środa, 29 września 2021
Bez wątpienia na mapie Europy istnieją miejsca w których przestrzeń architektury staje się wcieleniem. Wchodzisz do wnętrza i wszystkie, harmonijnie zespolone ze sobą elementy opowiadają o wierze ludzi której żarliwość popychała do tworzenia tak nieprawdopodobnych przestrzeni; ucieleśnionego z kamiennych ciosów sacrum. „Bóg zbudował człowieka, żeby człowiek budował dla Niego… Gdzie winniśmy Ciebie szukać ? Tu w świątyni”- słyszymy w dziękczynnej pieśni Balaja. Wstępujesz i półmrok wypełnia się światłem i bezszelestną, ledwie uchwytną dla ucha modlitwą wieków. Wchodząc ze świata wezbranego od wzburzeń i nieustannych zmian, tempa przesuwających się bez przerwy wydarzeń, nagle wędrowiec odkrywa błogość zalegającej zewsząd ciszy: „Królestwo Boże jest w was.” Kiedy zaczynasz zasysać miarowo powietrze wchodzi w ciebie wraz ze światłem; zaczynasz oddychać obecnością Boga. Bez perspektywy teologicznej nie jesteśmy wstanie zrozumieć tego, na co patrzą nasze oczy i do czego wyrywała się skołatana brzemieniem czasu dusza tamtych ludzi. Patrzę i przelatują mi przez głowę słowa greckiego poety Costisa Palamasa: „Wszystko jest nagie… dzień wstaje zewsząd…. Nasyćcie się światłem.” Z pewnością sztuka przybliżała Boga, czyniła Go bardziej bliskim- zmysłowo uchwytnym. Oczami wyobraźni wchodzę do kościoła Santa Maria de Naranco (ok. 840-848), stając częścią ekumeny pierwszego tysiąclecia chrześcijaństwa- świata poddanego wielkiemu charyzmatycznemu przebudzeniu wiary u świtu Średniowiecza. We wczesnych latach czterdziestych IX stulecia król Ramiro I, zbudował pod Oviedo, na południowym stoku Monte Naraco, w bliskości swego kompleksu pałacowego, halę o przeznaczeniu świeckim, która później została przekształcona w kościół, dedykowany Matce Bożej. „Dzięki bliskiemu sąsiedztwu z wysublimowaną architekturą arabską budowle chrześcijańskiej Asturii mają często lekkość i swobodę, jakiej nie spotyka się prawie w ówczesnej architekturze Zachodu”(N. Pevsner). Dwukondygnacyjna budowla odznacza się harmonijnymi proporcjami bryły, starannym i przemyślanym wykonaniem kamiennych murów oraz wykwintnym detalem rzeźbiarskim, przełamującym zewsząd tektonikę i surowość budulca. „Budowla sakralna jawi się więc jako wariacja symfoniczna na ten sam architektoniczny temat, który powtarzając się, nakłada na siebie nieskończoność, przypomina fundamentalną symbolikę świątyni: połączenie nieba i ziemi”- pisał J. Hani. Na każdą z obecnych kondygnacji składa się obecność centralnych sal, do których przylegają boczne loggie, nakryte sklepieniem kolebkowym- wykutym w tufie wulkanicznym. Łuk półkolisty niczym motyw muzyczny powraca nieustannie w dekoracyjnych arkadach, stylistyce elewacji, a szczególnie w zdobnych triforiach stanowiących kamienne credo w Boga, który jest Wspólnotą Osób. „Kościół bowiem został zasadzony w świecie jako rajski ogród”(Ireneusz z Lyonu). Przemierzając uważnie budowlę wzrokiem, przeżywamy rodzaj niespotykanego dotąd zachwytu nad materią kamienia. Surową powierzchnię kamiennych ciosów, ożywiają spiralne żłobkowania kolumn i odkute fantazyjnie kapitele- przywodzące swą sylwetką formę koryncką- echo świata dawnej Hellady. Możemy dostrzec również cieszące oko przedstawienia figur ludzkich i dekorację zoomorficzną tak charakterystyczną dla sztuki zrodzonej z kontemplacji świata natury, obitej roślinności- „śladów zapomnianego Raju.”
niedziela, 26 września 2021
Któż może odpuścić grzechy prócz samego Boga?» Lecz Jezus przejrzał ich myśli i w odpowiedzi [na nie] rzekł do nich: «Co za myśli nurtują w sercach waszych? Cóż jest łatwiej powiedzieć: „Odpuszczone są ci twoje grzechy”, czy powiedzieć: „Wstań i chodź”? Otóż żebyście wiedzieli, że Syn Człowieczy ma na ziemi władzę odpuszczania grzechów» – rzekł do sparaliżowanego: «Mówię ci, wstań, weź swoje łoże i idź do domu!» I natychmiast wstał wobec nich, wziął łoże, na którym leżał, i poszedł do swego domu, wielbiąc Boga (Łk 5,21-25).
