niedziela, 17 listopada 2019


Głosimy przyjście Chrystusa - nie tylko pierwsze, ale i drugie, o wiele wspanialsze od pierwszego. Pierwsze zwiastowało cierpienie, drugie zaś przyniesie królewski diadem Bożego panowania. Albowiem to, co dotyczy naszego Pana, Jezusa Chrystusa, jest zarazem Boskie i ludzkie. I tak, dwojakie jest Jego narodzenie: jedno z Boga, przed początkiem czasów; drugie z Dziewicy, gdy dopełniły się czasy. Dwojakie też i przyjście: pierwsze - ukryte, jak rosy na runo; drugie - jawne, to, które nastąpi. Za pierwszym przyjściem został owinięty w pieluszki i złożony w żłobie; za drugim oblecze się światłem jak szatą. Przyszedł i przecierpiał krzyż, nie bacząc na jego hańbę, ale przyjdzie raz jeszcze, pełen chwały, otoczony zastępami aniołów. Dlatego nie poprzestajemy na pierwszym Jego przyjściu, lecz wyczekujemy także i drugiego. Za pierwszym mówiliśmy: "Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie". To samo powiemy i za drugim, a wychodząc z aniołami naprzeciw Panu, oddamy Mu hołd, wołając: "Błogosławiony, który przychodzi w imię Pańskie"- Katecheza św. Cyryla Jerozolimskiego.

 

 

sobota, 16 listopada 2019


Potem powiedział do Niego: „Zaprawdę powiadam wam: Ujrzycie niebiosa otwarte i aniołów Bożych wstępujących i zstępujących na Syna Człowieczego” (J 1, 51).

Od jutra rozpocznie się nowy czas liturgiczny, jesteśmy uczestnikami pulsującego rytmu życia który przepływa w misterium liturgii i zmierza ku wypełnieniu wszystkiego w Bogu. W ten sposób życie chrześcijanina, nieuchronny upływ czasu, wszystkie wydarzenia które splatają się na dramaturgię życia, są odniesione do jednego, wyraźnie określonego celu jakim jest przyjście Pana. „Bóg jest jeden i objawił się nam przez Jezusa Chrystusa swojego Syna. On to jest Jego Słowem wychodzącym z milczenia”(św. Ireneusz z Lyonu). Już listopadowe zamyślenia przybliżały prawdę o tym, że Chrystus jest A i Q- Zwycięzcą przychodzącym szukać zagubionej ludzkości. „Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata”- kroczy dostojnie w nurcie czasu i przekracza go, otwierając zaplombowane pieczęcie wieczności. W tradycji prawosławia zachodniego, przez sześć tygodni Kościół będzie dojrzewał do antycypacji narodzin Bogaczłowieka. Wyrażają to słowa wczesnochrześcijańskiego