duszą jest większy od tego, kto służy całemu światu kontemplacją. Komu było dane zobaczyć samego siebie jest większy od tego, komu dane było oglądać anioły.” Współczesny człowiek przestał zastanawiać się nad stanem własnego wnętrza, zdaje się cierpieć na duchową amnezję i wyparcie; przestał się posługiwać lekarstwem modlitwy. Współczesność nazwała religię „zbiorową neurozą i chimeryczną deformacją życia”. Człowiek nowoczesny i apatyczny wobec religii, poraniony szuka szczęścia gdzie indziej... W konsekwencji przeszywającego bólu egzystencjalnego i zmagania duszy ląduje na kuszetce pierwszego lepszego gabinetu. Ta szamotanina będzie trwała zaleczana doraźnymi lekarstwami, do momentu kiedy modlitwa pozwoli mu poznać stan własnej duszy.

środa, 5 lipca 2017




Mt 8,28-34


Gdy Jezus przybył na drugi brzeg do kraju Gadareńczyków, wybiegli Mu naprzeciw dwaj opętani, którzy wyszli z grobów, bardzo dzicy, tak że nikt nie mógł przejść tą drogą. Zaczęli krzyczeć: „Czego chcesz od nas, Jezusie, Synu Boży? Przyszedłeś tu przed czasem dręczyć nas?” A opodal nich pasła się duża trzoda świń. Złe duchy prosiły Go: „Jeżeli nas wyrzucasz, to poślij nas w tę trzodę świń”. Rzekł do nich: „Idźcie”. Wyszły więc i weszły w świnie. I naraz cała trzoda ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora i zginęła w falach…  


Wczoraj czytaliśmy w Ewangelii jak Chrystus ujarzmił burzę, poskromił przelewające się przez łódź fale wody, uspokoił rozszalałe żywioły, zdołał uspokoić zalęknione serca uczniów. Czytam dzisiejszy epizod jak świetnie podany news; w tym opisie wszystko jest tak nieprawdopodobne, a nawet trochę tragikomiczne. Wejdźmy w sam środek tego wydarzenia, wczujmy się w położenie Gadareńczyków. W ich okolicy wydarzyło się coś tak bardzo zaskakującego. Biegną nad jezioro, a ich wzrok zostaje dotknięty dwoma obrazami. Z jednej strony trzoda potopionych świń, które do nich nie należały, a z drugiej dwóch opętanych ludzi.  W centrum tego wydarzenia stoi Chrystus dotknięty dylematem dokonania wyboru: trzoda świń lub dwóch potrzebujących uwolnienia ludzi. Bilans jest klarowny- o dwóch ludzi uwolnionych więcej, o stado świń mniej. Chrześcijaństwo z uporem opowiada o Bogu, który do szaleństwa ukochał człowieka; On odcina demoniczne pęta, zasklepia wyżłobione przez liczne grzechy rany. W świetle przesłanek ekonomicznych ta decyzja to czyste szaleństwo; człowiek którego te świnie są własnością będzie klepał biedę do końca życia. „Trzeba jednak zapłacić jakąś cenę za „wyzwolenie” dwóch ludzi. Chrystus żąda tej zapłaty od Gadareńczyków. Żąda by w swych sercach uznali, że człowiek jest ważniejszy do świń.” Łatwiej jest zachować świnie i pozostać w mocy opętania. Święty Izaak Syryjczyk zauważa, że „ten, kto nie powierza swojej woli Bogu, poddaje się swemu wrogowi”. To nie jest prosta transakcja biznesowa. Przecież świnie to dobra lokata na dobrze zaplanowaną przyszłość; a tu w grę wchodzą takie straty. Chrystus również od nas żąda jasnego wyboru. Na jednej szali człowiek. Na drugiej wszystkie zabezpieczenia i finansowe wentyle bezpieczeństwa. Zgoda na obecność Chrystusa zależy od wahań tej wagi. Święty Jan Chryzostom powie: „Boski lekarz nie uzdrawia nas wbrew nam samym.” A z drugiej strony ubezwłasnowolniony człowiek nie jest wstanie decydować o swoim życiu – potrzebuje brata. Chrześcijanin to człowiek dla którego bliźni jest darem, a świnie są drugorzędne. Obrońcy zwierząt zarzucą mi, że to bolesna radość.


 

wtorek, 4 lipca 2017

Mt 8, 23-27

Gdy Jezus wszedł do łodzi, poszli za Nim Jego uczniowie. A oto zerwała się wielka burza na jeziorze, tak że fale zalewały łódź; On zaś spał. Wtedy przystąpili do Niego i obudzili Go, mówiąc: «Panie, ratuj, giniemy!» A On im rzekł: «Czemu bojaźliwi jesteście, ludzie małej wiary?» Potem, powstawszy, zgromił wichry i jezioro, i nastała głęboka cisza. A ludzie pytali zdumieni: «Kimże On jest, że nawet wichry i jezioro są Mu posłuszne?»

Jakimś paraliżującym symptomem ponowoczesności jest lęk człowieka przed porzuceniem i samotnością; strach przed katastrofą i natychmiastowym wywróceniem życia do góry nogami. W gwałtownym „dyskursie” dzisiejszej Ewangelii Chrystus przeprowadza test na który zdaje się, nie są przygotowani jego uczniowie. Nie spodziewali się, że aura się zmieni a łódka stanie się małą łupiną dryfującą wobec żywiołu wiatru i wody. Nawet najtwardszy sen trzymający w ramionach Morfeusza, może być wytrącony jedną myślą lub gestem Boga. Czy to sprawdzian wiary, wierności, miłości ? W moim odczuciu jest to sprawdzian wiary. Chrystus wybiera ekstremalny sposób, aby wypróbować przyszłych adeptów ewangelizacji i potencjalnych męczenników za wiarę. Chce im pokazać, że ich przyszłe zmagania są większe i wymagające maksymalnej determinacji, niż strach siedzenia w rozkołysanej łódce. Kościół to łódź która musi przepłynąć po morzu doczesności; będą się przez nią przelewać fale ignorancji i niewiary, negacji i miażdżącej ideologicznej wojny, ale one nie powodują katastrofy- tylko brak wiary ! Henri de Lubac wskazywał, że należy wierzyć Kościołowi, lecz nie wolno wierzyć w Kościół, gdyż byłaby to idolatria. Kiedy chrześcijanin spuści wzrok z Chrystusa będąc przekonanym, że Bóg nie śpi i nie ma powodu, by z nim czuwać i tworzyć wspólnotę – wtedy zacznie tonąć. Niektórzy tak mocno się usadowili w Kościele, że najchętniej by innych wyrzucili poza jego burtę. Niech przestrogą będą dla nas słowa św. Augustyna: „Otóż pierwszą rzeczą, o jakiej nas trzeba było przekonać, jest wielka miłość Boga do nas, abyśmy przez rozpacz nie stracili odwagi do powstania i pójścia do Niego. Abyśmy jednak nie pysznili się naszymi rzekomo zasługami, abyśmy jeszcze bardziej nie oddalili się od Niego i w poczuciu naszej mocy nie stali się jeszcze słabsi, dlatego należało nam pokazać, w jakim stanie Bóg nas ukochał. Dlatego tak z nami postąpił, abyśmy raczej Jego mocą szli naprzód, i żeby siła miłości wzrastała w ten sposób w słabości i pokorze.” Nie wolno przespać próby. Nie wolno nie pytać: Kimże On jest ?