Miłosierdzie jest zarówno najłatwiejszym, jak i najtrudniejszym zadaniem człowieka. Pełną troski i miłości inicjatywą wykazują się ludzie niosący na marach człowieka sparaliżowanego. Nie mogąc przedrzeć się przez napierający zewsząd tłum, odchylają dach domu i spuszczają na linach chorego człowieka, bezpośrednio przed samego Chrystusa. Wykazują się oni współczuciem i odważną wyobraźnią, wbrew solipsyzmowi faryzeuszów. Ewangelia stawia przed nami czułe współczucie charakteryzujące ludzi i ich postawy, jak również odsłania uzdrawiającą miłość Boga- dotykającą ciała i duszy. Jakże wymowne w kontekście tego wydarzenia są słowa Sołowjowa: „ten, zostanie zbawiony, kto zbawi innych.” Mistrz z Nazaretu okazuje się dobrym lekarzem- szafarzem sakramentu miłości ! „Grzech zniekształca człowieka, zaś łaska czyni go pięknym”(św. Sylwan z Atosu), Chrześcijaństwo w tym domu z odsłoniętym dachem będzie widziało Kościół jako miejsce uzdrowienia i przebóstwienia; błogosławioną przestrzeń powrotu do zdrowia. Miał rację Wiliam Blake mówiąc o człowieku, „że nie ma ciała odrębnego od swej duszy, bowiem to, co nazywamy ciałem jest częścią duszy rozpoznawalnej przez zmysły.” Stąd jedno i drugie potrzebuje lekarstwa miłości. Tym, co zgrzeszyli, święty Jan Chryzostom mówi: „Wejdźcie do Kościoła, czyńcie tam pokutę: tam mieszka lekarz, który leczy, a nie sędzia, który potępia. Tam nie żąda się kary za grzech, ale udziela się odpuszczenia.” Celem chrześcijaństwa w świecie jest niesienie lekarstwa miłości; przepowiadanie Boga, niosącego na swoich ramionach zranioną grzechem ludzką istotę. „Jednoczyć ten świat z Bogiem, uczestniczyć w jego powszechnym zbawieniu drogą historii, zbawiać ciało od śmierci”- pisał M. Bierdiajew. Bóg Ukrzyżowany i Zmartwychwstały podnoszący nas z brudu grzechu, czyniący z niewolników i sparaliżowanych- ludzi prawdziwie scalonych i wolnych- otwartych na ostateczny dzień wielkiego przeobrażenia w miłości.
sobota, 25 września 2021
Żyjemy w zgliszczach utraconego niegdyś Raju. Kurczowo trzymamy się ziemi i chcemy uciec możliwie jak najszybciej od śmierci, której obecność aż nazbyt mocno naznaczyła naszą codzienność. Jest w tym jakiś powrót do pogaństwa, wdzierającego się nagle w sposób do końca nieuświadomiony. Herodot antyczny pisarz, pozostawia nam wspomnienie jednego z plemion trackich, które witało nowo narodzone dzieci płaczem i szlochaniem, podczas gdy zmarłych odprowadzano do grobu okrzykami i wołaniem radości, ponieważ zmarli wyzwalali się właśnie z tego życia. Orficy przywiązywali do rąk zmarłych małe tabliczki wykonane ze złota z wyrytymi symbolami ich wiary: „Ja również pochodzę z rodzaju niebieskiego.” Były one czymś w rodzaju przepustki w długiej, naznaczonej mrokiem wędrówki do wrót innego świata. W naszej kulturze śmierć jest czymś najmniej oswojonym. Zmarli chowani są z przed oczu żyjących, aby nie zburzyć ich świętego spokoju i hedonistycznej przygody życia. Z wielką łatwością skazujemy dzieci w łonach matek na unicestwienie, a starszych ludzi na odejście bez pamięci i należnej im czci. Eutanazyjny zastrzyk stał się szybki i bezbolesnym rozwiązaniem problemów z tymi którzy wymagają opieki, a których fizyczny ból odstrasza i wymaga poświęcenia- ludzkiego heroizmu. Śmierć ! Wypieramy jej obecność, a z drugiej strony czujemy jej ciężar, który dla wielu jest balastem pchającym ku rozpaczy i porzuceniu nadziei. „Śmierć- pisał piewca pesymizmu Schopenhauer- to sen, w którym indywidualność ulega zapomnieniu” lub jak chciał Sartre „bezsensownym cierpieniem” po którym rozciąga się jedynie horyzont pustki. Można rozbić się o pychę umysłu i nic nie wyjaśnić; wszystko zapętlić. W obliczu indywidualnych ludzkich zmagań z chorobą i ostatecznych kapitulacji, wszystkie inne dylematy topnieją i przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Religia próbuje konstruować odpowiedź na