pisarza Nowacjana: „Jak zapowiedział Izajasz: „Oto Panna pocznie i porodzi Syna i nazwie Go imieniem Emmanuel, co się tłumaczy: Bóg z nami”, tak samo Chrystus mówi: „Oto Ja jestem z wami aż do skończenia świata”. Wobec tego On jest Bogiem z nami, a nawet o wiele bardziej: On jest też w nas”. Z niezwykłą sobie subtelnością wyraża istotę tego czasu oczekiwania J. Pasierb: „Adwent to świt. Adwent to daleki tłumny fryz pełen postaci i zdarzeń, nieczytelny i pozbawiony sensu, gdyby w Betlejem za panowania cesarza Augusta w Rzymie i różnych tetrarchów w Palestynie, nie narodziło się dziecko, któremu nadano imię Jezus, a którego matką była Maryja. Adwent to mała izba w domu cieśli, gdzie zjawił się żonie archanioł, którego imię Gabriel znaczy „Zwiastujący człowieka”. Adwent to pustynia, na której widać wyniosłą postać odzianą w skórę wielbłąda. Adwent to liturgia. Adwent to nasze życie. Adwent to nasza śmierć i nasze zmartwychwstanie. Adwent to ostateczne przyjście Chrystusa”. To czas dopełniania się i zbliżania, czas wzrostu i rozwoju, oczekiwania i tęsknoty. Czas przychodzenia Tego, który jest zawsze, znajomy i nieznany. Czas ufności i radości, naszego powrotu, hebrajskiego szub, co znaczy zmienić się, czas proroctwa i świadectwa…” Jesteśmy zaproszeni, aby nieść Jezusa wraz z Maryją. Mamy Go począć duchowo; wejść w kontemplację cudownej bliskości Boga, który w każdej Eucharystii staje naprzeciw nas i w nas- aby przebóstwić umiłowaną Oblubienicę Kościół. „Bóg staje się człowiekiem aby człowiek mógł stać się uczestnikiem boskiej natury”- powtarzają zgodnie Ojcowie Kościoła. Dzisiaj wielu ludzi nie potrafi już czekać. Wykreślili adwent ze swoich kalendarzy, żyją szybko i intensywnie w oczekiwaniu na prezenty i świąteczne promocje. Brakuje nam tęsknoty za Bogiem. Świat oszalał w tej afirmacji siebie. Samotny człowiek przemierza ulice miasta i tęskni za rzeczami które są nie możliwe, dalekie i w gruncie rzeczy frustrujące. Pozwólmy sobie na tęsknotę za Bogiem. Exupery napisał znane słowa: „Jeśli chcesz zbudować statek, naucz ludzi tęsknoty za odległymi morzami”. W tęsknocie znajduje się niewypowiedziana siła, która nas uzdalnia aby skutecznie ominąć te wszystkie fałszywe pragnienia. Niech serce wypełnione tęsknotą drży i woła z całych sił: Marana Tha !

