czwartek, 20 lipca 2017


Mt 11, 28-30

Jezus przemówił tymi słowami: «Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie na siebie moje jarzmo i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokornego serca, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem słodkie jest moje jarzmo, a moje brzemię lekkie».

Masaccio na ścianach kaplicy Brancacciego we Florencji namalował intrygującą scenę wygnania z Raju pierwszych rodziców. Zdruzgotani utratą szczęśliwości, pełni wstydu i zasklepienia w sobie wchodzą na drogę cierpień; namacalnie wyczuwamy to napięcie emocjonalne – opowiedziane pędzlem artysty: bezradność, wstrząs, samotność, drżenie, łzy, strach. Odtąd życie pierwszej ludzkiej wspólnoty będzie spękane niczym skamieniała ziemia, zroszone łzami wygnania. Ta droga prowadzi ich jednak do następnej sceny; malarz nie kończy wizji na tej dramatycznej narracji. Jesteśmy już na brzegu jeziora Genezaret, Chrystus wśród uczniów i początek misji Kościoła. Masaccio z teologiczną precyzją odzwierciedla myśl św. Pawła w kontraście dwóch postaci: pierwszego Adama, który zerwał relację z Bogiem i wszedł w grzech- naznaczając nim historię ludzkości, i Nowego Adama, który przyniósł miłość rehabilitującą grzeszny stan i otwierającą na powrót Bramy Raju. Mamy tu wyraźny obraz stworzenia i odkupienia. Przesłanie tych sekwencji malarskich jest proste- Bóg nie przestał kochać człowieka. Nie porzucił go, nie strącił w otchłań rozpaczy. Dlatego ikonografia chrześcijańskiego Wschodu ukazuje Nowego Adama jako zstępującego do ciemnej czeluści podziemnego świata i uwalniającego z demonicznych okowów niewoli Adama i Ewę. Chrystus głosi niewolnikom Ewangelię zbawienia: „Skruszyłeś odwieczne rygle wiążące niewolników.” Wychodząc z grobu historii, unicestwia piekło i przywraca stan edenicznej harmonii. „Na wielu ikonach Chrystus niesie drewniany krzyż, na którym umarł, i w ten sposób uświadamia chrześcijanom o drzewie, z którego Adam i Ewa zerwali zakazany owoc” (O’Collins). Wyzwoleni prarodzice prefigurują wszystkich ludzi odkupionych drogocenną krwią Baranka. „Chrystus Mesjasz, jest nie tylko Odkupicielem, który skreślił zapis dłużny i obmywa nas ze wszystkich grzechów- pisał D. Hildebrand- jest On także dawcą nowego, Boskiego życia, które ma nas całkowicie przemienić i uczynić „nowymi ludźmi”. Mamy zatem przyjść do Chrystusa i pozwolić się przeobrazić, zagarnąć miłości uzdrawiającej i wskrzeszającej, która niczym pulsujący gejzer bije dla nas. Jedyne co należy zrobić to stać się z Nim jedno. Zakończę mądrym żydowskim opowiadaniem. Na łożu śmierci zapytano rabina, jak myśli- jak to będzie w królestwie Bożym ? Będący już u schyłku życia mędrzec zaczął się chwilę zastanawiać. Następnie odparł: „Naprawdę, nie wiem. Ale jedno wiem. Gdy się tam znajdę, Bóg nie spyta: „Dlaczego nie byłeś Mojżeszem ?”- ani: „Dlaczego nie byłeś królem Dawidem ?” On mnie zapyta: „Dlaczego nie byłeś rabbim Zuschą ?” Każdy z nas może odnaleźć w Bogu swoje życie, tak jak kiedyś Bóg będzie chciał w nas odnaleźć Siebie. „Przyjdźcie do Mnie wszyscy !”

środa, 19 lipca 2017


Wj 3, 1-6. 9-12

Gdy Mojżesz pasł owce swego teścia imieniem Jetro, kapłana Madianitów, zaprowadził owce w głąb pustyni i doszedł do Góry Bożej Horeb. Wtedy ukazał mu się Anioł Pański w płomieniu ognia, ze środka krzewu. Mojżesz widział, jak krzew płonął ogniem, a nie spłonął od niego. Wtedy Mojżesz powiedział do siebie: «Podejdę, żeby się przyjrzeć temu niezwykłemu zjawisku. Dlaczego krzew się nie spala?» Gdy zaś Pan ujrzał, że podchodzi, by się przyjrzeć, zawołał Bóg do niego ze środka krzewu: «Mojżeszu, Mojżeszu!» On zaś odpowiedział: «Oto jestem». Rzekł mu Bóg: «Nie zbliżaj się tu! Zdejmij sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz, jest ziemią świętą». Powiedział jeszcze Pan: «Jestem Bogiem ojca twego, Bogiem Abrahama, Bogiem Izaaka i Bogiem Jakuba». Mojżesz zasłonił twarz, bał się bowiem zwrócić oczy na Boga…

