piątek, 19 września 2014






Łk 8,4-15


Gdy zebrał się wieki tłum i z miast przychodzili do Jezusa, rzekł w przypowieści: „Siewca wyszedł siać ziarno. A gdy siał, jedno padło na drogę i zostało podeptane, a ptaki powietrzne wydziobały je. Inne padło na skałę i gdy wzeszło, uschło, bo nie miało wilgoci. Inne znowu padło między ciernie, a ciernie razem z nim wyrosły i zagłuszyły je. Inne w końcu padło na ziemię żyzną i gdy wzrosło, wydało plon stokrotny”. Przy tych słowach wołał: „Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha”. Wtedy pytali Go Jego uczniowie, co oznacza ta przypowieść.
On rzekł: „Wam dano poznać tajemnice królestwa Bożego, innym zaś w przypowieściach, aby patrząc nie widzieli i słuchając nie rozumieli. Takie jest znaczenie przypowieści: Ziarnem jest słowo Boże. Tymi na drodze są ci, którzy słuchają słowa; potem przychodzi diabeł
i zabiera słowo z ich serca, żeby nie uwierzyli i nie byli zbawieni. Na skałę pada u tych, którzy gdy usłyszą, z radością przyjmują słowo, lecz nie mają korzenia: wierzą do czasu, a w chwili pokusy odstępują. To, co padło między ciernie, oznacza tych, którzy słuchają słowa, lecz potem odchodzą i przez troski, bogactwa i przyjemności życia bywają zagłuszeni i nie wydają owocu. W końcu ziarno w żyznej ziemi oznacza tych, którzy wysłuchawszy słowa sercem szlachetnym i dobrym, zatrzymują je i wydają owoc przez swą wytrwałość”.


 


Kultura, która zaczęła się od kultu, odnajduje, kiedy jest prawdziwa swoje liturgiczne źródła. W kulturze wielu widzi tylko zręczną umiejętność, jaką jest przekształcanie świata natury i nasycanie jej duchem. Ziemia i człowiek łączą się we wspólnej pracy, jakkolwiek nie każda praca jest jeszcze kulturą; kulturą jest wtedy, gdy natura staje się bardziej ludzka, gdy dzięki niej człowiek staje się bardziej ludzki. „Na początku była kultura agri, uprawianie ziemi. Cycero pisał o kultura animi: uprawie ducha. Uprawna rola pozostaje pierwszym symbolem kulturowym. Powinien on przeświecać przez wszystkie, jakże nieraz skomplikowane, późniejsze definicje. W tym pierwszym sensie jest mowa o kulturze w Biblii, gdzie tyle obrazów zostało zaczerpniętych z rolnictwa”- pisał ks. Pasierb. Pierwsze skojarzenie jakie wywołuje u mnie ewangeliczna przypowieść o siewcy, to powracające w pamięci obrazy Jeana Francoisa Milleta, artysty pochodzącego z chłopskiej, pobożnej rodziny osiadłej koło Barbizon, który w swoich niezwykle przemawiających prostotą i pełnych ciepła obrazach, próbował zapisać na płótnie sentymentalne scenki z codziennego wiejskiego życia („Siewca”, „Zbierające kłosy”, "Anioł Pański"). Była mu bliska codzienna, pełna trudu i radości praca rolników. Próbował ukazać coś więcej niż tylko pulsujące rytmem kalendarza, od zasiewu do zbioru życie zwyczajnych ludzi. To malarstwo realistyczne, ale jednocześnie oddające w sposób niezwykły mistykę codzienności, gdzie praca i modlitwa stanowiła najgłębszą wypowiedź człowieka wobec Stwórcy. Charakterystyczny jest obraz rolnika przemierzającego z wielkim spokojem pole. W worku zawieszonym na szyi, albo w torbie utworzonej przez podniesienie poły ubrania, rozrzuca ziarna, które dotknięte przez powiew wiatru wpadają na glebę. Dzisiejsza przypowieść którą opowiada swoim słuchaczom Chrystus, stanowi próbę odwołania się do codziennych perypetii zapracowanego rolnika. Sceneria staje się nośnikiem pozornie prozaicznego opowiadania mającego odsłonić ukryty sens soteriologiczny. Droga, skalisty teren, ciernie, to nie tylko wyliczone warunki dla zasiewanego ziarna, ale coś o wiele głębszego, dotykającego wnętrza człowieka. Trzy różne plony, wskazują analogicznie do trzech niepowodzeń. Dopiero po trzech nieudanych próbach ziarno pada na ziemię żyzną, mogącą spowodować owocny wzrost. Za chwilkę Jezus czyni egzegezę tego fragmentu, niejako zwalniając uczonych od mędrkowania nad znaczeniem ukrytego sensu wypowiedzi. Mówi poniekąd tak: To prawda, jestem oczekiwanym Mesjaszem. Nie jestem jednak w taki sposób, jak to sobie wyobrażacie. Nie przyszedłem aby zatracić, czy niszczyć, ale zbawić. Nie przyszedłem aby za jednym cięciem poustawiać wszystkie sprawy twardą ręką, nie aby coś zakończyć, ale aby nadać wzrost ziarnu w urodzajnej glebie. Moje zadanie nie polega na wyciągnięciu konsekwencji, lecz na daniu nowej szansy. Siać może tylko ktoś kto ma nadzieję na wzrost, na zebranie obfitych zbiorów. Czas który Siewca rozpoczyna jest czasem nie jest czasem sądu, lecz momentem w której Bóg wykazuje przeobfitą cierpliwość. To misja która dokonuje się pod znakiem zasiewu, a nie zbioru. W centrum staje postać siewcy- czyli Chrystusa. Słuchający Go uważnie ludzie powinni odkryć, że to oni są ziemią, na którą pada ziarno. Jednocześnie sami apostołowie przekonują się o tym, że aby kogoś przyprowadzić do wspólnoty kościoła, trzeba cierpliwie siać. Potrzebne jest zasiewanie i czas. Jak powie psalmista: „Postępują naprzód wśród płaczu, niosąc ziarno na zasiew. Z powrotem przychodzą wśród radości, przynosząc swoje snopy” (Ps 126,6). Chciałbym wielu współczesnym apostołom życzyć aby zasiewali słowo Boga z radością, ufnością, ocierając tylko pot z czoła. „Jestem tylko kimś małym i moje imię zostanie szybko zapomniane, ale idea, życie i inspiracja, które mnie przenikały, będą żyły. Spotkasz je wszędzie na wiosennych drzewach, w ludziach, na Twoich drogach, w krótkim i słodkim uśmiechu”. Warto siać nieustannie i pamiętać że „dla niektórych ludzi nasze życie może być jedyną Biblią jaką przeczytają” i dzięki której dokona się ich wzrost ku Niebu.