czwartek, 14 listopada 2019


Będę chodził w obecności Boga w krainie żyjących (Ps 115, 9).
Wyrazem ludzkiej tęsknoty za nieśmiertelnością i pokonaniem ujmującego lęku przed zapomnieniem są licznie zachowane cmentarze (coemeterium- miejsce spoczynku). „Prawdziwie godnym człowieka pomnikiem jest ziemia mogilna i drewniany krzyż”- pisał Rozanow. Być może miejsca odpoczynku naszych zmarłych mają nam o wiele więcej do powiedzenia, niż nam się tylko wydaje. Przestrzeń rozstania i niepamięci- wilgotnej gleby „łona ziemi”- staje się przestrzenią w której odczytuje się śmierć jako stan mistyczny, a przechodzenie jako wychodzenie naprzeciw odsłaniającemu się na horyzoncie poznania światu Boga. W wielu kulturach chowano zmarłych w pozycji embrionalnej, sugerując powtórne wyjście- narodziny. „Chrześcijaństwo jest religią prawdziwego wskrzeszenia”- przekonywał M. Fiodorow. Wydobycia z ziemi, przebudzenia, rozpieczętowania z kokonu oczekiwania na przebudzenie, snu śmierci i zapomnienia. W rumuńskiej miejscowości Sapinta, tuż przy granicy z Ukrainą znajduje się określany przez mieszkającą tam ludność „Wesoły Cmentarz.” Po raz pierwszy natrafiłem z zdjęcia tego miejsca, przeglądając jakąś monografię opisującą unikatowe przykłady krucyfiksów w różnych kulturach. Radosne kolorystycznie nagrobki tego miejsca zrobiły na mnie głębokie wrażenie. Ten pogodny cmentarz- stanowiący obecnie uczęszczane miejsce wielu turystów, opowiada o typowo rumuńskim- rezurekcyjnym podejściu do śmierci. „Śmierć jest tylko iluzją”- rozmyślał poeta M. Eminescu. Sen w miejscu które ma być namiastką raju. Jest tam miejsce dla każdego: rzeźbiarza, prostytutki, kramarza, czy batiuszki- wszyscy podążają ku jednemu, wytęsknionemu miejscu zbawienia. Wyraża ten nastój, jedna ze starych rumuńskich kolęd: „Raju, słodki ogrodzie. Nie opuściłbym już ciebie. Twojego słodkiego zapachu. Zapachu kwiatów. Płomienia gromnic.” Przestrzeń zadumy i milczenia wybucha euforią radości, której wyrazem są rzeźbione i mieniące się soczystymi barwami krzyże. Rumuni umierają tak jak żyją, pogodni i pełni duchowej wiosny. „Chrześcijaństwo jest dogmatem, mistyką, moralnością i wszystkim po trochu, lecz nade wszystko jest to sposób życia, wyjście, recepta na szczęście... To chrześcijaństwo jest wstanie dać pokój, pogodę ducha i wypoczynek. Pokój, szczęście”- twierdził rumuński teolog N. Steinhardt. Malowidła zdobiące każdy grób opowiadają o konkretnych ludziach, ich profesjach, pochodzeniu, związkach z najbliższymi, stając się pogodnymi i unieśmiertelnionymi w drewnie, za pomocą farb portretami. Eschatologiczny folklor w którym nadzieja splata się z życiem, a tęsknota za najbliższymi przyobleka się w optymistyczną modlitwę nadziei na spotkanie z nimi w przyszłości. Pod nimi usypana ziemia z której wyrastają kwiaty „które są niczym przebaczenie umarłych.” W taki sposób żywi antycypują już radość Paschy; przezwyciężają pustkę straty najbliższych, wiedząc że ich egzystencja ma swój finał w zmartwychwstaniu. Zasnęli, aby się obudzić w świecie otulonym promieniami słońca, zapachem kwiatów i tańcem aniołów podrygujących zwiewnie na liturgii wieczności.

