środa, 15 lipca 2020


Zabrałem na wakacyjny wypoczynek dwie kluczowe powieści Dostojewskiego. Jeżeli przychodzi mi szukać jakiegoś mądrego i dotykającego ludzkich rozterek moralnych komentarza, to często powracam do twórczych- literackich intuicji Fiodora. Osobiście uważam, że cała wielka i dotknięta dylematami moralnymi literatura jest jakimś „przypiskiem” do rosyjskiego geniusza pióra. „W historii myśli rosyjskiej Dostojewski zajmuje wyjątkową pozycję- pisał W. Zenkowski- Artysta najwyższej miary, a jednocześnie bardzo głęboki  i oryginalny myśliciel, który w genialny sposób przeniknął najbardziej złożone tajemnice ducha ludzkiego. Dostojewski człowiek głębokiej i żarliwej wiary, prorok kultury prawosławnej i jeden z najwybitniejszych jej twórców…” Jest on mistrzem w penetrowaniu ludzkich postaw, skrzętnie skrywanych myśli, otchłani z której wyskakują ukryte demony i topią się w świetle wschodzącego na horyzoncie Słońca. „Nazywają mnie psychologiem, ale to nie prawda, jestem realistą w najwyższym sensie tego słowa, to zaś oznacza, że ukazuję głębię duszy ludzkiej”- mówi o sobie sam pisarz. Kiedy się czyta jego dzieła, człowiek staje się ich częścią- uczestniczy namacalnie w tych splotach akcji i piętrzących się w przywoływanych postaciach rozterkach moralnych. Zaczynasz wzbraniać się od zalegającego nagle zła lub przeżywać radość zmartwychwstania, aż do końcowego akordu jakim jest nadzieja spływająca gwałtownie w serce najbardziej wykolejonego ludzkiego bytu. Autor obnaża to, co inni jedynie dotykają za pomocą wygładzonych słów i powierzchownych metafor. W żadnej innej literaturze nie dostrzeżemy takiej sinusoidy uczuć, ryzykownych i granicznych sytuacji, owej przepaści do której potrafi zaprowadzić człowieka i postawić go przed lustrem bolesnej prawdy o sobie. Nawet największe zwątpienie i grzech jest opromieniony nadzieją, spowity blaskiem prawie niezauważalnie wiary w człowieka- jego zmartwychwstały los- zaskakujący zwrot ku miłości Boga. Pobrzmiewa tu echo nauczania świętego Izaaka Syryjczyka- duchowego mistrza Dostojewskiego: „Ten, kto widzi swój grzech, jest większy od tego, który wskrzesza umarłych.” Postacie z jego powieści szamoczą się ze sobą, egzystują w klaustrofobicznych przestrzeniach życia, alienują się i buntują, aby finalnie stać się kimś wolnym (wyjść z podziemia)- istotą odkupioną. Spacerujemy wraz z nimi krętymi drogami i w pewnym momencie przestaje nam być do śmiechu, ponieważ stajemy się częścią fabuły która opowiada o stanach konwulsyjnie wijącej się duszy. Dostojewski wyprowadził antropologię i psychologię na szerokie tory. Otworzył zaryglowane furtki ku tajemnicy człowieka i jego samoświadomości. „Jestem przeklęty, podły i zdegenerowany, ale całuję skraj szaty osłaniającej mego Boga… Idę drogą diabelską, ale jestem Twoim synem, Panie, i kocham Ciebie, odczuwam radość, bez której świat by nie istniał”- powie jeden z szamoczących się ze sobą bohaterów powieści. Wieczne wahania Mitii między dwiema przepaściami które nosi w sobie. Odrzucenie lub przyjęcie miłości Boga, odwieczne dylematy ludzkości konfrontującej się z mocą Ewangelii. Jakże cudowna i porywająca ducha jest postać Aloszy z Braci Karamazow- człowieka dziecięcej, prostodusznej wiary i miłości; zdumiewający los człowieka opromienionego blaskiem świętości. Duchowe przesłanie Dostojewskiego nie utraciło nic ze swojej aktualności. Proklamuje on ewangeliczną nadzieję w której człowiek staje się na nowo umiłowanym dzieckiem Boga. Świat choć najbardziej grzeszny, wątpiący i przygnieciony obecnością zła, może otworzyć się na duchowe odrodzenie. Pisarz, powie Evdokimov „rzuca w świat ową sól, o której mówi Ewangelia i bez której wszystko byłoby bez smaku; pobudza Piękno, bez którego nie powstałoby nic na tej ziemi. Jego wiara wprowadza Boga w duszę tak, że zapuszcza w niej korzenie jak krzak gorejący. Dostojewski całe swoje życie namiętnie rozszyfrowywał człowieka i w końcu odczytał w nim Imię Chrystusa.” Jego dzieła przekonują mnie, że literatura może być profetyczna i teologiczna, opowiadająca o człowieku szukającym w pocie czoła i rozterkach, tej drugiej- intrygującej strony świata w Tym, który jest ostateczną odpowiedzią i sensem świata.