Spotkanie Mojżesza z Bogiem na Horebie jest jednym z najbardziej zdumiewających wydarzeń Starego Testamentu. Chcielibyśmy się zakraść u podnóża góry i kontemplować ten epizod jako nasze – osobiste doświadczenie, przez które możemy wejść w Obłok Boskiego Światła. „Wiara jest dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy” (Hbr 11,1). Nie musimy zazdrość Mojżeszowi tej łaski bycia naprzeciw Boga; spoglądamy już na nią z perspektywy Nowego Testamentu i Chrystusa który na innej górze przemienił się na oczach świadków, „a Jego odzienie stało się lśniąco białe” (Łk 9,28). Mojżesz niczego innego nie pragnął jak tylko ujrzeć Chwałę Bożą. Nosimy to samo pragnienie, choć pewnie nie potrafimy sobie wyobrazić jak byśmy się zachowali w podobnej sytuacji. Droga Mojżesza na górę, jest odtwarzana przez chrześcijaństwo nieustannie na sposób mistyczny. Człowiek wiary musi przekroczyć siebie; porzucić na chwilę świat który go otacza, aby wejść w chwilę zachwytu i ognia- ekstaza duszy.. Święty Grzegorz z Nyssy w swoim dziele Żywot Mojżesza próbuje wyjaśnić nam ten duchowy proces: „Prawdziwe widzenie i prawdziwe poznanie tego, czego szukamy, polega właśnie na niewidzeniu, na świadomości, że nasz cel przekracza wszelką wiedzę i jest wszędzie odgrodzony od nas ciemnością niepoznawalności.” Niepoznawalność może być rozumiana jako nadmiar światła- intensywność przeżycia zamykająca zmysł wzroku, a otwierająca oczy serca. Dionizy Areopagita pisał: „I wtedy Mojżesz opuścił tych, którzy widzą, i to, co jest widzialne, i wstąpił w prawdziwie mistyczną ciemność niewiedzy, w której wykluczył wszystko, co pojmowalne przez wiedzę, i zanurzył się w tym, co całkowicie nieuchwytne i niewidzialne, należąc cały do Tego, który jest ponad wszystkim, a jednocześnie do niczego w ogóle; nie będąc ani sobą, ani kimś innym, najwznioślej zjednoczony przez absolutną bierność niewiedzy z Tym, który jest całkowicie niepoznawalny, i poznający ponad intelektem, przez absolutną niewiedzę.” Chrześcijaństwo pójdzie jeszcze dalej, dzięki Symeonowi Nowemu Teologowi, mistyka ciemności ustąpi miejsca mistyce światła. Płonący krzew, stanie się jasnością Taboru promieniującą z przebóstwionego ciała Bogaczłowieka. „Bóg jest światłością- powie Symeon- i widzenie Go przypomina światło. Teolog ten odważy się postawić pytanie: „Czy jesteś moim Bogiem ?”- by następnie usłyszeć odpowiedź: „Tak, Ja jestem Bogiem, który dla ciebie stał się człowiekiem; Ja uczyniłem cię i uczynię, tak jak to widzisz, bogiem.” Mowa tu o przebóstwieniu człowieka- utkanego niczym w kokonie nicą światłości. By przeżyć przemienienie Jezusa, trzej uczniowie musieli przyjąć Jego zaproszenie, zgadzając się na chwilowe odosobnienie, na opuszczenie codziennej rzeczywistości, obowiązków i rozmaitych obowiązków. „Tam, gdzie szli nie było niczego. Mieli jedynie wiarę w Jezusa i miłość do Niego. To właśnie one prowadziły ich wzwyż” (M. Pennington). Miał rację Trubieckoj dostrzegając w chrześcijaństwie zjednoczenie tego, co Boskie i ludzkie. Przemienienie Chrystusa na Taborze dowodzi, że „prawdziwe źródło życia pewnego dnia przyoblecze się w słońce; tego dnia, nasza relacja do słońca z zewnętrznej przemieni się w wewnętrzną, a całe życie zostanie przepojone jego blaskiem, tak jak szaty Chrystusa na górze Tabor.”

wtorek, 18 lipca 2017

Ps 69  

Patrzcie i cieszcie się, ubodzy,
niech ożyje serce szukających Boga.
Bo Pan wysłuchuje biednych
i swoimi więźniami nie gardzi.