środa, 13 listopada 2019


Dn 7,9-10.13-14

Patrzałem, aż postawiono trony, a Przedwieczny zajął miejsce. Szata Jego była biała jak śnieg, a włosy Jego głowy jakby z czystej wełny. Tron Jego był z ognistych płomieni, jego koła to płonący ogień. Strumień ognia się rozlewał i wypływał sprzed Niego. Tysiąc tysięcy służyło Mu, a dziesięć tysięcy po dziesięć tysięcy stało przed Nim. Sąd zasiadł i otwarto księgi. Patrzałem w nocnych widzeniach, a oto na obłokach nieba przybywa jakby Syn Człowieczy. Podchodzi do Przedwiecznego i wprowadzają Go przed Niego. Powierzono Mu panowanie, chwałę i władzę królewską, a służyły Mu wszystkie narody, ludy i języki. Panowanie Jego jest wiecznym panowaniem, które nie przeminie, a Jego królestwo nie ulegnie zagładzie.

Obrazy, które rysuje przed nami Prorok zadają się przerastać możliwości naszej wyobraźni- tego, co znamy i co odbija zwierciadło naszego poznania- fascinosum et tremendum. Tylko wizjoner jest wstanie przedrzeć się  przez zasłonę apofazy i zatrzymać wzrok na obrazie przemienionego i triumfującego Syna Człowieczego. „Pantokrator, w świetle swego przemienionego oblicza, odnawia pierwotne symbole, wyzwala Mądrość kosmiczną od jej smutku, prowadzi ją do rozżarzonej do białości ostatecznej przejrzystości” (O. Clement). Przedwieczny zasiadł na tronie historii- ogniskując na sobie spojrzenie przeobrażonego świata subtelnych bytów- utkanych ze światłości- wystawionych ku Źródłu Życia, niczym rośliny wychylające swe łodygi ku słońcu. „Paruzja sprawi, że piorunujące przyjście Chrystusa w chwale będzie oczywiste dla wszystkich- pisał Evdokimov. Paruzja będzie widoczna nie w historii, lecz ponad historią, co zakłada przejście do innego eonu: „wszyscy będziemy przemienieni” (1Kor 15,51). „Potem my, którzy pozostaniemy przy życiu, razem z nimi porwani będziemy w obłokach w powietrze, na spotkanie Pana” (1Tes 4,17). Eschatologiczny obraz proroka Daniela, zawsze nasuwa mi skojarzenie z rzeźbiarską wizją triumfu Chrystusa z romańskiego portalu opactwa Moissac. Pośrodku na tronie zasiada ukoronowany Chrystus, pełen hieratyczności i splendoru. Otaczają Go cztery symbole ewangelistów, ze swej strony flankowane przez dwa anioły z rozwiniętymi rotulusami w dłoniach. Są one jedyną wskazówką, że w tym momencie odbywa się Sąd Ostateczny. Resztę miejsca zajmuje dwudziestu czterech Starszych, po dwóch w górnym szeregu, po trzech w niższym, a pozostali siedzą poniżej wzburzonych fal morza pod stopami Chrystusa. Tympanon wspiera się na nadprożu, na którym wirują ogniste koła symbolizując infernalne ognie apokalipsy. Całość spoczywa na dwóch potężnych węgarach o osobliwym, falowanym profilu, skierowanym do wewnątrz, na których, na których znajdują się smukłe płaskorzeźbione postacie: św. Piotra i proroka Izajasza. Program rzeźbiarski w swojej katechetycznej funkcji implikuje wypełnienie się historycznego łańcucha wydarzeń, stając się profetyczną wizją, objawiającą moc i niczym nieograniczone panowanie Chrystusa kosmicznego. W obliczu misterium Paruzji, Objawienie pozwala uchwycić zdumiewający finał którego najpełniejszym akordem będzie uczestnictwo ludzkości w światłości bez końca. Chciałoby się zapytać za św. Izaakiem Syryjczykiem „Cóż to jest wiedza ? To doznanie życia nieśmiertelnego. A cóż to jest życie wieczne ? To odczuwanie rzeczy w Bogu”. Przyszłość naszego świata jest naznaczona stygmatami końca- „stworzenie jęczy w bólach”- oczekując pęknięcia kokonu czasu i wzlotu ku górze. „Człowiek, który jest wieczny w swojej najgłębszej istocie- powie M. Quoist- jest w naturalny sposób zorientowany ku przyszłości. Odosobnienie i ukierunkowanie na przeszłość należą do starego człowieka z upadłego świata. Czas teraźniejszy jest czekaniem na przyjście Syna Człowieczego, którego powtórne i chwalebne przyjście celebruje Eucharystia”. Przyjdzie i zajaśnieje niewyobrażalną światłością, ten blask oślepi wątpiących, a wierzących napełni weselem.

niedziela, 10 listopada 2019


Kto będzie na dachu, niech nie schodzi, by zabrać rzeczy z domu. A kto będzie na polu, niech nie wraca, żeby wziąć swój płaszcz. Biada zaś brzemiennym i karmiącym w owe dni! A módlcie się, żeby ucieczka wasza nie wypadła w zimie albo w szabat. Będzie bowiem wówczas wielki ucisk, jakiego nie było od początku świata aż dotąd i nigdy nie będzie. Gdyby ów czas nie został skrócony, nikt by nie ocalał. Lecz z powodu wybranych ów czas zostanie skrócony (Mt 24, 17-22).

