niedziela, 21 kwietnia 2024

 

Rzekła do Niego kobieta: „Panie, daj mi tej wody, abym już nie pragnęła i nie przychodziła tu czerpać” (J 4,5-42). Wielokrotnie próbowałem wyobrazić sobie scenę spotkania Chrystusa z Samarytanką. Przesuwa mi się w pamięci wiele obrazów malarskich, których wspólnym wyróżnikiem jest atmosfera niepowtarzalnej intymności i spontaniczności. W Ewangelii większość obrazów wypełniają szczelnie kłębiący się ludzie, którzy z ciekawości lub z chęci zobaczenia cudu cisną się wokół osoby Jezusa. Spotkanie przy studni wskazuje na bardzo indywidualne podejście Boga do człowieka. Samarytanka nic o przypadkowo napotkanym mężczyźnie nie wie, nawet jest zaskoczona i skrepowana Jego obecnością. Nie może się już wycofać i wrócić z niczym do domu. Pokazanie się w innej porze dnia byłoby dla niej niebezpieczne; już nie tylko poszybowałyby przykre słowa z ust innych kobiet, a może nawet kamienie poleciałby w jej kierunku. Chrystus doskonale zna jej historię. Wie czym się zajmuje, jaki jest jej status społeczny, a co najbardziej zaskakujące zna myśli ludzi na jej temat. Jest osaczona i musi skonfrontować się z prawdą. Nie można czerpać wodę ze „studni życia” przy jednoczesnym zakłamywaniu własnego życia. Jest grzeszna i potrzebuje „źródła wody żywej”. Nagle uświadamia sobie że jest w niej ktoś, kto zna ją od wewnątrz. „Skrucha wypływa z poznania prawdy” (T.S. Eliot). To spotkanie uświadamia nam niezwykle uniwersalne przesłanie. „Grzech pokrywa obraz Boga w człowieku nieczystością i zasłania go. Obraz Boga zostaje przykryty innym obrazem, który jest obrazem zwierzęcym, diabelskim. Pokuta oczyszcza i odnawia obraz. Cnota nadaje mu blask i piękno” (T. Spidlik). Chrystus wprowadza nieznajomą i bezimienną niewiastę w nawrócenie; bez tego dyskusja o obecności Boga w tym, czy innym miejscu jest tylko stratą czasu. Tą świątynią jest serce człowieka- miejsce spotkania, nawiedzenia, nasycenia życiem. Już Platon pisał: „Kto dąży do piękna, ten naśladuje tego, kto jest najpiękniejszy. Kto miłuje dobro, ten szuka tego, kto jest dobrem…” Piękno, Dobro, Miłosierdzie stoi przed nią- w bliskości o której mogli sobie pomarzyć Prorocy włóczący się za Bogiem, czy wdrapujący się na wysokie góry, aby choć przez chwilę poczuć obecność Niepoznawalnego. Ile jest dzisiaj takich ludzi, którzy mówią że nie są spragnieni. Czy ich pragnienie Źródła wyschło ? Przy studni czeka Pan także na współczesne samarytanki. One doskonale wiedzą, że źródło istnieje, i szukają je, ale zapomniały, że bije ono z Tego, który nieustannie prosi, aby dać Mu pić. Źródło nie jest czymś urojonym, to człowiek jest zagubiony i zdezorientowany, ciągle przychodząc nie w porę. On ciągle czeka przy studni- Bóg tęskniący za człowiekiem. Dzisiaj Jego studnia jest Kościół- „miejsce pokrzepienia”- locus refrigerii- przedsmak Raju nawodniony miłością Zbawiciela. Kiedy nas swojej drodze życia spotka się Chrystusa, to pozostawia się swój dzban na brzegu studni i biegnie się ile tylko sił w nogach i piersiach, aby wykrzyczeć innym: „Czyż On nie jest Mesjaszem ?” Cerkiew tradycji bizantyjskiej stawia przed nasze oczy jeszcze jedną grzesznicę, której Bóg daje łaskę nawrócenia i świętości. Jest nią prostytutka i opętana przez demony Maria Egipcjanka. Będąc w Jerozolimie, kierowana ciekawością, poszła za wszystkimi do świątyni Zmartwychwstania Pańskiego. Gdy próbowała przekroczyć próg, jakaś niewidzialna siła nie pozwalała jej tego uczynić. Zrozumiała wówczas, iż nie jest godna by wejść do środka. Zapłakała widząc głębię swego upadku. Zrozpaczona podniosła oczy i nad wejściem zobaczyła Maryję. Zawołała do Niej: „Skoro Twój Syn mnie odpycha, Ty mnie przyjmij! Pozwól mi ujrzeć drzewo, na którym dokonało się także moje zabawienie!” Wyrażąjąc skruchę za grzechy młodości, Maria udała się na pustynię, gdzie w samotności, poście, modlitwie i łzach spędziła czterdzieści osiem lat. Pustynia i źródło Wody Życia, zrodziło ją jako amma, czyli duchową matką zagubionych i spragnionych Boga. Mnich Zosima znalazł jej martwe i wyrzeźbione ascezą ciało, które strzegły lwy. Spoczywała z rękami złożonymi na piersiach i z twarzą zwróconą ku wschodowi, a u wezgłowia, na piasku, znajdował się napis: „Pochowaj tu, ojcze Zosimo, ciało pokornej Marii, oddaj proch prochowi. Módl Boga za mnie, zmarłą w miesiącu kwietniu, w pierwszy jego dzień, po przyjęciu Świętych Sakramentów”.