jedno z najważniejszych pytań człowieka: jaki jest sens naszego istnienia ? W tym impasie intelektualnej pustki, nie potrafiącej poradzić sobie z wytłumaczeniem faktu cierpienia, lęku i przechodzenia na drugą stronę, jedynie wiara uchyla szczelinę światła. „Puste niebo”- jakże często powielana metafora człowieka współczesnego, będąca w opozycji do tradycyjnej eschatologii- milknie przygnieciona kamieniem kruchości i przygodności bytu, wydanego objęciom „siostry cielesnej Śmierci.” Być może na nowo w zbiorowej świadomości, przebija się prawda o Bogu, który jest „zmartwychwstaniem i życiem.” W starożytnym Rzymie- gdzie zakiełkowała nowa wiara, umocniona świadectwem męczenników, nazywano chrześcijan „tymi, którzy nie boją się śmierci.” Dla chrześcijan świat jest przestrzenią nieustannych konfrontacji- mozolnego dialogu i przekonywania, że śmierć została już ostatecznie pochłonięta przez życie. Ta afirmacja życia zmartwychwstałego zostaje w sposób niezwykły odzwierciedlona w ikonografii wczesnochrześcijańskiej. Fresk z katakumb Domitylli ukazuje zmarłą Wenerandę prowadzoną na odpoczynek wieczny przez jej patronkę, męczennicę Petronillę. Anonimowy autor próbuje nas przekonać, że człowiek wiary nie jest sam; ten ostatni odcinek drogi przechodzi w towarzystwie przyjaciół Boga. „Czym jest życie zmartwychwstałe- pyta św. Izaak Syryjczyk. I odpowiada: Odczuwaniem wszystkiego w Bogu. Ponieważ miłość bierze się ze spotkania. Poznanie, jednocząc z Bogiem, spełnia wszelkie pragnienia, a dla otrzymującego je serca całe jest czułością przelewającą się na ziemię, gdyż nie ma nic podobnego do czułości poznania Boga.”
środa, 22 września 2021
Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie (Mt 10, 32-33).
W Komentarzu do Ewangelii według św. Jana Orygenes pozostawia nam jakże głęboką myśl: „Święci są żywi, a żywi są świętymi.” Świadectwo- słowo obecnie tak spopularyzowane przez miałkie autobiografie, zalegające półki galeryjnych księgarni; będące swoistymi autowynurzeniami ludzi z pierwszych stron gazet i mediów. Nie o takie świadectwo chodzi. Myślę tu o kulturze ludzkich postaw „łączne żniwo myśli i uczuć”(T.S. Eliot) charakteryzujące ludzi autentycznie wielkich duchowo. „Świadek mówi wszystkim: Królestwo Boże jest pośród was, Bóg jest obecny we wszystkich zdarzeniach świata, ale wy o tym nie wiecie, wy tego nie widzicie. Wzywa ludzi i ogrania ich w gęstwinie ich sytuacji historycznej. Pokazuje, że Jezus jest współczesny ludziom wszystkich epok”- pisał P. Evdokimov. Rozmawiam z moim znajomym uczącym młodzież katechezy. Patrzę na człowieka zrezygnowanego, wypalonego, nie potrafiącego już z kerygmą dotrzeć do młodych ludzi, aby ich zaintrygować; otworzyć na ważkie pytania, czy postawić w sytuacji zdumienia. Współczuję mu i próbuję w kilku szczerych słowach podnieść na duchu. Nie jest to dramat pojedynczego człowieka. To przeświadczenie towarzyszy wielu chrześcijanom, nie potrafiącym konfrontować swojej wiary z twardą i często opresyjną postawą świata wobec przesłania Ewangelii. Żyjemy w świecie łatwych negacji, ukrytego pod tkanką racjonalnych przesłanek ateizmu, naigrywającego się z religii i czyniącego z niej komiczny, przeterminowany zabobon. Negować i nie wiedzieć- to bardzo różne stany umysłu i towarzyszące im postawy ! Trzeba nauczyć się dystansu wobec strumienia myśli, obrazów, psychologicznych rozgrywek dziejących się w nas i obok nas. Rzeczywistość na opak, szukająca innych alternatyw, pełna „duchowości” bez Boga. Jakże często psychologia chciałaby zająć miejsce religii, szukając panaceum na zranienia ludzkiej duszy. Można sondować stany umysłu, lecz nie głębię ludzkiego serca. Przypominają mi się słowa filozofa Maritaina, iż otacza nas zewsząd wielu ludzi, którzy są „religijnymi analfabetami”- mocują się z Bogiem jak Jakub, ale nie oczekują błogosławieństwa. „Fałszywy Bóg, który we wszystkim