 


 


 



 

czwartek, 18 września 2014

What People Think about Me  - Vasily Polenov


Łk 8,1-3


Jezus wędrował przez miasta i wsie, nauczając i głosząc Ewangelię o królestwie Bożym.
A było z Nim Dwunastu oraz kilka kobiet, które uwolnił od złych duchów i od słabości: Maria, zwana Magdaleną, którą opuściło siedem złych duchów; Joanna, żona Chuzy, zarządcy
u Heroda; Zuzanna i wiele innych, które im usługiwały ze swego mienia.


( Dzisiaj w miejscu refleksji nad Ewangelią, pragnę przywołać ciągle inspirujący mnie, a jednocześnie poruszający wewnętrznie tekst ks. Aleksandra Mienia z książki pt. „Syn Człowieczy”).


„Mieszkając w Galilei, Nauczyciel niezmiennie wstawał o świcie i często samotnie witał wschody słońca na nieodległych wzgórzach. Tam znajdowali Go uczniowie i prosili, by zszedł i przemówił do czekających Go ludzi. Tak więc dni Jezusa wypełnione były ciężką pracą. Do późnego wieczora nie odstępowali Go na krok chorzy, oczekując uzdrowienia; ci, którzy Mu wierzyli, łowili chciwie każde Jego słowo: sceptycy zadawali niedorzeczne pytania lub wiedli z Nim spory, uczeni w Piśmie domagali się wyjaśnienia trudnych fragmentów Biblii. Niekiedy Jezus i Jego uczniowie nie mieli czasu na posiłek. A jednak Ewangelie tylko dwa razy mówią, że Nauczyciel był bardzo zmęczony. Przeważnie widzimy Go w pełni sił i zapału. „Moim pokarmem jest wypełnić wolę Tego, który mnie posłał, i wykonać Jego dzieło” (J 4,34). Nie powinno nas dziwić, że nie zachowało się żadne wyobrażenie Chrystusa, wykonane przez Jego współczesnych… w Judei zaś w ogóle nie było zwyczaju wykonywania ludzkich wizerunków. Dla pierwszych chrześcijan najcenniejsze było duchowe oblicze Syna Człowieczego. „A jeśli nawet według ciała poznaliśmy Chrystusa, to już więcej nie znamy Go w ten sposób”- pisał apostoł Paweł (2Kor 5,16). Najwcześniejsze freski, na których wyobrażano Chrystusa zgodnie z ustalonym później kanonem sztuki sakralnej, pochodzą z II, a nawet III wieku po Chr. Trudno orzec, na ile taki wizerunek Chrystusa oparty jest na tradycji ustnego przekazu. W każdym razie nauczyciel, wędrujący pod upalnym słońcem drogami Palestyny, człowiek którego ręce zaznały ciężkiej pracy fizycznej, niewiele ma wspólnego z Chrystusem włoskich mistrzów. Ubraniem Jezusa nie była rzymska toga, lecz proste odzienie Galilejczyków: długi pasiasty chiton, na który zarzucano płaszcz; głowę miał zapewne okrytą białą chustą z wełnianą przepaską. W rosyjskim malarstwie XIX wieku najbardziej pod tym względem wiarygodną postać Chrystusa przedstawił Wasilij Polenow, ale jego obrazy nie oddają tej siły duchowej, która emanowała z Syna Człowieczego. 


