wtorek, 14 września 2021
W słoneczny poranek zauważyłem lot ptaków zstępujących w tunel rozwibrowanego powietrza i światła. Jeden z ptaków zanurkował ku ziemi nakreślając na niej cień krzyża. Jakże natura może nas podprowadzać pod świat ukrytych, choć percepcyjnie uchwytnych symboli. Jeden z poetów IV wieku napisał: Krzyż „to jest środek ziemi, to jest znak zwycięstwa”. Uroczystą liturgią Kościół obchodzi Święto Podwyższenia Krzyża. Niezwykle podniosłe i teatralne w swojej oprawie jest nabożeństwo upamiętniające wydarzenie odnalezienia relikwii Krzyża przez cesarzową Helenę. „Podniesiony dobrowolnie na krzyżu Chryste Boże, daj swoje miłosierdzie swemu nabytemu dziedzictwu daj ludowi swemu moc zwycięstwa nad wrogami, gdyż ma on moc Twojego oręża pokoju, niezwyciężony znak zwycięstwa”- tymi słowami antyfony chór wysławia największe palladium chrześcijaństwa- Znak Zbawienia i tajemnicę Odkupienia. Podniosłemu wniesieniu krzyża przez kapłana, towarzyszy moment największego uniżenia ze strony modlącego się Kościoła. Ludzie klękają i czołem dotykając ziemi- uznają swoją nicość przed Panem, który wstąpił na Krzyż jak Mocarz- przywracając światu na powrót Eden i miłość. Modlitwa na kolanach i gest największego uniżenia, jak zauważa Orygenes, „jest znakiem pokory i uniżenia”. W tej chwili pełnej łaski, zdają się z jeszcze większą siłą wybrzmiewać słowa św. Pawła: „Aby na imię Jezusa zgięło się każde kolano istot niebieskich, ziemskich i podziemnych” (Flp 2,1). Teloleptos z Filadelfii podkreślał: „Niech każdemu pokłonowi towarzyszy duchowe wezwanie do Chrystusa, aby oddać cześć Bogu dusz i ciał skłonnych do ugięcia się, pochylając dusze i ciała przed Panem.” Krzyż uniesiony wysoko, okadzany i całowany z szacunkiem, egzorcyzmuje świat z brudu grzechu i niweczy wszelkie działania demona. Utrwala w świadomości wierzących, że zło zostało zdruzgotane w posadach, a ostatecznie jaśnieje blask zwycięskiego oręża. „Niech powstanie Bóg i rozproszą się wrogowie Jego, niech uciekają przed Jego obliczem ci, którzy Go nienawidzą; jak znika i rozwiewa się dym, tak niech znikną biesy sprzed oblicza miłujących Boga i żegnających się znakiem Krzyża Świętego…” To właśnie skoncentrowana moc istoty i zbawczego charakteru krzyża spowodowała, że jego kształt odcisnął się niczym pieczęć na architekturze świątyni chrześcijańskiej, a każdy ochrzczony wchodząc do wnętrza, stał się cząstką mistycznego Znaku Zwycięstwa. Krzyż na patenie lub hostii wskazuje na odkupienie świata przez Chrystusa, który sam jest recapitulatio mundi- zbiega się w Nim wszystko, „to, co w niebiosach, i to, co na ziemi” (Ef 1,10). Według Grzegorza z Nyssy krzyż Chrystusa od początku był wpisany przez Boga w postać kosmosu. Krzyż, który dzieli przestrzeń, wyznacza kierunki i ustala porządek, stał się sensem i formułą- signum Logosu Chrystusa jako prawdziwej duszy świata.
niedziela, 12 września 2021
Gdy Jezus przyszedł do domu pewnego przywódcy faryzeuszów, aby w szabat spożyć posiłek, oni Go śledzili. A oto zjawił się przed Nim pewien człowiek chory na wodną puchlinę. Wtedy Jezus zapytał uczonych w Prawie i faryzeuszów: «Czy wolno w szabat uzdrawiać, czy też nie?» Lecz oni milczeli. On zaś dotknął go, uzdrowił i odprawił. A do nich rzekł: «Któż z was, jeśli jego syn albo wół wpadnie do studni, nie wyciągnie go zaraz, nawet w dzień szabatu?» I nie zdołali Mu na to odpowiedzieć (Łk 14,1-6).