Człowiek w świecie rozdzielanym przez duchową pustkę i krótkodystansowe doświadczenia szczęścia, spogląda w głąb własnego serca i widzi, mówiąc słowami Wiliama Blake’a że jest „bezdennym wąwozem.” W tej szamotaninie musi nastąpić jakiś duchowy zwrot, wspinanie się ku górze. Rabbi Nachman pisał: „Jak ręka trzymana przed oczami zasłania największą górę, tak małe ziemskie życie przesłania nam ogromne światła i tajemnice, których pełen jest świat, i ten, kto potrafi odsunąć je sprzed oczu, jak odsuwa się rękę, ujrzy wielki blask wewnętrznych światów.” Psalmista próbuje nam uchylić rąbek tego świata; pełen egzaltacji utkanej z niewypowiedzianego faktu odkrywania Boga, uwiarygodnia jak wielki jest Ten, wobec którego człowiek pragnie zatańczyć z radości. Serce poszukujące Boga jest synonimem kontemplacji – wędrówki w głąb siebie i duchowego oglądu. Średniowieczny mnich Wilhelm z Saint Thierry pytał siebie w duchu: „Gdzie jesteś, o Panie ? Gdzie ? I gdzie, o Panie, Ciebie nie ma ? Przynajmniej to jedno wiem i to niezachwianie, że Ty, w którym poruszamy się i jesteśmy – jesteś obecny tu ze mną. Z Twojej uzdrawiającej Obecności pochodzi tęsknota i omdlewanie mojej duszy za Twoim zbawieniem.” To nie są tylko słowa mistyka, takie emocje targają sercem każdego człowieka który jest gotowy na ryzyko przybliżenia się do „Niepoznawalnego”. Kiedy jest mi trudno przybliżyć się do Boga, czy rozkołysać duszę w modlitwie, czytam jeden krótki fragment Pieśni nad Pieśniami: „Ja śpię, lecz serce me czuwa: cicho ! Oto mój miły puka !” Ile to razy się szuka i nie znajduje, a nasz praktyczny rozum wyprowadza nas na manowce, niczym nawigacja która utraciła kontakt z nadajnikiem satelitarnym. Niektórzy dopiero otwierają Bogu drzwi kiedy już oddali się i zniknie im z przed horyzontu wzroku. Jeżeli tak się zdarzy, że przed drzwiami naszego życia nie będzie już Chrystusa to należy biec po Jego śladach…, biec, biec, aż do utraty tchu. Nie można pozostać w miejscu, trzeba pozwolić sercu bić intensywniej. Święty Augustyn pisał: „Radujmy się i dziękujmy, że jesteśmy nie tylko chrześcijanami, ale samym Chrystusem. Czy pojmujecie, bracia, łaskę, którą obdarzył nas Bóg wszechmogący ? Niech przepełni was zdumienie i radość – prawdziwie staliśmy się członkami Chrystusa.”

 

poniedziałek, 17 lipca 2017

Mt 10, 38

 Kto nie bierze swego krzyża, a idzie za Mną, nie jest Mnie godzien. Kto chce znaleźć  swe życie, straci je, a kto straci swe życie z mego powodu znajdzie je. Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje; a kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał…