wtorek, 16 kwietnia 2024

 

O prawosławiu tak wiele mówi liturgia i ikona, te dwie jakże estetyczne i mistyczne rzeczywistości dostarczają niezapomnianych przeżyć i stanowią kwintesencję chrześcijaństwa ludycznego, przenikniętego pięknem i drganiem wieczności. „Gdy wychodzi z cerkwi, gdzie we wspólnocie stołu miłości, we wszystkich swych bliźnich widzi braci”- czytam u Gogola w medytacjach nad Boską Liturgią. Prawosławni modląc się zawsze mają skierowany wzrok na ikony- malarstwo modlitwy i świetliste okna, przez które próbują podglądać świat zanurzony w Bogu. To kształtuje zbiorową duszę narodu poderwaną muśnięciem Ducha i wykarmioną przez wieki tęsknotą za wyłaniającym się ikonopu Obliczem Miłości dotykalnej i zbawiającej. „Drewniana deska staje się żywym organem, miejscem spotkania miedzy Stwórcą a ludźmi”- pisał Kiriejewski. Oczy mimowolnie chłoną świętość zstępującą na podobieństwo światła migotliwej lampady lub wotywnej świecy. Dla wiernych ikona, to coś więcej niż tylko pobożne malarstwo, czy jakieś dewocyjne uzupełnienie religijnej tradycji domowej przestrzeni. Ikona to obecność i postrzegalne zmysłami przedstawienie Chrystusa, Bogurodzicy i świętych których bliskość przybiera szczególny wymiar współbytowania i współegzystowania na granicy dwóch światów. W ikonie dokonuje się wyznanie wiary pomiędzy Patrzącym na mnie i mną odpowiadającym na blask zapraszającego do modlitewnej wymiany spojrzeń. „Ogromne, nieruchome oczy widzą świat nadprzyrodzony. Najistotniejsze w twarzy jest spojrzenie rozświetlone od wewnątrz przez Boży płomień, a spoczywający na nas wzrok jest wzrokiem ducha”(P. Evdokimov). Dialog wyłania się z milczącego trwania naprzeciw. Jakże po dziś dzień wydają się urokliwe chłopskie chaty, stanowiące część topografii krain od Grecji po Ruś, gdzie w sercu domowego zacisza znajdują się święte ikony- otulone haftowanymi ręcznikami; przeniknięte wonią kadzidła i wytarte od ust składających na nich pocałunki. Spoglądam na obraz Maksimowa pt. Czerwony zakątek w chacie, gdzie artysta przenosi nas do drewnianej izby, której diagonalną oś perspektywy wyznacza święty kąt. Jakby artysta chciał zaprosić widza do wejścia w przedwieczorny czas modlitwy. „W ciemnych zakątkach izb stoją stare ikony jakby kamienie milowe Pana Boga, a blask małego światełka wychodzi poza ich ramy jak dziecko błąkające się w gwieździstej nocy. Ikony te są jedynym punktem stałym, niezawodnym znakiem na drodze, i żaden dom nie może się bez nich obejść” – pisał w swoich wspomnieniach z Rosji Rilke. Wszystko przenika atmosfera modlitwy i błogosławionego bezruchu w którym jedynie ikony zaczynają żyć swoim życiem. Trzy tygodnie temu otrzymałem ikonę Zmartwychwstania Chrystusa, wydobytą z pod gruzów zbombardowanego domu na Ukrainie. Milczący świadek okrucieństwa i śmierci. Zachowała się cała, stanowiąc opowieść o historii ciągle oczekującej na blask przemienia ludzkich dusz.