U Orygenesa wczesnochrześcijańskiego pisarza, przeczytałem kiedyś jakże intrygujące słowa: „Mówić o Bogu jest zawsze ryzykowne.” Zaproszenie Chrystusa do swojego domu jest również ryzykowne, ponieważ jesteśmy narażeni na wstrząs i namacalność cudu. Z Ewangelii dowiadujemy się, iż przy wejściu Mistrz uzdrawia człowieka chorego na wodą puchlinę, wywołując zgorszenie wśród biesiadników, ponieważ łamie nienaruszalne prawo szabatu. W przekonaniu faryzeuszów, uczynione dobro staje się złem. Idea szabatu wyraża się w niewykonywaniu jakichkolwiek czynności, a „świat staje się miejscem odpoczynku”(A. Heschel). Ten święty odpoczynek przerywa wolność Zbawiciela. „I w tym przypadku Jezus odrzuca tradycję, ponieważ szabat jest dniem Boga i jako taki jest naznaczony pieczęcią Jego dobroci. Uzdrawia, gdyż Jego powołaniem jest świadczenie o tym, że Bóg jest Bogiem łaski”(K.H. Rengstorf). Najstarsza literatura patrystyczna widzi w Nim lekarza posłanego przez Ojca, by podnosić grzeszników i dokonywać fizycznych uzdrowień. „Wszystko to Pan wziął na siebie, by wszystko uzdrowić”- pisał św. Jan Damasceński. W Bogu dokonuje się współprzeżywanie trudnego losu człowieka; kruchości natury i przepastnych otchłani duszy. Cuda są wielką tajemnicą Ewangelii ! Ich sens wyraża coś o wiele głębszego, wolnego od powierzchownej i uchwytnej na pierwszy rzut oka spektakularności. „Cuda to przede wszystkim znaki eschatologicznego stworzenia. Cuda zapoczątkowują powrót do raju, to znaczy do wszechświata przetworzonego przez moc Bożą i wyzwolonego ze swych biologicznych uwarunkowań. Nie jest to marzenie z dziedziny mitu, lecz coś istotnego dla wiary”(J. Danielou). Cuda posiadają również znaczenie sakramentalne i w taki właśnie sposób stanowią kontynuację w ciele jakim jest Kościół. Z całą pewnością można konstatować za św. Janem Chryzostomem: „Po łasce Boga, wszystko zależy od nas i naszego starania.” Kościół zatem staje się lecznicą- szpitalem, gdzie opasuje się rany i mocą epikletycznego westchnienia wyprasza się zdrowie duchowe i fizyczne, antycypując całkowite przebóstwienie człowieka.
środa, 8 września 2021
Narodzenie Twoje, Bogurodzico Dziewico, radość dało całemu światu, albowiem z Ciebie zajaśniało Słońce Sprawiedliwości, Chrystus. Dzisiaj w liturgii antycypujemy narodzenie Przenajświętszej Bogurodzicy. Święty Andrzej z Krety nazywa święto narodzin Bożej Matki początkiem świątecznego cyklu, bramą wiodącą ku łasce i prawdzie. „Mądrość zbudowała sobie dom…”(Prz 9,1). Na świat przychodzi kobieta- Córka pramatki Ewy, której ciało stało się świątynią i pałacem wypełnionym po brzegi łaską: „promień świetlny w niej stał się ciałem”(Tertulian). Wraz z Jej narodzinami ziemia staje się dziewicza, a przestrzeń i czas powraca do niegdyś utraconej przez człowieka, edenicznej harmonii. Jest to przygotowanie ludzkości na przyjście i przyjęcie Boga. Joachim i Anna cieszą się obecnością dziecka, a wraz z nimi Kościół i historia przyjmuje najcenniejszy dar, stając się otwartą na świętość. „Cóż ofiarujemy Tobie, o Chryste ? – wyśpiewuje podniośle Kościół Wschodni w Wigilię Bożego Narodzenia- niebo ofiaruje Tobie aniołów, ziemia przynosi dary, a my ludzie, ofiarujemy Tobie Matkę Dziewicę.” W Jej osobie każdy chrześcijanin w zupełnie nowy sposób odczuwa świat w Bogu. Miał rację Eliade, pisząc: „teologia maryjna stanowi transfigurację najszerszego i najbardziej znaczącego hołdu, jaki od prehistorii składano religijnej tajemnicy kobiecości.” Dziecko, które trzymają na ikonie dłonie piastunki, stanie się jak wyrazi to przenikliwie Dostojewski- Wielka Matką, Ogromną, błogosławiona i wilgotną ziemią- „kosmicznym symbol nowej Ewy, Macierzyństwa i Życia.”