W Krzyżu zawiera się głębia Bożej filantropii, największego obdarowania człowieka. Święty Augustyn pisał: „Wszystko, co działo się w życiu Chrystusa: ukrzyżowanie, pogrzebanie, zmartwychwstanie dnia trzeciego…, Jego słowa i czyny – jest obrazem naszego chrześcijańskiego życia na tej ziemi. Do Jego Krzyża odnoszą się słowa: „A ci którzy należą do Chrystusa, ukrzyżowali ciało swoje wraz z jego namiętnościami” (Ga 5,24). Przyjęcie Chrystusa nie może się dokonać bez identyfikacji z krzyżem. Czymże jest krzyż, jeśli nie prześladowaniem i cierpieniem ? „Nie jest to znak mityczny, lecz sama istota wiary” (J. Danielou). Musimy być realistami i zdać sobie sprawę z sytuacji w której żyjemy. Jesteśmy w świecie w którym każdy z nas jest narażony na cierpienie, niezrozumienie, pogardę i odrzucenie. Świat przestał się interesować sprawami zbawienia. Z życia wewnętrznego czyni wielką farsę, postrzegając religię jako kombinat przedawnionych i nikomu niepotrzebnych zabobonnych rytuałów. Takie przeświadczenia stawiają chrześcijan w sytuacji konfrontacji, opresji, gwałtu… Ilu z nas cierpi z powodu duchowej walki i zewnętrznych szyderstw wymierzonych w sprawy które są dla nas najważniejsze – najświętsze. Dopiero w tyglu doświadczeń, mocowania się ze sobą i przeciwnikiem naszej duszy, ostatecznie urzeczywistnia się misterium Krzyża i jego zwycięstwo. Bierdiajew mówił, że Chrystus uczy niesienia krzyża życia. Ale jego zdaniem „niesienie krzyża oznacza pełne światłości przeżywanie cierpienia, to znaczy inne, niż w mrocznym przeżywaniu cierpienia… Cierpienie jest doświadczeniem człowieka, doświadczeniem jego duchowych sił, ukierunkowania wolności, która ze swego pochodzenia poprzedza świat.” Po krzyżu przychodzi moment nagrody: „Dzisiaj będziesz ze Mną w raju”- powie Chrystus swoim wiernym przyjaciołom, tak jak łotrowi przeżywającemu dramat gehenny. Pozostaje nam zatem wołać słowami św. Jana Chryzostoma: „O Ty, który jesteś jedynym spośród jedynych i który jesteś wszystkim we wszystkich ! Błagamy Cię, rozciągnij swe ramiona nad Kościołem Twoim świętym i nad całym ludem Twoim świętym, zawsze Twoim.”

 

czwartek, 13 lipca 2017


Pierwsze doświadczenie misterium, to liturgia, którą sprawujemy. Życie liturgiczne jest nie tylko zwiastowaniem Dobrej Nowiny, ale także uczestniczeniem w nowym życiu. Piękno szczególnego rodzaju, które pochodzi nie z ciała, lecz z „cielesności przenikniętej Duchem,” zapoczątkowuje oświecenie naszych władz wewnętrznych za sprawą śpiewu, ikony, a nawet płomienia świec i zapachu kadzideł – gdyż węch jest najbardziej zmysłowym pośród zmysłów, najbardziej przyziemnym. Piękno jest liturgicznym imieniem Boga.        O. Clement

                                         


środa, 12 lipca 2017


Mt 10, 1-7

Jezus przywołał do siebie dwunastu swoich uczniów i udzielił im władzy nad duchami nieczystymi, aby je wypędzali i leczyli wszystkie choroby i wszelkie słabości. A oto imiona dwunastu apostołów: pierwszy – Szymon, zwany Piotrem, i brat jego Andrzej, potem Jakub, syn Zebedeusza, i brat jego Jan, Filip i Bartłomiej, Tomasz i celnik Mateusz, Jakub, syn Alfeusza, i Tadeusz, Szymon Gorliwy i Judasz Iskariota, ten, który Go zdradził. Tych to Dwunastu wysłał Jezus i dał im takie wskazania: «Nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego. Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela. Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie».