niedziela, 12 lipca 2020


 W owym czasie, gdy znowu wielki tłum był z Nim i nie mieli co jeść, przywołał do siebie uczniów i rzekł im:  «Żal Mi tego tłumu, bo już trzy dni trwają przy Mnie, a nie mają co jeść.  A jeśli ich puszczę zgłodniałych do domu, zasłabną w drodze; bo niektórzy z nich przyszli z daleka». Odpowiedzieli uczniowie: «Skąd tu na pustkowiu będzie mógł ktoś nakarmić ich chlebem?» Zapytał ich: «Ile macie chlebów?» Odpowiedzieli: «Siedem».  I polecił ludowi usiąść na ziemi. A wziąwszy siedem chlebów, odmówił dziękczynienie, połamał i dawał uczniom, aby je rozdzielali. I rozdali tłumowi. Mieli też kilka rybek. I nad tymi odmówił błogosławieństwo i polecił je rozdać. Jedli do sytości, a pozostałych ułomków zebrali siedem koszów. Było zaś około czterech tysięcy ludzi. Potem ich odprawił (Mk 8,1-9).

Kolejny już raz Chrystus karmi rzesze upieczonym w cudzie miłości chlebem i rybami. Zmysły szaleją a radość z ponownego bycia nakarmionym przemienia zwyczajny dzień w święto wspólnoty. Ludzie nie tylko otrzymują strawę słowa- katechezę, ale również przedsmak liturgii miłości. Już w najstarszej ikonografii chrześcijańskiej kosz wypełniony chlebami i rybami wskazywał na Eucharystię- dar obfitości miłującego i karmiącego swoje dzieci Boga. „Pożywamy Cię, Panie i pijemy, nie po to, aby Cię tylko spożyć, lecz aby żyć dzięki Tobie”(św. Efrem). Kościół żyje dzięki Eucharystii dostrzegając w niej najgłębsze i życiodajne źródło szczęścia. „Jeśli szukasz pokarmu- On jest chlebem”(św. Ambroży) oraz „wypaloną w cierpieniu Rybą”(św. Augustyn). Liturgia jest wielkim świętem miłości, hojności i obdarowania. „Kościół jest tajemnicą, a zatem również sakramentem”- miejscem przemiany w Chrystusa. Bóg udziela się człowiekowi w tak nieprawdopodobny sposób, że dar Komunii staje się aktem największego zjednoczenia- miłosnego bycia naprzeciw Tego, który jest wszystkim: „Królestwo Boże jest w was.” Hans U. von Balthasar posługuje się oblubieńczą symboliką Eucharystii, tak bliską myśleniu Ojców Kościoła: „Kościół rodzi się z Chrystusa, jak Ewa rodzi się z żebra Adama: wytryska z przebitego boku Pana uśpionego na Krzyżu, w cieniu śmierci i otchłani. I dlatego właśnie jest on Jego ciałem, jak Ewa była ciałem Adama... I dlatego jest ona Nim, ale i nie jest w Nim, jest Jego ciałem i oblubienicą, którą On miłuje, którą żywi i o którą się troszczy jak o własne ciało, i którą czyni płodną jak swoją małżonkę...” Współczesny człowiek również jest głodny. Nie szuka już chleba doczesności, ale strawę duchową- Pokarm nieśmiertelności, aby stać się pragnieniem dla innych.  