wtorek, 7 września 2021
Życie Twoich wiernych, o Panie zmienia się, ale się nie kończy. Wczoraj dotarła do mnie smutna wiadomość o śmierci mojego przyjaciela- artysty plastyka- twórcy ikon Andrzeja Binkowskiego (1955- 2021). Na wieść o jego odejściu do wieczności, poczułem smutek połączony z głęboko uświadomioną nadzieją. Odszedł człowiek którego znałem od kilkunastu lat: wypróbowany przyjaciel, ikonopisarz, poeta i teolog. Nie sposób słowami wymalować jego barwnego życia. Miał w sobie prostotę dziecka i charyzmę mnicha pochylonego nad pieczołowicie przygotowanymi deskami pod ikony. Kochał sztukę i poprzez jej doświadczenie, przybliżył się do wiary. Odkrył ikonę i spoglądał z egzaltacją mistyka w jej oczy. Zrozumiał że jej siła nie leży w drewnie czy farbach, lecz świetle Taboru. Próbował przechylić odrobinę świat w stronę Piękna, które zbawia. Jego myślenie o świecie, chrześcijaństwie i ludzkich losach, było niesamowicie spójne i nacechowane niebywałą wrażliwością i intuicją proroka. Był dobrym człowiekiem, ciągle ciekawym świata i ludzi. Talent Andrzeja polegał na malowaniu ludzkiej rzeczywistości przenikniętej namacalnym odczuciem absolutnego Piękna. Choć był rzymskim katolikiem, odkrył bogactwo prawosławnego Wschodu- teologiczną estetykę i drogę ku przebóstwieniu. Jakże bliskie Mu były słowa zapisane przez Gogola: „Sztuka jedna nas z życiem, wprowadza w duszę porządek i harmonię… Jeśli artysta nie sprawi cudu przemiany duszy widza w miłość i przebaczenie, jego sztuka jest jedynie przelotną pasją.” Był bezinteresownym w tym, co robił. Obdarował dziesiątkami ikon i polichromii kościoły i cerkwie, jakby upatrując w tej dobroczynnej dobroci cel uwrażliwiania ludzkich oczu na piękno i pojednanie z Bogiem. Potrafił godzinami z nieprawdopodobną lotnością umysłu rozprawiać o kulturze, której ostateczny sens i spełnienie widział w komunii z wiarą. Poznaliśmy się szmat czasu temu, kiedy jako młody student teologii stałem się częstym bywalcem jego domu. Pamiętam gościnność jego żony Jolanty, której dusza była tak szlachetna, iż każde z naszych spotkań było świętem. Ich rodzinny dom emanował spokojem i radością. Odeszła przed Andrzejem, ale nigdy nie przestała być jego muzą i duchową towarzyszką; zawsze odczuwał jej wewnętrzną obecność i wstawiennictwo w licznych artystycznych przedsięwzięciach. Ubogacaliśmy się wzajemnie. Andrzej był utalentowanym malarzem, dla którego ikona była materią nieustannych konfrontacji ze sobą i poszukiwania sposobów na co raz bardziej idealne technologicznie ukazywanie tego, co niewidzialne- a ukazane na sposób widzialny. Ja podarowałem mu teorię- wiedzę o sztuce- teologię ikony. Przez lata byłem towarzyszem jego artystycznych realizacji; honorowym gościem i prelegentem zainicjowanych licznie wystaw. Ostatnie lata jego życia były naznaczone stygmatem cierpienia- krzyża- który dźwigał z niepojętym dla mnie spokojem. Czekał na przeszczep nerki i nieustannie mówił, że cierpienie którym został obdarowany to jedynie „trudna, ale piękna miłość.” Towarzyszyło mu jeszcze wiele innych chorób, które przerywały jego mozolną pracę, częstymi wizytami w szpitalach. Nigdy się skarżył, nie narzekał. Powtarzał pełnym ciepła, choć nadwyrężonym głosem: „Ufam lekarzom, są cudowni… Trzeba być dobrej myśli.” Chciał jeszcze u kresu życiowej