niedziela, 14 kwietnia 2024

 

Ja jestem dobrym pasterzem. Dobry pasterz daje życie swoje za owce (J 10,11). W Ewangelii wszystko dojrzewa do przyjęcia i przeżywania miłosierdzia. Wbrew pragmatycznej logice naszego świata, Bóg zwraca uwagę na detale-  zagubienie owieczki za na pustyni i egzystującej na peryferiach owczarni. Duchowa wiosna i pękanie pączków duszy, to krajobraz poszukiwania i odnalezienia. Dotykam wyobraźnią kamienistego urwiska trapionego gorączką. „Człowiek chce uciec przed dręczącym problemem zła w sferę neutralną i tym zamaskować swoją zdradę Boga”(M. Bierdiajew). Otwieram oczy i widzę w ciemnej szczelinie, przerażoną owcę i pasterza uspokajająco kładącego dłoń na jej nerwowo rozkojarzoną głowę. Przerażenie, a po chwili zstępująca nań łaską i czułość, przenikają się, tworząc jakże wymowny obraz losu zamkniętego w sercu miłującego Boga. Ciepło Jego dotyku uspokaja i zdejmuje szatę lęku. „Nie mów, że jesteś słaby, powiedz że jesteś grzesznikiem !”- przekonywał św. Jan Chryzostom. Każdy jest dla Niego ważny, nawet wtedy kiedy roztrwonił nadzieje i naraził się na niebezpieczeństwo utraty życia. „Jakże tajemniczym chrztem są te łzy, które z trudem powstrzymujemy, kiedy twarz miłości pojawia się w naszym spojrzeniu, odsłaniając nam świat, o którym myśleliśmy, że być może został zniesiony, i do którego teraz czujemy, że należymy wszystkimi włóknami naszej istoty. Świat ducha i jakości, ciszy i jasności”(M. Zundel). Nawrócenie i radość Boga, porzucenie rozpaczy i droga powrotu, stanowią sens i najważniejsze przesłanie tej przypowieści. „Bracia nie bójcie się grzechu ludzkiego, miłujcie człowieka i w grzechu jego, albowiem jest to podobieństwo Bożej miłości i szczyt miłości na ziemi”- powie Dostojewski ustami starca Zosimy. Człowiek istota wolna i paradoksalnie dramatyczna, uwikłana w pokusie ucieczki i grzechu, zawsze jednak może odnaleźć ścieżkę do domu. „Pokuta człowieka jest ukoronowaniem nadziei Boga- pisał Ch. Péguy – Oczekiwanie na tę pokutę stało się źródłem nadziei w Bożym sercu, sprawiło, że narodziło się nowe uczucie, uczucie nie znane dotąd sercu samego Boga, Boga odwiecznie młodego. Ta pokuta była dla Niego, w Nim, ukoronowaniem nadziei. Ponieważ wszystkich innych Bóg kocha miłością. Tę jedną owieczkę Jezus umiłował także nadzieją.” To również parabola naszego życia i przewrotności; przesuwania granic wolności i testowania cierpliwości Tego, który domaga się od nas rozważnej i odpowiedzialnej wiary.  

czwartek, 11 kwietnia 2024

 