piątek, 10 lipca 2020


Oczy są zwierciadłem duszy a twarz księgą serca

W moim życiu brałem udział w wielu różnych spotkaniach, wykładach, dyskusjach poświęconych obecności i roli ikony w sztuce. Zawsze pojawiało się pytanie o mój stosunek do ikony- wyjątkowość tej materii, której poświęciłem wiele lat wnikliwych studiów i rozmyślań. Myślę, że w ikonach intrygują mnie najbardziej „oblicza”- twarze spowite transcendentną aurą przyciągania. Magnetyzujące percepcję i dotykające jakby namacalnie duszy. Nie bez znaczenia, pierwsza i najbardziej intrygująca „Ikona Twarzy” bywa określana jako „nie uczyniona ludzką ręką” i objawia pięknego, dojrzałego mężczyznę Chrystusa. Przemieniona twarz wcielonego Boga- na całunie- a później powtarzana malarsko na tak wielu przesyconych wonnością żywic deskach niosących najbardziej proste i poruszające przesłanie: Bóg odsłonił swoją twarz i stał się uobecnionym Pięknem ! „Zamknął to, co nie cielesne w cielesności”(św. Jan Klimak). Energie Ducha promieniują z twarzy zmartwychwstałego Chrystusa. Tego nie potrafi oddać nawet najbardziej wyrafinowana ikonografia Zachodu. "Chrześcijaństwo jest religią twarzy"- pisał O. Clement. Lubię spoglądać w ludzkie twarze, ponieważ tak wiele można z nich wyczytać. Narzucają mi się z powodu tajemniczości, świetlistości, szczęścia, miłości, bólu, beznadziejności czy dramatycznego wchodzenia w śmierć. Twarz jest utkanym pergaminem prawdy o człowieku ! Mój ulubiony myśliciel Bierdiajew powie, że „nie ma na świecie niczego bardziej znaczącego, bardziej wyrażającego tajemnicę istnienia, niż ludzkie oblicze.” Oblicze rozumiane nie jako maska- persona- interpretowana w nurcie greckiej teatralności. Oblicze jako ktoś będący przede mną- Prawdziwy- Bliski. Pamiętam twarze moich przodków zatrzymane w starych czarnobiałych fotografiach. Ile tam jest nawarstwień historii; pięknych spojrzeń w których zatrzymują się utkane z czasu wydarzenia. Ktoś pięknie powiedział że fotografia jest literaturą oka (możliwie najbardziej oszczędną biografią stworzoną w ułamku sekundy za pomocą spustu migawki aparatu). Ich oblicza są intrygujące pomimo matowości, monochromatyczności i nadgryzienia papieru zębem czasu. „Bliskość drugiego oznacza twarz”- powie Levians. Twarz zapraszającą do milczącego dialogu- anamnezy. Sztuka fotografii utrwala pamięć o innych- emocjonalnie bliskich twarzach. Pamiętam jak stałem u wezgłowia trumny mojego Ojca. Tej chwili towarzyszyło ogromne skupienie i modlitwa którą nie potrafiły podjąć usta. Wszystko we mnie drżało od bezmiaru uczuć i synowskiej miłości którą tak trudno się przekuwa w pełne szczerości wyznania. Widziałem jego twarz przemienioną- pierwszy raz tak dziecięco spokojną i wyrażającą milcząco pożegnanie z rodziną. Takich twarzy zatrzymanych na okruchach wieczności widziałem później wiele razy. Zawsze było to dla mnie ujmujące przeżycie. „Wiedz, że każda twarz jest cudem, jest wyjątkowa. Nigdy nie spotkasz dwóch absolutnie identycznych twarzy. Bez względu na to, jak piękne lub brzydkie, są to rzeczy względne. Każda twarz jest symbolem życia, a każde życie zasługuje na szacunek”- wyjaśniał arabski poeta Tahar Ben Jelloun. Zawsze mnie intrygowało jak wyglądały na górze Tabor twarze apostołów nasycone nadmiarem światła emanującego z ciała przemienionego Chrystusa. Zapewne były świetliste, jak świetlisty jest Bóg w swojej istocie. „W każdym człowieku przebywają dwie istoty: jedna przebudzona w ciemności, druga drzemiąca w świetle”(K. Gibran). Istnieją również oblicza szpetne, wulgarne, na których wypisuje się demoniczny i paskudny uśmiech zła. Twarze lubieżne i szkaradne z których spojrzenie paraliżuje- przynosi zniszczenie dobra, życia i światła. Oblicza spowite pustką i ciemnością, naznaczone mętnym i obłędnym spojrzeniem oczu Takie twarze stają niewolniczymi maskami bólu i unicestwienia, odzwierciedlają one istoty „cienie” systemów totalitarnych niosących zbiorowe żniwo śmierci. Maska Gorgony przeraża, ale jeszcze bardziej zapiera dech w piersi ktoś, kto opróżnił serce z miłości do stworzenia; zaczął pochłaniać życie i wydalać jedynie śmierć. Ściany śmierci naznaczające XX wiek w których „ciemność staje się czarnym światem, a jęk i krzyk mordowanych rozbrzmiewa jak modlitewny lament” (G.H. Grudziński). Historia pokazała nam twarze obozowych demonów śmierci, ku przestrodze przyszłych pokoleń. Twarz Boga i twarz człowieka. Twarz miłosiernego Piękna i stworzonej przygodności będącej jedynie w drodze ku obliczu świetlistemu- przebóstwionemu. Kończę to rozważanie modlitewnym westchnieniem Zbigniewa Herberta: „Jeśli z nas trudno zrobić anioły. Przemień nas w psy niebieskie, kundle o zmierzwionej sierści. Ćmy o szarej twarzy, zgasłe oczy żwiru...”