pielgrzymki, odwiedzić Górę Polanowską- ukochane miejsce w którym pozostawił część swojej duszy. Patrząc na ikonę Maryi Bramy Niebios, czuł przygarniętym w miłości dzieckiem czekającym na kolejne do wykonania zadanie. W tym świecie który przemija Andrzej zostawił cząstkę siebie- ikony „próbujące czynić widzialnym niewidzialne.” Nosił w sobie odczucie wieczności, a dni które były przygniecione balastem agonii ciała, wchodziły w światłość którą wypisywał asystą na twarzach świętych. Żył już w Chrystusie z którym miał lada chwila się spotkać. Doświadczył katharsis ukrzyżowanego Piękna. Odszedł jak „żebrak” znaleziony przez opiekunkę na ziemi, ze wzrokiem skierowanym na jedną z wiszących na ścianie ikon. Stał się duszą zmartwychwstałą ! Kochany Andrzeju wyszedł już ku Tobie Chrystus i mówi jak zalęknionym niewiastom w drodze do grobu: Raduj się ! Odpoczywaj w pokoju Przyjacielu.
niedziela, 5 września 2021
Wkrótce potem udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a podążali z Nim Jego uczniowie i tłum wielki. Gdy przybliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego – jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. Na jej widok Pan zlitował się nad nią i rzekł do niej: «Nie płacz». Potem przystąpił, dotknął się mar – a ci, którzy je nieśli, przystanęli – i rzekł: «Młodzieńcze, tobie mówię, wstań!» (Łk 7,11-15).
Ulitował się nad nią. Czułość i miłość matki staje się źródłem współczucia Chrystusa- Bożego miłosierdzia uobecnionego w akcie wskrzeszenia. Serce Boga można porównać do pełnego troski i miłości serca matki. W czasie nabożeństwa prawosławnego wznosi się modlitwę: „Zagubioną owieczką jestem: przywołaj mnie Zbawco i zbaw mnie.” Śmierć jest rozłąką- tragedią- udręczeniem serca. Stąd tak widoczny dramat matki. Ona jest inspiratorką cudu ! Pierwszym obrazem który utrwala się w umyśle małego dziecka jest postać matki. Ten obraz nigdy się nie zatrze, będzie źródłem nadziei i pocieszenia; bezpieczną przystanią do której zapewne powracał często w myślach ów młodzieniec z Ewangelii. To w ramionach matki dziecko zaczyna odczuwać ojcowską opiekę, bezpieczeństwo i schronienie. Łzy matki spulchniają twardą i spękaną ziemię, tu łączy się pierwiastek życia i śmierci. Te oczywiste treści rozumie dogłębnie Chrystus dla którego słowo Matki, było szczególne i nie pozostawało bez wpływu na obecną w ludzkiej naturze wrażliwość. Jest ludzki, gdy „głęboko się wzrusza,” „rozrzewnia się,” czy zapłacze później przed grobem przyjaciela Łazarza. „Oto jak go miłował”(J 11,33). Nie potrafi przejść obojętnie wobec tłumu który na twarzach nosi żałobę smutku którego najgłębszym ucieleśnieniem jest ból rozstania matki z dzieckiem- największym skarbem- miłosnym owocem jej łona. Kondukt żałobny się zatrzymuje, a zmarły ku zdumieniu tłumu powstaje. „Wszyscy w Nim żyjemy, albowiem nie ma w Nim śmierci”- powie o. Makary. W dzisiejszym pełnym powierzchowności i egoizmu samotnym świecie, potrzebujemy dostrzec łzy matki. Chłód, rozproszenie i obojętność, powinna zostać przeszyta strugą współczującej miłości. „Być chrześcijaninem- pisał O. Clement- to odkrywać, nawet w głębi swojego piekła, zdewastowane i zmartwychwstałe oblicze Boga, który nas przyjmuje, wyzwala i przywraca nam szansę bycia Jego obrazem.” Być obrazem zmartwychwstałej Miłości !