Człowiek szczyci się znajomością tak ogromnej ilości przeczytanych książek, naukowych rozpraw,  zdigitalizowanych dzieł kultury, zapisanych na setkach stron cytatów -  fragmentów myśli wykradzionych genialnym umysłom, których dociekliwość wyznaczała intelektualne granice przekraczanych ukradkiem historycznych epok i przestrzeni intelektu; gdzie wobec ich rozpiętości i ciężaru, przeciętni kapitulowali w ułamku sekundy. „Ziemia jest pokryta nową rasą ludzi, którzy są zarówno wykształceni, jak i analfabetami, opanowali komputery i nie rozumieją już nic o duszach, a nawet zapominają, co kiedyś oznaczało takie słowo.” Inteligencja opakowana wiedzą, może być samotna w zgiełku napęczniałych spraw i konfrontacji z prawdami wobec których intelekt staje się bezradny i wygnany na rubieże. Ale to nie zaludnienie umysłu ideami i mądrością opasłych woluminów, czyni wytwornie pięknym, lecz spotkania z ludźmi pozostawiającymi jakiś niemożliwy do sprecyzowania niedosyt i niezmywalny ślad na duszy. „Nie wolno rezygnować z niczego, co przypadkowe” – zwykł mawiać malarz przyprószonych mgłą i światłem pejzaży Turner. Najbardziej rzeźbią moje odczucie świata ludzie przypadkowi i prostolinijni, napotkani na skraju dróg, zwolnieni z przymusu nakładania masek i podtrzymywania sztucznych konwenansów, które wydają się dzisiaj w cennie kapryśnych konsumentów błazenady oraz cukierkowatego pochlebstwa. Ewangeliczni prostaczkowie i żebracy miłości – utalentowani w nasłuchiwaniu szeptów aniołów. Wolni od krzyku i buntu, transparentni w każdym centymetrze swojej cielesności przeistoczonej światłem porannego przebudzenia w słońcu. Ludzie wyłaniający się z ciszy i niewidoczności, wydają się najbardziej uprzywilejowanymi obywatelami ziemi i wdzięcznymi przyjaciółmi Boga. Towarzyszy im świetlista aura wędrowców przemierzających ukwiecone peryferia Raju. Ich odczucia nie poddają się prawu materii i nie są płytkim towarem na sprzedaż. Obywatele nieba, budzący z marazmu i nicości zagubionych na bezdrożach egzystencji. Bezimienni z uśmiechem na ustach i żarem ognia w oczach, nie pozwalających minąć ich niezauważenie. Piękne istoty o wyrazistych twarzach, stojące twardo i nieporuszenie naprzeciw wulgarności życia. „Życie duszy – pisała H. Arendt – z całą swoją intensywnością znacznie lepiej wyraża się w spojrzeniu, westchnieniu i geście niż w mowie.” W tumulcie egoistycznego gatunku poruszają się istoty subtelne, delikatne, a zarazem zdolne dźwigać na ramionach ciężary innych – pozostawione na rozwidlonych drogach życia. Z urodzenia grzesznicy, a z łaski Bożej utalentowani powiernicy miłości. Ikony odsyłające ku tajemnicy świata, wyrywające z oparów lenistwa, rezygnacji i brzydoty. Święci puszczający latawce i przypatrujący się roztańczonym na wietrze kwiatom, wbrew napuszonej trywialności spojrzeń i sądów ogłupiałych przeciętnością i biegnących na oślep mas. Arystokraci ducha i niedoścignione wzory o których można śmiało powiedzieć, iż są równie piękni jak Bóg który ich utkał w ósmego dniu stworzenia. Spoglądam na nich zazdrośnie i ukradkiem. Przenika mnie mądre pouczenie pewnego starca „Nie da się latać na cudzych skrzydłach. Musisz wyhodować własne.”

niedziela, 7 kwietnia 2024

 

Powiedział mu Jezus: „Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś. Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”( J 20, 29).