czwartek, 9 lipca 2020


Potem rzekł do swoich uczniów: «Dlatego powiadam wam: Nie martwcie się o życie, co będziecie jeść, ani też o ciało, w co macie się przyodziać. Życie bowiem więcej znaczy niż pokarm, a ciało więcej niż odzienie. Przypatrzcie się krukom: nie sieją ani żną; nie mają piwnic ani spichlerzy, a Bóg je żywi. O ileż ważniejsi jesteście wy niż ptaki...  I wy nie pytajcie, co będziecie jedli i co pili, i nie bądźcie o to zatroskani. O to wszystko bowiem zabiegają narody świata, a Ojciec wasz wie, że tego potrzebujecie. Starajcie się raczej o Jego królestwo, a te rzeczy będą wam dodane (Łk 12,22-31).

Jakże aktualnie wybrzmiewają słowa Jezusa w kontekście współczesnej nam rzeczywistości. „Dla niektórych osób posiadanie dużej ilości pieniędzy jest jak siedzenie w ogrodzie Eden przed drzewem poznania dobra i zła”(Y. Boyer). Świat zabieganych, zmęczonych, samotnych, stłamszonych pogonią za pieniądzem ludzi, kształtuje istoty kruche i zalęknione. Jaki przerażony jest współczesny człowiek w tej pogoni za materialnym szczęściem. Ile sił pochłania nieustanna troska o jutro- wyimaginowane szczęście posiadania pieniądza, władzy, sukcesu, zauważenia i wdrapania się na piedestał dla tych dobrze ubranych - „coś znaczących”- których twarze mienią się w ulotnie smakowanej chwili blasku medialnych fleszy. Jaka w tym wszystkim pobrzmiewa nostalgiczna- egzystencjalna pustka, wtrącająca istoty wolne w trybiki maszyny dehumanizującej i uprzedmiotawiającej. „Wszystkie te rzeczy, które bierzemy za cele są tylko środkami”(S.Weil). Nie chodzi w tym wszystkim o szczęście człowieka, ale o przynoszących wymierne korzyści, podporządkowanych- systemowych wyrobników, którzy są gotowi zamienić dar samostanowienia o sobie na postawę uległości, czy materialistycznego niewolnictwa. Jakieś zapędy totalitarne wybrzmiewają również dzisiaj: „Jesteś moim tworem i bez reszty należysz do mnie.” Świat jako „kapitalistyczna plantacja,” „globalna fabryka” której granica dzieli ludzi na bogatych i biednych- posiadających wszystko i tych, którzy żyją pragnieniem posiadania choć odrobiny więcej. Tych którzy uporczywie marzą o szczęściu, albo już przestali o nim śnić. „Pomiędzy bogatym a innymi istotami leży zawsze pieniądz, który eliminuje opory, fałszuje słowa i zachowania ludzkie”(E. Mounier). Jaka głęboka i dramatyczna melancholia wybrzmiewa z postawy która chce rozmienić rzeczywistość na przyjemne chwile, których kwantyfikatorem i trampoliną jest wypracowany w pocie czoła pieniądz. „Nienasycona przynęta pieniędzy, podobnie jak siła, ma swoją cenę: godność”(P. Carvel). Zachłanność na „filmowe życie celebrytów,” papierową sielankę jest w jakiś sposób uśmiercaniem teraźniejszości, uśmiercaniem czasu jako daru. „Życie zwrócone ku pieniądzom jest śmiercią”(A. Camus). Ekonomia, biznes, bezwzględna kreatywność nastawiona strategię sukcesu, wyzuta z emocji i współczucia, ostatecznie nie może przynieść szczęścia. „Wolność człowieka polega na tym, że poza królestwem cezara istnieje jeszcze królestwo Ducha”- pisał M. Bierdiajew. Jakże boimy się zaufać Bogu ! Jakie trudne jest wyrwanie się z paraliżującego umysł lęku przed nadchodzącym jutrem i możliwością chociażby utraty pracy. Boimy się, że Bóg może zburzyć wygodne życie uposażonych, a tych którzy ciągle czują twardość ziemi, uczynić bardziej uprzywilejowanymi- odrobinę bardziej uśmiechniętymi. Dla Niego nie istnieją różnice klasowe, pochodzenie, zasobność kont bankowych, rozmaite zabezpieczenia czyniące kogoś wyżej postawionym od innych. W oczach Boga odbija się jedynie bogactwo wnętrza- piękno człowieczeństwa kołysanego przypływem nadziei, szlachetnością postaw, dobrodusznością i wrażliwością dziecka postrzegającego innych jako bezinteresowny dar. W tej perspektywie zaczynamy rozumieć, że „Kościół jest miastem ubogich..., w którym bogacze są jedynie tolerowani”(Bossuet). Dzieci Kościoła są liliami polnymi, wolnymi ptakami- szybującymi wysoko i obłaskawionymi ciepłem promieni słońca. „Ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie.”