piątek, 3 września 2021
Ponad rok czasu spędzony przed ekranem komputera jakoś naturalnie uwrażliwia na realną obecność uczniów, którzy rozpoczęli in situ swoją edukację. Umysł naraża się na niebezpieczeństwo, gdy próbuje wyobrazić sobie jak wielkim- intelektualnym uszczerbkiem- okazała się zdalna nauka. Mam nadzieję że ten czas larwalny się zakończył i nie będzie miał swojego powrotu. Uczniowie wyskoczyli nagle, jak Jonasz z paszczy wielkiej ryby. Intermedium ! Cieszy mnie obecność młodzieży, ich optymizm i wyczuwalna tęsknota za rzeczywistym kontaktem, spojrzeniem i malarską siłą słowa które brzmi tak bezpośrednio i smacznie. „Stwarzam się w słowach, które stwarzają mnie” (J. M. Coetzee). Szkoła jest zawsze dialogiczną przygodą pomiędzy mistrzem i uczniem; naprzemiennie obdarowującym i obdarowanym. Nawet najbardziej zaawansowana technologicznie cywilizacja, nie jest wstanie zastąpić fizycznego spotkania dwóch osób: „Gdy tylko pojawia się twarz drugiego obdarowuje mnie”- pisał E. Levians. Bez wątpienia życie jest twórczym dialogiem, a nauczanie i splecione z nią wychowanie jest przygotowaniem przestrzeni pod spotkanie osób, których rozmowa będzie kontynuowana w czasie i przepleciona ledwie wyczuwalną nicą użytecznej mądrości. Jako spadkobierca pewnej kultury duchowej, umysłowej i artystycznej, czuję się w obowiązku o niej opowiadać. „Osobę odnajduje się dając”(E. Mounier). Jakże urzekające jest poczucie spełnienia, widząc w oczach słuchaczy nić intelektualnego porozumienia i radość z faktu obcowania z wybranym fragmentem wiedzy. Może jestem naiwnym optymistą, ale opowiadam o sztuce- ludzkiej ekspresji, która w moim przekonaniu zachowuje nieustanną świeżość oddziaływania. Ile to trzeba błyskotliwego polotu, aby mały- „nieporadny pisklak” mógł poszybować ku horyzontom o których do tej pory nie miał pojęcia ! Człowiek konsumpcyjnego komfortu potrzebuje piękna jak powietrza (którego jakoś wydaje się mocno problematyczna). Wizualna kultura szturmująca zmysł wzroku i prowokująca do wnikliwego namysłu nad egzystencją naznaczoną wektorem piękna. Gdybym nie był przekonanym, że to co pokazuję i o czym mówię jest przekonujące, to spacerowałbym na krawędzi rozpaczy, brodził w mroku- umysłowego i estetycznego niebytu. Na pierwszy rzut oka, sztuka wydaje się pełna ludzkich resentymentów i zapętlenia. Na szczęście to jedynie powierzchowne odczucie. Jest w niej coś z pewnego rodzaju „transmigracji”- wehikułu czasu do którego możemy wsiąść i odbyć podróż w świat dla nas interesujący. W każdym z zachowanych dzieł pulsuje życie historii, której opowiadanie nie staje się czymś zmurszałym, czy przedawnionym lecz pełnym ekspresji odkrywaniem świata ludzkiego geniuszu i ducha wyrywającego się niczym biblijna gołębica ku światu ocalenia. Wolność ducha i kreatywność jest żarem który zapala świat, wyrywając go z nudy, letargu i zobojętnienia. Ktoś kto uczy innych posiada ową ostrość widzenia przemian, które się dokonują w młodych ludziach i rzeźbią ich, aby uzewnętrzniła się szlachetność człowieka poruszonego poznaniem. Myślę również że opowiadanie o sztuce jest terapeutyczne. W niej zawiera się skondensowana ludzka i boska wiedza o świecie. Filozoficzne