Wiele razy próbowałem sobie wyobrazić przerażonych, zrezygnowanych uczniów zabarykadowanych przed światem. Poczuli się naprawdę osieroceni i samotni. Mistrz był dla nich wszystkim; dopiero teraz sobie to uświadomili w całej pełni. Roztrzaskane serca i rozproszone nadzieje. Ostatnie chwile bycia z Jezusem przemykały przez ich myśli w setkach różnych odsłon i skojarzeń; pewnie właśnie teraz coś do nich zaczęło docierać. Jednak pozostał paraliżujący serce strach. Marzyli o spokoju i pytali siebie jeden przez drugiego: Co z nami będzie dalej ? W to napięcie wchodzi zmartwychwstały Pan. Pokazuje im swoje rany i pozwala się nawet dotknąć. Wyprowadza ich z lęku, tak jak wtedy kiedy sparaliżowani siedzieli w łodzi bojąc się rozszalałego żywiołu wody. Dlatego Ewangelista- umiłowany uczeń Jan, a zanim napełniony entuzjazmem Wielkanocy Kościół wyzna: dotykaliśmy Go własnymi rękoma ! Ciało, które było martwe, złożone w grobie, owinięte całunami- jawi się przed nimi zmartwychwstałe- ożywione tchnieniem Ojca. Często czytamy ten paschalny fragment Ewangelii przez pryzmat „szkiełka i oka”. Wielu teologów w wątpliwościach Tomasza i chęci zobaczenia Chrystusowych ran, wyprowadzało dowód przeciwko sceptykom i rozgadanym krytykom chrześcijańskiej doktryny.  Ale Tomasz nie był niedowiarkiem, był w stu procentach wierzącym tak samo jak pozostali uczniowie którym dane było spotkać Mistrza. On zareagował w taki sposób jak każdy inny człowiek- chcę Go ujrzeć ! Czy to tak wiele ? Te rany są potrzebne Kościołowi, zabezpieczają pobożną teologię przed zapomnieniem o odkupieńczym akcie Chrystusa. Nietzsche przeklinał Krzyż jako „najgorsze ze wszystkich drzew”, ale to drzewo odcisnęło niezatarte ślady na ciele ukrzyżowanego Bogaczłowieka. Do niego był przytwierdzony bezradny i osamotniony Baranek. Z Krzyża nie przeklinał swoich oprawców, lecz błogosławił. Ostatnie słowa były potwierdzeniem miłości i przebaczenia. Rany pozostały ! To, co budzi wstręt, najgorsze skojarzenia i ból- stało się stygmatami miłości i światła. Kościół musi nieustannie wkładać palce w miejsce ran Chrystusa, aby móc zrozumieć ogrom Jego miłości i wielkość Zmartwychwstania. Dzięki tym ranom odniesionym w boju, rozpoznamy Pana kiedy przyjdzie w Paruzji. Na końcu czasów otworzą się rany Zbawiciela-Sędziego i wytryśnie z nich miłość; dla jednych źródło życia wiecznego, dla innych niewyobrażalnego cierpienia. Chrystusowe rany są odpowiedzią na ludzką obojętność i pogardę. Rany są znakiem miłości, nawet wtedy kiedy tego nie rozumiemy i wydaje nam się to tak tragiczne, iż nie możliwe do przyjęcia. W tych znakach, podpierając się słowami starca Siluana z Athosu: „Bóg kocha wszystkich nieskończoną miłością”.

sobota, 6 kwietnia 2024

 

Ostatnie kilkanaście dni wzniosło w moim wnętrzu silne przeświadczenie, iż życie wymaga nieustannych korekt, twardych decyzji, porzucenia miejsca w którym się osiadło i poczuło pozornie bezpiecznie. To przynaglenie było nieobce biblijnym patriarchom, prorokom i gwałtownikom proklamującym na dachach zaryglowanych domów, że Bóg jest prawdą, sensem, miłością i największym z możliwie upragnionych bogactw. Czasami dobrze opuścić oswojone przez siebie miejsce, aby wejść w przestrzenie w których rysują się przepastne tajemnice Obecności. Każdy ma prawo do samotności, aby pod jej naporem porzucić zbędne balasty przyzwyczajeń i zmurszałych schematów myślenia i działania. „Człowiek nie rodzi się dla szczęścia. Człowiek może zasłużyć na szczęście cierpieniem. Tylko cierpieniem. Takie jest prawo naszej planety”- kreślił drżącą dłonią Dostojewski. Czasami trzeba obrać nową ścieżkę, przekroczyć próg domu i poszukać nowych studni przy których orzeźwienie staje się na powrót świętem. Kiedy przekraczasz pewien rubikon, przyciszasz głos, aby usłyszeć kroki Tego, który w danej chwili niesie ciebie na swoich ramionach. „Im bardziej zbliżasz się do światła, tym bardziej wiesz, że jesteś pełen cieni” – pisał Ch. Bobin. Niezakorzenienie to słowo oddające coś z twórczego niepokoju który mi towarzyszy pod wpływem dziejących się obok i zarazem przetrącających mnie wewnętrznie wydarzeń. Mocuję się jak Jakub z Aniołem i dźwigam na sobie brzemię którego hiobowy ciężar i próba, jest błogosławionym stanem duchowego oprzytomnienia i łaski. Wobec tak piętrzących się doświadczeń jedna rzecz wydaje się najbardziej realistyczną z rozwiązań; przezwyciężyć je bądź mieć w nich swój udział. Filozofia Bierdiajewia nauczyła mnie otwartości na wolność i delikatne muśnięcia Ducha: „Chrystus zapragnął dobrowolnej miłości ze strony człowieka. Nie może nigdy do niczego zmuszać, a Jego Oblicze zawsze jest zwrócone ku naszej wolności. Bóg przyjmuje do siebie wyłącznie ludzi wolnych. Oczekuje od człowieka miłości dobrowolnej.” To genialne przesłanie roztoczyła przede mną mądrość prawosławia w której to odbiór tajemnicy Boga dokonuje się w głębi osobowego jestestwa człowieka, szarpanego przez zewnętrzne przeciwności losu. Pełne nadziei wydaje się przynaglenie, aby rozsiąść się na stromym szczycie wieczności i czekać na świetliste Oblicze Mistrza, wobec którego święty Piotr zaczął się jąkać i chciał pośpiesznie stawiać namioty. Modlę się słowami Psalmisty: „Ześlij mi Twoją światłość i Twoją prawdę: one mnie powiodą i zaprowadzą mnie na Twoją świętą górę.”