przypomina prawdziwego, z wyjątkiem tego, że nie można się z Nim zetknąć, zawsze będzie przeszkodą w dojściu do Boga prawdziwego”- czytamy w Świadomości nadprzyrodzonej Simone Weil. Tymczasem Bóg prawdziwy jest absolutnie wolny i potrafi natychmiastowo wstrząsnąć posadami ludzkiego niedowierzania, buntu i opresyjności. U Pasierba odkryłem słowa, iż „musi umrzeć Bóg złej teologii, ów żandarm świata, małostkowy księgowy, zajęty tylko prowadzeniem rejestru naszych win, mściwy upiór, który wchłonął w siebie wszystko, co było najbardziej posępnego i zatrważającego w bóstwach pogańskich, w najokrutniejszych mitach, zazdrosny o rozwój i emancypację człowieka, jak Apollo, który obdarł Marsjasza ze skóry, ponieważ okazał się lepszym od niego muzykiem, zawistny o każdą odrobinę ludzkiego szczęścia i radości jak Artemida.” Być może oczyszczenie chrześcijańskiego Boga z przyprószeń historii, ludzkich projekcji i karykaturalnych masek, pozwoli na spotkanie z Nim i przyjęcie Go. „Wówczas, w świetle wiary, jeszcze głębiej odkrywamy Boga wcielonego i ukrzyżowanego, który już staje między nicością a nami. Wtedy pojawiają się łzy wdzięczności, łzy radości. Obmyte tymi łzami głębokie serce budzi się i staje się świetlistym okiem, które widzi wszystkie sprawy w Bogu, które zostaje ogarnięte światłem niewyczerpanym, pochodzącym od Ojca, rozświetlającego na górze oblicze Chrystusa, i które prawie utożsamia się z Duchem, dawcą życia”(O. Clement). To wydarzenie staje się natychmiastową euforią, łaską budzącą człowieka do dania świadectwa prawdzie.
niedziela, 19 września 2021
Człowiek to tajemnica. Trzeba ją odgadnąć, lecz jeśli przyjdzie ci ją odgadywać przez całe życie, nie mów, że straciłeś czas; ja badam tę tajemnicę, bowiem pragnę być człowiekiem- pisał w liście do swego brata Fiodor Dostojewski. Jakże intrygujący poznawczo jest sposób rozumowania i do odkrywania istoty i losu człowieka. Zawoalowana tajemnica która wymaga natychmiastowego rozwikłania; ciekawość pchająca do zatopienia się w głębinach ludzkiej świadomości i tych skrycie przeżywanych indywidualnych historii. Świat ludzi, będących w ciągłym przyśpieszeniu- odwołując się do intuicji G. Bergera- wymaga zatrzymania i pochylenia się nad kimś, kto egzystuje obok mnie. Jest to wyjście ku innemu, współistnienie zdolne przekraczać bariery uprzedzeń, stereotypów i osobistych osądów kłębiących się nadmiernie w umyśle. Jakże rozpaczliwy jest dzisiaj krzyk ludzi o zauważenie i poświęcenie im czasu. Wołanie o okruchy miłości ! Natarczywość tego wołania sonduje głębię ludzkich serc i zdolność do współodczuwania świata wraz z innymi. W tłumie można być samotnym i skazanym na egzystencjalny niebyt. Ten, kto poznaje, otwiera się na inność i zaczyna dostrzegać, współbrzmieć oraz kochać. „Nasz Pan dał nam miłość jako wyraz naszej ludzkiej twarzy”- powie św. Grzegorz z Nyssy. Ten wymiar postrzegania przez pryzmat miłości jest szalenie ważny, dynamizując proces integracji i przyjmowania kogoś jako daru. Wyrywa z zaciskających się niewidocznie kleszczy egoizmu. „Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem… Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego”- mówi do nas Chrystus w dzisiejszej Ewangelii. W tym przeplatającym się przykazaniu, zawiera się istota człowieczeństwa i chrześcijaństwa: miłość do Boga i człowieka. Zatem najbardziej fundamentalnym celem życia, staje się zdolność do twórczo przeżywanej miłości- caritas i agape- przedłużające niejako przenikanie miłości Boga w świat. Cywilizacja naznaczona obojętnością i śmiercią wymaga heroicznej zdolności kochania, wbrew samolubnej presji samostanowienia o sobie i powierzchownej interesowności w urzeczywistnianiu dobra. „Tylko człowiek który kochał, umiera jak człowiek”(A. Exupery). Cierpimy dlatego, że nie potrafimy dawać siebie i kochać. Miłość to największe zadanie człowieka nowoczesności !