W pierwszym odczuciu dzisiejsza Ewangelia napawa lękiem i niepewnością. Kiedy przebrniemy przez warstwy apokaliptycznego i zbudowanego z wielkim natężeniem przerażenia, dostrzeżemy światło zbawienia „siedząc na dachu.” Być chrześcijaninem to oddychać nadzieją- łapać zasysać żwawo powietrze, nieustannie być w drodze zbawienia, którą w trudzie trzeba pokonać, aby dojść do Źródła. Człowiek jest istotą tragiczną, ale wyzwoloną. Wbrew temu co głosił Epikur, że „Substancja tego ogromnego świata jest wydana śmierci i zniszczeniu”- chrześcijanie odkrywają horyzont nowej egzystencji. Pragną przyłożyć do ziemi ucho, „aby móc usłyszeć szmer ukrytych źródeł i niewidoczność kiełkowania” (J. Maritain). Przejście przez duchową pustynię, otwiera zmysły na niepoznane dotąd obszary obecności Boga. Pustynia zaczyna śpiewać dla tych, którzy widzą oczami duszy horyzont wieczności- skapanej w kroplach spadającego w darze światła. Wiara w ten świat musi się otworzyć na zmartwychwstanie. Wschód jest krainą Objawienia. Czas zaczyna się kurczyć, a pod stopami wypełnionego tęsknotą pielgrzyma zaczyna drżeć ziemia na której utrwaliły się ledwie zarysowane stopy Boga. Idziemy za Nim, choć może nie rozumiemy do końca sensu i celu tej włóczęgi. Żyjemy i poruszamy się w przestrzeni wiary- wątpiącej, nieporadnej, migotliwej niczym lampa oliwna lub głębokiej - intensywnej niczym żar ognia. „Światło pochodni jest obrazem oświecenia wewnętrznego” (Dionizy Areopagita). Chrześcijanin jest dzieckiem Dnia Ósmego. „Ów dzień rozświetlony jest nie przez materialne słońce, lecz przez prawdziwe światło- powie św. Grzegorz z Nyssy- słońce sprawiedliwości, które prorok nazywa wschodem, bo słońce to nigdy nie zachodzi.” Człowiek w pulsującym od nadmiaru łaski Ciele Kościoła, wychyla się niczym kwiat ku wschodowi Słońca- Tego, które wzeszło w poranek wielkanocny. Słońca którego świetlista aura rozpromieni twarze zmęczonych poszukiwaczy w dniu przeobrażenia- przeistoczenia świata w Królestwo Życia- Wieczność ! „Ten ósmy dzień jest figurą zmartwychwstania Chrystusa, które nastąpiło nazajutrz po szabacie; jest figurą chrztu, który jest początkiem nowej epoki i pierwszym dniem nowego tygodnia; wreszcie jest figurą ósmego dnia, który nastąpi po całym czasie świata” (J. Danielou). Człowiek wiary jest istotą na wskroś paschalną i apokaliptyczną, zorientowaną ku chwili odrodzenia i przeobrażenia. „Nie zapominajcie, że życie jest chwałą,” przekonywał Rilke. Każdy nasz krok który stawiamy, spojrzenie, słowo i gest- czyni z prozy życia liturgię tęsknoty- proroczą zapowiedź wydarzenia już zanurzonego w Bogu. Paschalna egzystencja Jezusa staje się darem odkupionej ludzkości. Na tę chwilę odczuwamy tę rzeczywistość na sposób sakramentalny jako przedsmak pełni istnienia. „Sakramenty są naszym pielgrzymowaniem do Emaus, do Eschatonu- pisał E. Schillebeeckx- Idziemy u boku Pana i choć Go nie widzimy, wiemy, że jest blisko nas.” Z każdym dniem jesteśmy bliżej wschodu Słońca. W dniu ósmym „Bóg bez zasłony zbliży się do człowieka, a człowiek w swej nagości do Boga”(G. Greshake). Bóg wyjdzie ku nam i przyjmie nas wszystkich. Katarakty serca się otworzą, z oczu popłyną zły szczęścia. Serce zabije jak uczniom w drodze do Emaus. Życie objawi się w całej pełni. Pustynia pełnego zgiełku miasta rozkwitnie i stanie się Rajem !

środa, 6 listopada 2019


Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu. Gdy ukaże się Chrystus, nasze życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale (Kol 3,3-4).