Z mozaiki fragmentów opisanych przez synoptyków, które przybliżają nas do zrozumienia tajemnicy wyboru i powołania, można zbudować sobie pewien spójny obraz: „Jezus wszedł na górę, aby się modlić, i całą noc spędził na modlitwie do Boga. Z nastaniem dnia… przywołał do siebie tych, których sam chciał, a oni przyszli do Niego. I ustanowił dwunastu, aby Mu towarzyszyli…” Zwróćmy uwagę na dwa sformułowania klucze: wybiera tych których chce, a drugi motyw zupełnie nowatorski to towarzyszenie. W tym przypadku „towarzyszenie” nie jest tylko podążaniem z kimś, sympatyczną wędrówką, czy biernością. Mamy do czynienia z maksymalnym zaangażowaniem; pozostawieniem w jakimś sensie własnego życia, wejściem w przygodę której cel do końca nie został jeszcze sprecyzowany. Uczeń podejmuje ryzyko ! To „seminarium duchowne” ma przede wszystkim wymiar praktyczny; codzienne sytuacje życiowe w których Bóg działa znaki i cuda stają w pełnym tego słowa znaczeniu fakultetem praktycznej teologii. „Naszym życiem powinniśmy ziemię na niebo przemieniać”- pisał św. Jan Chryzostom. Ta przemiana dokonuje się przez bliskość ucznia i Mistrza. Miał rację bizantyjski myśliciel Mikołaj Kabasilas: „Naśladować Chrystusa to żyć na wzór Chrystusa i żyć w Chrystusie, a jest to dziełem wolnej woli poddającej się Bożym planom.” Stąd pojęcie naśladowania, można rozumieć jako życie na wzór Mistrza. Nie możemy o tym naśladowaniu myśleć w kategoriach bezmyślnego naśladownictwa, ale odkrywania swoich możliwości, predyspozycji w kontekście realizacji powierzonych przez Chrystusa darów i charyzmatów. Słowo „apostoł”, po grecku apostolos, znaczy dokładnie to samo co aramejskie shaluah- wysłannik. Dwunastu uczniów przyobleczonych mocą Chrystusa zostaje posłanych aby weszli w świat z odwagą i zrealizowali misję. Jest to akt miłości, który niczym magnes ma przyciągnąć ludzi potrzebujących uzdrowienia. „Jezus prosi swoich uczniów, swoich przyjaciół, aby radowali się wielką radością, której powody leżą ponad człowiekiem, w samym wstrząsającym fakcie istnienia Boga. Właśnie w tej przejrzystej radości bezinteresownego miłowania, które ofiarowuje bez reszty i bez zastrzeżeń, kryje się zbawienie świata, a wezwanie nabiera nowego wydźwięku.” Zatem wiara uczniów, a nie zaufanie swojej inteligencji czy zdolnościom, winna być motorem każdego działania; siłą do oznajmiania bliskości nadchodzącego Królestwa Boga.

wtorek, 11 lipca 2017

Mt 19,27-29

Piotr powiedział do Jezusa: „Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą, cóż więc otrzymamy?” Jezus zaś rzekł do nich: „Zaprawdę, powiadam wam: Przy odrodzeniu, gdy Syn Człowieczy zasiądzie na swym tronie chwały, wy, którzy poszliście za Mną, zasiądziecie również na dwunastu tronach i będziecie sądzić dwanaście pokoleń Izraela. I każdy, kto dla mego imienia opuści dom, braci lub siostry, ojca lub matkę, dzieci lub pole, stokroć tyle otrzyma i życie wieczne odziedziczy”.