sobota, 18 września 2021
Kultura jest ruchem, kultura jest miłością- przeczytałem u Rozanowa, próbującego uzasadnić owe niesamowite uczucie zachwytu towarzyszące ludziom powołującym do życia wielkie dzieła sztuki. Jakże ekscytujące są wędrówki oczami wyobraźni do odległych krain i miejsc w których zachowały się ślady ciągle żywej i zapierającej dech sztuki. Spoglądam na wytwory rąk średniowiecznych mistrzów i zaczynam rozumieć to, o czym pisali Ojcowie Kościoła: „Ruch ciała jest głosem duszy.” Pomniki czasu, unieśmiertelniające na sposób estetyczny i teologiczny, pamięć i wyobraźnię ludzi poddanych charyzmatycznemu aktowi tworzenia i odczuwania świata skapanego w świetlistej wieczności. Przeglądając Internet w poszukiwaniu interesujących zabytków na dawnych średniowiecznych szlakach prowadzących do Sanktuarium świętego Jakuba, natrafiłem na urokliwą romańską katedrę Czarnej Madonny- Notre -Dame-la-Noire- w Le Puy. Miejsce gdzie łaciński Zachód spotyka się z kulturą arabskiego Orientu, dając wyraz artystycznej symfonii dwóch jakże różnych, choć czerpiących z jednego źródła światów. Wydarzenia spotkań- raczkującego „ekumenizmu” odciśniętego w topografii i materii sztuki. Samo położenie tego obiektu- w sercu wulkanicznego, górskiego wzniesienia Rocher Corneille Owerni- staje się najbardziej rozpoznawalnym punktem na mapie tego pięknego i barwnego regionu. Katedra jak górzysta panorama, posiada swoją szczególną atmosferę, zapach, światło i cienie, muśnięcia wiatru odtwarzającego muzykę- mozarabski chorał pojednania zwaśnionych niegdyś ludów. Kraina w pierwszym odczuciu przywodzi na myśl muzułmańską Kordobę z jej magnetyzującą zmysły architekturą i ornamentyką, oczekującą na wcielone Piękno- to jest Chrystusa ! Średniowiecze to świat urokliwej egzotyki, egzaltacji i ucieczki w miejsca rodzące się w umysłach i duszach rządnych przygód ludzi wiary. „Nie ma chyba kościoła we Francji bardziej niezwykłego niż katedra w Le Puy- pisał Émile Mâle- Nawa przykryta nie sklepieniem, lecz rzędem kopuł na pniach budzi pamięć o Persji Sasanidów. W fasadzie i w krużganku widać arabską Hiszpanię. Wiemy, że słynna czarna Madonna czczona w sanktuarium miała być sprowadzona z Egiptu. Wszystko tu przywołuje Orient, ten wieczny Orient, który fascynował średniowiecze i który zachowuje dla nas całe swoje uwiedzenie. W katedrze Le Puy odczuwamy nostalgiczne pragnienie krainy światła.” Jakże uwodząca oczy wędrowców jest ta przestrzeń rozedrgana światłem i otulająca nim fasady, czyniąc z wnętrza przestrzeń wypełnioną „aurą geometrycznych abstrakcji”, modlitwą i nieodpartym odczuciem sacrum. Każda szczelina otwiera się w radosnym uniesieniu, oczekując na zstąpienie łaski- powiew Ducha, budzący niedowiarków ze znużenia. Tak jak koliste łuki uginają się pod naporem światła, tak człowiek zaczyna odczuwać swoje istnienie w Bogu. Przemierzając rozległe nawy, spojrzenie ciekawskich pielgrzymów zatrzymuje się na figurze Czarnej Madonny. Statua tak bardzo odbiegająca od bliskich ludziom Zachodu rzeźb ukazujących tronującą Maryję z dzieciątkiem