poniedziałek, 1 kwietnia 2024

 

Zobaczyć i uwierzyć ! Trwamy w radości zmartwychwstania Pańskiego, a lektura fragmentów Ewangelii umacnia naszą pewność, że On żyje ! Kobiety przepełnione wiarą w obecność żywego Chrystusa stają się pierwszymi apostołkami- głosicielami radosnej nowiny. Kościół przeniknięty blaskiem poranka wielkanocnego podejmie to pełne duchowej eksplozji przesłanie: „Pascha piękna, Pascha, Pascha Pańska ! Pascha najczcigodniejsza nam zajaśniała ! Pascha, radośnie obejmijmy jeden drugiego... Bowiem dzisiaj z grobu, jak z pałacu, zajaśniał Chrystus. Niewiasty radością napełnił, mówiąc: „Głoście apostołom !” Pan zostawia niewiastom dwa kluczowe słowa przesłania: radość i proklamacja. Pascha jest „wybuchem radości... Jest to eksplozja kosmicznej radości wywołanej triumfem życia po wszechogarniającym żalu po śmierci- śmierci, którą Pan życia musiał przecierpieć, kiedy stał się człowiekiem...” (D. Staniloae). Ale nawet dzisiaj – podobnie jak dwa tysiące lat temu, radość z bliskości Żyjącego, może zostać przesłonięta kłamstwem, niedowierzaniem, sceptycyzmem, pogardą, a nawet ideologiczną przemocą. Tak jak niegdyś faryzeusze próbowali sfabrykować i zaciemnić fakt nieobecności Chrystusa w zapieczętowanym, tak również i dzisiaj nie brakuje ludzi których oczy spowite są niepoznaniem, ciemnością i przekupstwem. Świat chciałby uczynić z Kościoła socjologicznie poprawną dystrybucję dóbr, ale bez opowiadania o Bogu. „Pozbawcie chrześcijaństwo tej paschalnej radości, zabierzcie mu Paschę – pisał A. Schmemann- i co pozostanie ? Pozostanie dręczące wspomnienie o dziwnym Nauczycielu, pozostaną Jego słowa o miłości i pokorze, pozostanie smutna historia jeszcze jednego tragicznego niepowodzenia. Pozostanie cyniczna myśl: Co może to kazanie miłości i braterstwa w świecie, gdzie mimo wszystko triumfują piłaci, judasze, faryzeusze i naczelnicy, gdzie wszystko zbudowane jest na sile, na strachu, na przymusie ? I prawdę mówiąc właśnie to chcą udowodnić od niepamiętnych czasów wszyscy wrogowie Chrystusa i chrześcijaństwa.” Pomimo tych ludzkich sprzeciwów, naigrywania się i perfidnego śmiechu zwątpienia, radość detonuje twardą skamielinę wielopokoleniowej krótkowzroczności. My jesteśmy świadkami Jego Zmartwychwstania. Nie pozwólmy żeby ktoś nam zamknął usta, aby prawda o największym cudzie została zagłuszona pomrukiem bezbożności. Największą bronią chrześcijaństwa jest odważna wiara i życie w „stanie szczęśliwości paschalnej.”