wtorek, 7 lipca 2020


I wam, uczonym w Prawie, biada ! Bo wkładacie ludziom ciężary nie do uniesienia, a sami jednym palcem ciężarów tych nie dotykacie... Biada wam, uczonym w Prawie, bo wzięliście klucze poznania samiście nie weszli, a przeszkodziliście tym, którzy wejść chcieli... (Łk 11,45-54).

Istnieją takie fragmenty w Ewangelii których nie da się wygładzić, pominąć, zbyć milczeniem. Słowa przeszywające umysł i serce, stawiające odbiorców w chwili prawdy o sobie samych. Zwielokrotnione „biada”- staje się litanią oczyszczenia i rzucenia światła prawdy na ludzi którzy mienią się w oczach żydowskiej wspólnoty religijnej, jako sprawiedliwi, nieskazitelni i posiadający wszelkie możliwe prerogatywy do interpretowania Bożej mądrości. Wiele razy Mistrz z Nazaretu będzie zderzał się z ciasnym i pozbawionym głębszej refleksji myśleniem faryzeuszów; ich pokrętnym, dwulicowym postępowaniem oraz instytucjonalną- zewnętrzną pobożnością. Brak wrażliwości i niedojrzałość tej przewodzącej wspólnocie religijnej grupie osobników wpisze się na stałe w ewangeliczny krajobraz wymiany poglądów, a nawet inwektyw kierowanych pod adresem Jezusa. Pan nie pozostaje im dłużny. Stanowczo wypowiedziane „biada” ma być sejsmicznym wstrząsem serca i dobrze uargumentowanym wywodem obnażającym skostniałe struktury fałszu i grzechu. „Miłość bez upominania nie jest miłością”- powie nam mądrość Talmudu. Wyrzuty Jezusa nie są pozbawione ładunku emocjonalnego, siły perswazji i ekspresji, którą współcześni znawcy od wizerunku określiliby mianem perswazyjnej. „Wielka wina człowieka na tym polega, że człowiek w każdej chwili może się nawrócić, a tego nie czyni”- mówi pewien rabin w Opowieściach chasydów Bubera. Po raz pierwszy ktoś w tak bezpośredni sposób dokonuje diagnozy chorób, które zadomowiły się w najbardziej uprzywilejowanej grupie społecznej. To nie jest tylko pojedynek na słowa, lecz również ważne przesłanie przestrogi dla Apostołów i Kościoła któremu będą przewodzili w posłudze miłości. Wiele razy Mistrz będzie przyrównywał myślenie i ślepotę uczniów do powierzchownej, pełnej wyrachowania postawy faryzeuszów. „Jeszcze nie rozumiecie ?” Tyle słów mocy, cudów i znaków- a ciągle wątpliwości kotłują się w tych umysłach. „O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia.” Nie można uważać się za sprawiedliwych i zaciskać w dłoniach kamienie, byle obronić własną „nieskazitelność.” Pokaż mi przedmiot twojej miłości, a powiem ci, kim jesteś. To przesłanie Ewangelii trzeba sobie dobrzej przyswoić, zmierzyć się z nim, uczynić osobistym rachunkiem sumienia, aby słowo „biada” nie naruszyło spokojnych tonów naszego ucha. W strukturach władzy, na szczytach hierarchicznych drabin rządu dusz, wszystko inne musi ustąpić przed miłością- „sakramentem brata” o którym już tak wiele pisałem. Jakże piękne w tym kontekście wydają się słowa św. Grzegorza z Nyssy: „Nasz Stworzyciel dał nam miłość jako wyraz naszego ludzkiego oblicza.” Tam gdzie jest miłość, nie ma zatwardziałości serca. Nie ma dysonansu wiary i moralności. Miłość sprawia, że granice Królestwa Bożego przechodzą przez serce Kościoła, czyniąc go wspólnotą autentyczną w przepowiadaniu i działaniu. „Kochaj Boga dla Niego samego. Kochaj Go we wszystkich ludziach, którzy noszą Jego obraz w sobie”- pisał F. Czernigowski. W ten sposób chrześcijanin staje się nadzieją Chrystusa- ikoną Jego Obecności, znakiem przemiany świata.