zdumienia; teologiczne poszukiwania sensu; literacki gąszcz znaczeń i symboli; w końcu indywidualne zdumienia, rozpinające świat człowieka pomiędzy trawiącym go niepokojem a nadzieją. Kiedy pojawia się poczucie zagubienia pośród hałaśliwego i zadyszanego świata, to przez spotkanie z kultura słowa i obrazu- pojawia się zatrzymanie i powiew świeżości. Wtedy najbardziej fundamentalne pytania znajdują odpowiedzi i wyrywają z labiryntu zagubienia. „Kryzys człowieka współczesnego, w tej mierze w jakiej jest kryzysem sensu, ma charakter religijny”- mówił M. Eliade. Sztuka otwiera również na religię (pierwociny wiary) której kryzys jest dzisiaj wyraźnie wyczuwalny. Wielka kultura zawsze ma swoje odniesienie do kultu, jeśli go utraci- stanie przestrzenią odpadków- bez jakiejkolwiek większego sensu i treści. Stąd „wychowanie (i rzetelnie przekazywana wiedza) jest sprawą serca.”
środa, 1 września 2021
Przez słowo Pana powstały niebiosa i wszystkie zastępy przez tchnienie ust Jego... Bo sam przemówił, a wszystko powstało; On sam rozkazał, a zaczęło istnieć (Ps 33, 6- 9).
Nasza egzystencja jest przeniknięta drganiem słów unoszących się w powietrzu i układających się w odwiecznie sprzężoną z życiem człowieka kaligrafię tekstów w których czas i dziejące się w nich wydarzenia stają się barwnym zapisem- relacją z przeżywanych twórczo chwil. Jako pierwszy przemówił Bóg, który tworząc plastycznie świat tworzywem słowa, rzekł: „Niechaj się stanie światłość”(Rdz 1,3- 8). Powołanie wszelkiego istnienia dokonało się dzięki aktowi mowy. Pomyślał- wypowiedział myśl- urzeczywistnił. Odwiecznie w Nim pulsujące marzenia przybrało kształt. Wraz z pierwszym i najbardziej misteryjnym aktem Boga, ludzka cywilizacja zostaje obdarowana kulturą słowa. Ten zlepek dźwięczących słów: będzie ludzką modlitwą, wyznaniem, proklamacją, poezją i muzyką- liturgicznym hymnem wdzięczności. „Poezja to mówiące malarstwo”- powie antyczny myśliciel Simonides. Rozgałęziona historia języków zawsze będzie odnajdywała swój matecznik- w tym biblijnym- najbardziej subtelnym języku, utkanym ze słów Boga. Wielu badaczy zgodnie uważa, że historia ludzkości zaczęła się od obrazów. Kształty zaobserwowanych rzeczy które wyrysował na ścianach jaskiń niemy człowiek w sercu dzikiej natury. Nie uważam tej opinii za jedyną i wyczerpującą. Na początku było słowo. „Zamiast obrazków pojawiły się znaki- kliny, linie- i nagle przestały wyrażać pojęcia, zaczęły oddawać dźwięki- sylaby lub głoski”(J. Parandowski). Z ciszy zrodziło się słowo, które porwało ludzkiego ducha i otworzyło jego percepcję na piękno otaczającego świata. „Pismo i sztuka to jedyni świadkowie czasów”(M. Dąbrowska). Zaczęto opowiadać o życiu. Zrodziła sie potrzeba opisania zjawisk- wewnętrznych i zewnętrznych. Wrażenia zaczęto zapisywać jednym tchem, bez przerywników, gwiazdek, odstępów. Pierwsze starożytne teksty nie posiadały znaków interpunkcyjnych, a ich teksty płyną wartko niczym rzeka, zagarniając wszystko, co napotkały na swojej drodze. „Kontemplacja natury czyni poetów, medytacja przeznaczenia czyni myślicieli. Poeta i myśliciel spoglądają w jedną stronę tajemnicy. Bóg jest za jej ścianą”(V. Hugo). Wypowiedziane