Jeśli uważnie bada się historię Kościoła to można dostrzec, że po apostołach ludzie idący za Chrystusem nie będą aż tak bezpośrednio pytać o „korzyści” z racji porzucenia wcześniejszego życia. Bycie z Chrystusem i życie Jego nauką stanie się nie tylko ideałem dla rzeszy odważnych kobiet i mężczyzn, ale nade wszystko świadectwem podtrzymującym Kościół aby nie dostał zadyszki i nigdy nie zrezygnował z raz powziętej drogi świętości. Taką z naszego punktu widzenia – elitarną grupą naśladowców Chrystusa byli mnisi i mniszki, którzy wyszli z pustyni i rozsiali się w różnych miejscach miast i wsi, zasiewając plon Królestwa Niebieskiego. Chociaż istotą monastycyzmu było życie w samotności i oderwaniu od świata, mnisi nigdy nie byli odcięci od wspólnot chrześcijańskich. Byli „wentylem bezpieczeństwa” kiedy topniała miłość do Boga i rozmywała się w gąszczu wygodnictwa ludzka moralność. Dokądkolwiek się udawali, wszędzie ciągnęli za nimi ludzie pobożni, ciekawscy, spragnieni Boga. Im bardziej ekscentryczne było ich zachowanie, tym bardziej byli podziwiani i otaczani miłością. Radykalizm ich życia w żaden sposób nie odstraszał ale przyciągał niczym magnes tych którzy pragnęli przemiany własnego życia. Święty Bazyli pisał z wielkim przejęciem o tych, którzy oddali się życiu pięknemu: „Każdy winien to wiedzieć, że mamy oczy wewnętrzne, widzące głębiej niż te oczy, i słuch głębszy niż ten słuch. Tak jak oczy zmysłowe widzą i rozpoznają twarz przyjaciela lub ukochanej osoby, tak i oczy prawdziwej i wiernej duszy, oświetlone duchowo światłem Boga, widzą i rozpoznają prawdziwego przyjaciela… Dusza ogarnięta jest gorącą miłością do Boga.” Zatem życie mnicha zdaje się być nieustanną pamięcią o Bogu; odkrywaniem zdumiewającej miłości. Wielcy ludzie ducha pojawiali się już u początków chrześcijaństwa. Zadomowili się w Kościele czyniąc go- piękną i strojną Oblubienicą. Na Zachodzie zakorzeniła się na dobre reguła zwane benedyktyńską, na jej zasadach będą opierać się późniejsze konstytucje i regulaminy innych wspólnot zakonnych. Prawdopodobnym autorem tej reguły był Benedykt (480-547). Znamy go z drugiej księgi Dialogów Grzegorza Wielkiego, dzieła z zakresu hagiografii monastycznej- zapewne wzorowanej na wcześniejszym Żywocie św. Antoniego pióra św. Atanazego Wielkiego. Moralizujące opowieści składają się na kompletny duchowy przewodnik Męża Bożego, którego Grzegorz pragnął dla zafascynowanych drogą rad ewangelicznych odmalować. Według autora urodzony w Nursji Benedykt założył klasztor w Subiaco, w dolinie na wschód od Rzymu, a następnie na Monte Cassino, w Kampanii. Niezwykle barwny jest żywot przyszłego mnicha. Zatrzymał się w Subiaco. Zamieszkał w grocie trudno dostępnej nad potokiem. W okolicy znajdowały się klasztory, a na pejzaż składały się stada owiec wypasane przez pasterzy. Benedykt rozpoczął swoją przygodę od bycia świadkiem Boga wśród  prostych pasterzy. Oni „przynosili mu pożywienie dla ciała, a za to z jego ust serca ich otrzymywały pokarm duchowy.” To prostaczkowie przyodziani w owcze skóry uczynili Benedykta popularnym na całym terenie do tego stopnia, że mnisi jednego z klasztorów prosili aby został ich opatem. Po jakimś czasie Subiaco zaludniło się uczniami Benedykta; pragnęli naśladować Chrystusa podpatrując życie błogosławionego Ojca. Benedykt nie uważał się za człowieka wyjątkowego, mądrego, czy posiadającego jakieś szczególne predyspozycje. A jednak historia nagrodziła go przydomkiem „Patriarchy życia zakonnego na zachodzie.” Jego życie było mądre, piękne i w pełni przeniknięte Bogiem. „Od początku jego działalności odnajdujemy podziwu godną równowagę między modlitwą i pracą, uległością a szacunkiem do innych osób, samotnością w obliczu Boga a życiem wspólnotowym, odrzuceniem a użytkowaniem rzeczy koniecznych do życia radosnego, hojnością a rozważną skromnością, milczeniem a życzliwością w relacjach interpersonalnych, władzą opata a prawem braci do wyrażania opinii” (J. Leclercq). Nieświadomie stał się Ojcem wielkiej tradycji duchowej i wspaniałej kultury materialnej- liczne klasztory będące kuźniami mądrości i promieniujące w okresach ciemnoty i obskurantyzmu. Jak mówił Benedykt: „Nic nie może być ważniejsze od Służby Bożej,” a dom dla mnichów nazywał „szkołą służby Pańskiej.” Kluczową rolę w dążeniu do świętości miała pełnić stałość miejsca- stabilitas loci. Poza bycie w jednym miejscu do końca życia bracia byli zobowiązani do ślubu przemiany życia – conversio morum i posłuszeństwa opatowi. Święty Benedykt nadał chrześcijańskie oblicze umiarkowaniu – temperantia. Chodziło o stworzenie doskonałej rodziny i klasztoru będącego namiastką Paradisum. Mnisi mieli być ludźmi przepełnionymi szczęściem, nie karykaturalnymi i posępnymi nieszczęśnikami jak próbował ich przerysować Umberto Ecco w powieści Imię Róży. Po śmierci Benedykta to wielkie dzieło rozkwitło błyskawicznie, gdzie nawet trudno obliczyć ile było klasztorów i żyjących w nich mnichów. Jak pisał Duby: „…mnisi uczestniczą w ceremonii głoszenia nieustannej chwały, w której to ceremonii zespalają się wszystkie moce twórcze dzieła sztuki.” W sercu wielkich miast czy daleko na pustyniach płynie przesłanie wielkich duchowych mistrzów: „Weźcie skrzydła ogniste i przylećcie do mnie”- poznajcie i pokochajcie Chrystusa !