niedziela, 5 lipca 2020


Na koniec zaś bądźcie wszyscy jednomyślni, współczujący, pełni braterskiej miłości, miłosierni, pokorni!  Nie oddawajcie złem za zło ani złorzeczeniem za złorzeczenie. Przeciwnie zaś, błogosławcie. Do tego bowiem jesteście powołani, abyście odziedziczyli błogosławieństwo (1P 3, 8-9).

W chrześcijaństwie istnieje zdumiewająca zdolność do okazywania miłości, pomnażania jej, oraz twórczej dystrybucji. „Bez miłości wszystko jest niczym”- zwykła powtarzać św. Teresa z Avili. Ewangelia niesie przesłanie od braterskiej miłości- budowania komunii- szacunku i wrażliwości wobec każdego człowieka, po miłość twórczą uskrzydlającą przywołującą ukrytą świętość wewnątrz ludzkiego bytu. Miłość jest nie tylko ideałem ludzkiej i w pełni dojrzałej postawy wobec świata, lecz elementem identyfikującym z Chrystusem który w wielką wrażliwością i współczującą miłością pochylał się trudną egzystencją człowieka. Okazywanie miłości nie może przybierać nic z hermetyczności, jakiejś niewielkiej grupy osób która czuje się ze sobą dobrze i z wielką łatwością przychodzi im dzielić się dobrem. Autentyczne chrześcijaństwo rozdaje miłość dla wszystkich- tych uformowanych w wierze i tych, których ścieżki są kręte a dusze smagane są wątpliwościami i licznymi upadkami w grzech. „Jeśli mam być potępiony, wolę, by to było za zbytek miłosierdzia niż za nadmiar sprawiedliwości”(św. Odylon z Cluny). Pedagogia serca ! Miłość jest potrzebna tym najbardziej kruchym, zmarginalizowanym, podatnym na zło i błądzącym. Przebaczająca miłość Boga i drugiego człowieka sprawia, że w Kościele nie istnieje przestrzeń frustracji, potępienia, odtrącenia, czy wzgardzenia z powodu obecności zła. „Miłość drugiego jest obecnością Boga w duszy”(P. Evdokimov).Ten wymiar ciemności zostaje przeniknięty światłością Chrystusa, Jego miłością która niczym lekarstwo wylewa się na otwarte rany zasklepionego w grzechu świata. „Miłość Chrystusowa nie zna granic, nie kończy się nigdy, nie cofa się na widok brzydoty czy brudu”(E. Stein). W tak pojmowanej przestrzeni miłosierdzia możemy odnaleźć ewangelicznych niewidomych, prostytutki, zdzierców, czy sprzedajnych uczniów zapatrzonych w egoistyczną wizję własnego sukcesu. Oni stają się dziećmi troskliwego Boga, ocierającego łzy i podnoszącego na swoje ramiona tych, którzy stają się niewyraźni i zapomniani. Dlatego Jezus objawia się jako Boski Lekarz „przywracający miłość”(M. Kabasilas). Kościół staje się lecznicą, miejscem rehabilitacji człowieka, gdzie poprzez sakramenty- kanały miłości, człowiek staje się zdolnym do kochania siebie i innych. Ojcowie Kościoła wpisują tajemnicę człowieka w wielki dar miłości który przenika Wspólnotę Trójcy Świętej. Tam każdy z nich istnieje dla Drugiego, promieniując miłością jako darem z siebie. Symeon Nowy Teolog powie: „Rzeczywiście to wielka tajemnica: Bóg pomiędzy ludźmi to Bóg pośród bogów przez przebóstwienie.” Miłość otwiera na przemienienie, a człowiek w najgłębszej istocie własnego bytu staje się oceanem miłości, co paradoksalne zdolnym widzieć ogrom Bożego odczuwania i miłowania. Ekstatyczne wyjście z siebie i bycie darem. „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich”(J 15,13).