Listopadowe dni kierują spojrzenie nielicznych na tajemnicę przemijania i śmierci. Naiwne życie chwilą obecną odrywa nas od eschatologii. „Dlatego lepiej się nie narodzić”- pisał pesymistycznie Plutarch, niż „cierpieć czy umierać.” Być może jest to element wyparcia podyktowany strachem, chwilową ucieczką, nerwowym cofaniem wskazówek zegara do tyłu. Zgoła inaczej pisze święty Augustyn: „Czyż lęka się zboże tego, że je zwiozą do stodoły ? Przeciwnie ! Pragnie tego.” Chrześcijanie nie są tak bezradni wobec tej rzeczywistości. Nawet jeśli się o tym nie mówi głośno, to zetknięcie się z trudną prawdą o umieraniu- czyni z ludzi istoty wychylone ku innemu sposobowi egzystencji; bardziej pogodne, oswojone, przeniknięte nadzieją. Wbrew nowoczesnej filozofii proklamującej zmierzch śmierci i kult życia buzującego w ciałach, każdy człowiek zdaje sobie w pełni sprawę z tego, że finałem wędrówki jest śmierć.   Zdumiewają mnie słowa świętego Ignacego z Antiochii który w ostatniej drodze do Rzymu, gdzie czekała go śmierć na arenie, pisał: „Pozwólcie mi przyjąć czyste światło. Kiedy tam przybędę, będę człowiekiem świetlistym. Pozwólcie mi być naśladowcą męki mojego Boga. Jeśli ktoś ma Boga w sobie, niech zrozumie do czego dążę.” Istnieją również ludzie którzy nie mają łaski wiary, ich spojrzenie spowite jest nicością, pustką, bezsensowną szamotaniną z myślami (widzą jedynie koniec, po którym nie ma już nic- otchłań niebytu). Gdyby spojrzenie wielu napotkanych na drodze ludzi potrafiło wyjść poza granice tego świata, automatyzmy zmagazynowanej wiedzy, ciasnych przekonań, a nawet przeczuć, być może niepewność zostałaby rozpalona ogniem nadziei. Rozszerzające się od nadmiaru światła źrenice, dostrzegłyby kontury wieczności. „Na razie żyj pytaniami. Być może odległy dzień wzejdzie stopniowo, nie zauważając tego, zrodzi w tobie odpowiedzi”- rozmyślał poeta R.M. Rilke. Z drugiej strony pamięć o śmierci staje się niezwykle ważnym- medytatywnym elementem chrześcijaństwa. „Mamy ufność i chcemy raczej opuścić nasze ciało i zamieszkać z Panem”(2 Kor 5,8). Otwiera umysł i serce na inność świata „radość z obietnicy życia wiecznego i radości z tego życia, jej lekkości, jej uroku”(W. Rozanow). Kto potrafi pięknie i szlachetnie żyć, ten również będzie umiał przechodzić na drugą stronę spowitym szczęściem i bez obaw. „Człowiek jest kapłanem swojej śmierci”- pisał przenikliwie P. Evdokimov. Mowa tu o człowieczeństwie dojrzewającym do przechodzenia i spotkania z Bogiem. Jesteśmy ziarnem, które wpadając w ziemię umiera, a potem żyje. Tych, którzy obawiali się cierpienia i wkroczenia w objęcia śmierci, pocieszał św. Serafin z Sarowa: „Dla ciebie i dla mnie to będzie radość.” W ostatnich dnia nawiedziłem groby swoich bliskich. Trzeba pamiętać o pięknie cmentarzy przykrytych puchem jesiennych liści- sypialni w których wylegują się zmarli oczekując na zmartwychwstanie. Jakże piękna symbolika odsłaniająca wieczność, wyrażona w kamiennych  grobach z licznymi krzyżami i kwiatami; namiastką Raju do którego wszyscy ostatecznie zmierzamy. Zapalam znicze i odmawiam krótką modlitwę. Czasami chwilę milczę i pozwalam szumowi wiatru i kłębiących się liści złożyć modlitwę muzyki. Staram się nie tyle wspominać, lecz rozmawiać z nimi, uśmiechać się, żartem przełamywać posępność i nastrój otaczającej przestrzeni. Stojąc na mogiłą mojego ojca ze wzruszeniem wyznaję mu synowską miłość, z odwagą której mi brakowało kiedy żył tu na ziemi. Recytuję podniośle paschalny hymn zwycięstwa: „Chrystus powstał z martwych. Przez śmierć zwyciężył śmierć. Tym, którzy są w grobach życie dał.” Coś we mnie drży i duszę otwiera na życie. Tak wiele mam mu do powiedzenia i zazdroszczę, że patrzy na to wszystko za czym ja tak intensywnie wzdycham w nadziei. Odchodząc, żegnam się słowami Dostojewskiego: „Będziemy z Chrystusem.”