Jezus. Jej wygląd przywodzi na myśl afrykańskie maski, a detale twarze sugerują wpływ bizantyjskich ikon w typie Hodegetria i licznych romańskich Madonn w które obfituje ów region Francji. Twarz koloru hebanu, wydłużona, z wąskim nosem i podłużnymi szklanymi oczami, staje się echem cudownej poezji liturgicznej którą przez wieki wyśpiewywał Kościół Virgo Mater: „Pragnę, aby Twój obraz odbijał się bez przerwy w zwierciadle dusz i zachowywał je w czystości aż do skończenia wieków, aby podnosił tych, którzy są zgięci do ziemi, i aby dawał nadzieję i radość wszystkim tym, którzy czczą i naśladują ten wieczny model Piękna.”
środa, 15 września 2021
Nasze istnienie niejednokrotnie jest podobne do labiryntu- „symbolu egzystencji”- przez który człowiek przechodzi po omacku, żywiąc nadzieje na dotarcie do obranego środka. „Otwór wywiercony w naszej subiektywności”(P. Floreński). Nie każdy potrafi dostrzec „nić Ariadny,” korzystnego splotu czasu i wydarzeń pozwalających stopniowo odkryć optymistyczny finał egzystencjalnego zmagania i wędrówki przez mroki. Od kilkunastu miesięcy jesteśmy w takim labiryncie pandemii; każdy z nas odczuł na własnej skórze poczucie bezradności wobec choroby, samotnego odchodzenia i w konsekwencji spoglądania śmierci prosto w oczy. Pomimo ukształtowanych mechanizmów adaptacji, śmierć ciągle jest zaskakującym wydarzeniem inicjacji- przejścia- Paschy ! Życie człowieka nie jest nicością, jakimś esencjalnym niebytem jak postulował Sartre. Świadomość nie unicestwia bytu, ale przenika go strugą światła. Gdzieś na dnie studni pamięci, pojawia się nadzieja. Odczucie kruchości życia, pozwala odkryć głębsze obszary istnienia; transcendować siebie i wychodzić ku tajemnicy własnego losu. „Bóg jest, nawet jeśli Go nie ma”(E. Cioran), przygarniając spulchnione łzami stworzenie. Czarna tkanina przykryła nagie- samotne ciała i sparaliżowała umysły tych, którym dane było pozostać na ziemi opłakujących odejścia bliskich. Zdawać się może, że po każdym, nawet najbardziej dramatycznym doświadczeniu, nasza perspektywa jest szersza, a spojrzenie wyostrzone do granic możliwości. Człowiek przestał być zobojętniałym wobec nieskończoności. Wielu ludzi nauczyło się widzieć życie wokół siebie głębiej. Spostrzegło się, że istnieje „horyzont eschatologiczny”(P. Ricoeur). Ukształtowała się w bólach, owa nieuświadomiona intuicja wiary, pozwalająca radzić sobie ze spadającymi z zaskoczenia kryzysami. Być może jesteśmy przed kolejną i bardziej przewidywalną falą pandemii. Repetycja cierpienia o wiele mocniej uświadomiona i przetrawiona przez zbiorową świadomość. Próba labiryntu przez którą przechodzi człowiek i towarzyszący mu Bóg. Jakże mozolne jest wpisanie się na grzbiet nieba ! Ostatecznie pozostają słowa otuchy, rozwiane muśnięciami wiatru. Żyją we mnie słowa Makarego z Młokosa Dostojewskiego: „Człowiek musi umrzeć w pełnym świetle swego ducha, w szczęściu i pięknie, pragnąc swojej ostatniej godziny, i odchodzi cały radosny jak kłos w stogu siana, jego tajemnica się spełnia…”
Subskrybuj:
Posty (Atom)