czwartek, 2 lipca 2020


Pierwsze dni wakacyjne dane jest mi spędzać z rodziną w ośrodku wypoczynkowym w lesie. Pomimo obecności innych ludzi można doświadczyć momentów wyciszenia, zatopienia w modlitwie i kontemplacji świata natury. „Ziemia uczy nas więcej o nas samych niż można wyczytać ze wszystkich książek”(A. Exupery). Uciekając od miejskiego zgiełku, smogu i docierającego z każdej strony hałasu, krajobraz lasu, pól i jezior wydaje się prawdziwym wybawieniem i błogosławieństwem. Poranny śpiew ptaków niesiony na skrzydłach wiatru; ta symfonia form oddają coś z sakramentalności świata tak cudownego pomysłu nieustannie stwarzającego Boga. W takich skrawkach różnych miejsc świata uświadamiamy sobie prawdę o Bogu wrażliwym na piękno. Kimś kto z pieczołowitością i subtelnością artysty powołuje wszystko z miłości do istnienia. „Usiądź na ziemi i przyjrzyj się trawie, temu co tam się dzieje”- pisał wrażliwym na świat stworzeń wielki twórca sztuki J. Nowosielski. Patrzył na świat i widział go przemienionym w Bogu. Jest w tym jakaś głęboka intuicja znamionująca ludzi autentycznie wrażliwych i głęboko wierzących. Bierdiajew, twierdził, że zmartwychwstanie Chrystusa jest nie tylko zapowiedzią – jak podaje Apokalipsa- nowego nieba i nowej ziemi, przeobrażeniem świata materii. Jest to również obietnica dotycząca każdej rośliny, najdrobniejszego i mikroskopijnego organizmu, zwierzątka które ostatecznie znajduje swoje miejsce w rajskim- Królestwie Ojca.  Biorę mojego synka i chodzę boso po trawie, opowiadam  mu o otaczającym świecie który również odczuwa radość i smutek, lek i oswobodzenie z niego. Pokazuję mu  kopiec mrówek i kokon leśnych pszczół, aby wiedział że dobrodziejstwo tej ziemi zależy od ciężkiej pracy wielu rozmaitych stworzeń. Uczę go szacunku do wszystkiego co żyje. Do liścia wiszącego na drzewie i najdrobniejszego źdźbła trawy którą kołysze muśniecie świętych ust Przedwiecznego. Otwieram oczy na wschody słońca, każdy rodzący się dzień jako cud. Błękit nieba odbity w tafli wody nie można porównać z żadnym innym odczuciem barwy. To budzenie wrażliwości jest niezwykle ważne- to pierwsza ekologiczna katecheza której przesłanie ma swoją genezę w Edenie. Sakralność i liturgiczność stworzenia- misterium pulsującego życia, które z taką bezmyślnością na różne sposoby ludzie unicestwiają. Średniowieczni teologowie wraz ze świętym Franciszkiem zakochanym w pięknie tego świata, mówili, że wszystko partycypuje w Bogu, oddycha w Nim, staje się częścią uobecnionej świętości. „Wszystko co żyje niech chwali Pana”-  proklamują psalmy i hymny pełne ducha. Oddać zachwyt Jezusa na światem. Podziw dla lilii polnych, ptaków na niebie, łanów zboża które otwierają swoje kielichy i karmią wędrowców zmierzających  ku wieczności.