niedziela, 3 listopada 2019


Ja jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie (J 11, 25)

Za oknem wiatr beztrosko przenosi liście z miejsca na miejsce. Deszcz delikatnie spulchnia ziemię, wypełniając kroplami wody jej spękane bruzdy. Natura zapada w powolny sen migotliwie rozświetlony coraz bardziej nikłymi przebłyskami słońca. Jesień ma swój urok i wprowadza w atmosferę zadumy nad sensem życia i jego przygodnością. Piękno kolorytu topniejących w istnieniu liści sugeruje człowiekowi nawet najbardziej śpieszącemu się o nieuchronności wchodzenia w śmierć. Poruszyły mnie kiedyś przeczytane słowa Tołstoja: „Zdumiewające jest, jak mogłem nie widzieć wcześniej tej wątpliwej prawdy, że poza tym światem i naszym życiem jest Ktoś, kto wie, po co istnieje ten świat, a na nim my, jak pęcherzyki we wrzątku, wyskakujemy, pękamy i znikamy.” Istnieje taki moment obumierania, aby na nowo odrodzić się w istnieniu przemienionym; naznaczonym poczuciem bezpieczeństwa i bliskości Kogoś nam dobrze znanego. Może wtedy łatwiej nam stawiać sobie pytania ważne i przenikliwe, niekiedy trudne. „Wiara w Boga to przede wszystkim pragnienie istnienia”(M. Unamuno). Rozmyślania natury egzystencjalnej i eschatologicznej wyrywają z bierności i skupienia na rzeczach naprawdę banalnych. N. Fidorow twierdził, że „kto szuka prawdy, zawsze wracać będzie do pytania o to, jak można przezwyciężyć śmierć.” Sergiusz Bułgakow sugerował że, śmierć jest cząstką życia, a nie życie cząstką śmierci. Wiara pozwala nam przekroczyć symboliczny horyzont niepoznania i trapiących duszę wątpliwości. „Nadzieja zawieść nie może”- dobrze to rozumieją chrześcijanie oswajając się z koniecznością ewentualnego przejścia przez bramę śmierci. Promień paschalnej nadziei przeszywa możliwość lęku i zwątpienia w potencjalność dalszego istnienia. Sartr twierdził, że śmierci nie można traktować pozytywnie. Marginalizował jej obecność i odsuwał na dalszy tor. Uważał – i to jest dramatyczne, że śmierć jest zniszczeniem możliwości tworzenia wartości przez człowieka i końcem jego wolności. Jakże to przeciwstawny i żałośnie pesymistyczny pogląd z tym, który proklamuje przez wieki chrześcijaństwo; ono szuka w świecie utraconego Raju z widokiem na Dom Boga. Ekscytujące pragnienie wejścia w komunię z Życiem ! Tak więc życie wieczne rozpoczyna się tutaj- w tej chwili i intensywnie antycypuje nadejście Paruzji. „Jest inny świat ? lecz jest on w tym świecie” (P. Eluard). Żyć opromienionym tęsknotą, ciekawością, wyczekiwać chwili kiedy Bóg rozwikła najbardziej skomplikowane dylematy i pochwyci mnie w momencie najbardziej dla Niego właściwym. Podnoszą mnie na duchu słowa M. Gogola: „Kto wierzy w światłość ujrzy ją.”