słowa wyznaczały kierunek ku poznaniu siebie i innych. Słowa za którymi można się skryć lub użyć ich jako najpotężniejszą broń przeciwko swoim adwersarzom. Słowa podnoszące dachy domów; przynoszące pokój, szczęście i radość. Słowa zdrady- niczym śmiercionośne strzały- którymi się miota niespodziewanie, uśmiercając swój cel w ułamku sekundy. Jaką siłę ma słowo: wykrzyczane i zapisane na kamieniu, skórze, czy całunie z szeleszczących liści ! Javier Sierra w jednej z poczytnych powieści ustami bohatera, mówi: „Na ogół nie doceniamy mocy słów. Są one bowiem narzędziem codziennym, tak nierozdzielnie związanym z ludzką naturą, że często zapominamy, iż ledwie jedno z nich- niczym trzęsienie ziemi, wojna lub choroba- potrafi odmienić nasz los. Podobnie jak w przypadku tego rodzaju katastrof, skutki działania głosu okazują się niemożliwe do przewidzenia... W każdej chwili- dziś, jutro lub w przyszłym roku- prosty ciąg dźwięków wypowiedzianych w odpowiednim momencie może na zawsze zmienić bieg naszego życia.” Często wyobrażam sobie odległą w czasie historię. Świat antycznych myśli i nakreślonych słów u pierwszych mistrzów, myślicieli i heroldów słowa. Wyobrażam sobie domy starożytnych, gdzie na półkach wykształceni Rzymianie trzymali książki z greckim przekładem Iliady
i Odysei Homera, z których dzieci uczyły się na pamięć fragmentów i ćwiczyły się retorycznej sztuce słowa. Tegonia Hezjoda z jej mitami i genealogią bogów, tragedie Sofoklesa i Eurypidesa, jak również wartkie komedie Menandra. W domach tych bardziej wykształconych i używających biegle łaciny, były Eneida, epicki poemat Wergiliusza o pełnych przygód wędrówkach Eneasza oraz Metamorfozy Owidiusza które zapłodnią bogactwem tematów całą późniejszą sztukę. W końcu filozofia, tak popularna w świecie śródziemnomorskim bez której dzisiejsza kultura słowa byłaby bełkotem prostaków rozbijających się mieliznę niemych pytań. Dialogi Platona, Timajos, czy Etyka nikomachejska Arystotelesa, pisma stoika Zenona i zawiłe w opisy historie Tukidydesa i Herodota. Warto również nadmienić o mowach Cycerona i Senece snującym rozprawę o życiu szczęśliwym. Wszystkie te mity, historie, opowiadania- unieśmiertelnione słowa w żywiole ludzkiej ekspresji dają obraz ludzkiej mądrości zrodzonej w tyglu wypieczonych słów. Przyjemność obcowania z pięknem języka, geniuszem i przenikliwością myśli ich twórców. Obok tego współistniał cudowny świat Biblii. Świat tych, którzy podążyli za Chrystusem i dali się uwieść Ewangelii- Słowu, które zbawia. „Teraz traktujcie Pismo Święte jak twarz Boga. Rozpłyńcie się w Jego obecności” (św. Augustyn). Jakże w tym kontekście wydaje się budujące i inspirujące w przeżywaniu słowa, świadectwo syryjskiego chrześcijanina z pierwszych wieków Kościoła kiedy poddał się lekturze Księgi Rodzaju. Poczuł, że wszedł w nowy i tajemniczy świat: „Przeczytałem początek tej księgi i wypełniła mnie radość/ Gdyż jej zwrotki i linijki otwierały swe ramiona, by mnie powitać. I poprowadziły do swych towarzyszek. A kiedy dotarłem do miejsca, gdzie spisana jest historia Raju, poczułem, że unoszę się i przemieszczam z serca tej księgi w samo serce Raju !”
Subskrybuj:
Posty (Atom)