Tę właśnie moc duchową utrwalili ewangeliści. W ich opowiadaniach odczuwa się ową zniewalającą siłę ducha, z jaką Jezus oddziaływał na różnych ludzi. Zawładnął natychmiast sercami swych przyszłych apostołów; strażnicy świątynni posłani, by pojmać Nauczyciela, nie mogli wykonać rozkazu, porażeni Jego nauczaniem. Było w Nim coś, co nawet wrogom kazało traktować Go z respektem… Jakaś przejmująca tajemnica, niewytłumaczalna siła przyciągania tworzyła wokół Niego atmosferę miłości, radości, wiary. Ale częstokroć uczniów Jezusa ogarniało w Jego obecności uczucie świętej bojaźni, niemal strachu, jak przy bliskiej obecności Niepojętego. A przy tym Jezus nie miał w sobie nic z kapłańskiej napuszoności, wyniosłości. Nie uważał, że uwłacza Jego godności udział w czyimś weselu, zasiadanie do stołu z celnikami w domu Mateusza, odwiedzanie faryzeusza Szymona czy Łazarza. Nie było w Nim nic z surowego ascety lub posępnego doktrynera. Bigoci mówili o Nim: „Oto żarłok i pijak” (Łk 7,34).


Powiadają, że pewien średniowieczny mnich przejeżdżając obok pięknego jeziora nawet go nie zauważył. Jezus przeciwnie: dostrzegał nawet drobiazgi życia codziennego. Wśród ludzi czuł się jak u siebie. Ewangeliści ukazują pełnie człowieczeństwa Jezusa. Widzieli łzy w Jego oczach; widzieli jak się smuci, dziwi, cieszy, jak obejmuje dzieci, zachwyca się pięknem kwiatów. Jego słowa są pełne zrozumienia dla ludzkich słabości; ale swoich wymagań nigdy nie łagodzi. Potrafi mówić z czułą dobrocią, ale umie też być surowy, a nawet twardy. Niekiedy w Jego słowach dźwięczy ironia: „…przecedzacie komara, a połykacie wielbłąda” (Mt 23,24). Zwykle łagodny i cierpliwy, wobec obłudników staje się bezwzględny… Nie ma w Nim wewnętrznej dysharmonii, zawsze pozostaje sobą. Nie opuszcza Go nigdy- z wyjątkiem kilku tragicznych momentów- pogoda ducha. Zanurzony w gąszczu życia, równocześnie przebywa jakby w innym, pozaziemskim świecie, w jedności z Ojcem. Bliscy widzieli w Nim Człowieka, który pragnie tylko jednego: „Wypełnić wolę Tego, który mnie posłał” (J4,34). Nie ma w Nim chorobliwej egzaltacji i zaciekłego fanatyzmu, właściwych wielu orędownikom i założycielom religii. Jasność spojrzenia, trzeźwość- to główne cechy Jego charakteru. Gdy mówi o sprawach niezwykłych, gdy wzywa do trudnych czynów i męstwa, czyni to bez fałszywego patosu i egzaltacji.


( O Apostołach) I kiedy pewnego razu, znalazłszy ich na brzegu, wezwał, by poszli za Nim, bez wahania porzucili sieci i od tej chwili oddali się całkowicie swemu Nauczycielowi… Jezus kochał tę duchową rodzinę i swą więź z nią stawiał wyżej od związków krwi.  Kiedy podczas długie zgromadzenia powiadomiono Go, że na zewnątrz domu, przy bramie, czekają na Niego Matka i bracia, wskazał na uczniów: „Oto moja matka i bracia” (Mt 12,49). Stopniowo wieści o o galilejskim Nauczycielu i Uzdrowicielu obiegły całą okolice. Za Jezusem stale ciągnęły tłumy. Wystarczało, żeby się oddalił, poszukując chwili samotności, a już uczniowie znajdowali Go: „Wszyscy szukają Ciebie”. I Jezus, jak zawsze, szedł do oczekujących. Ale w tym  twardym, pełnym wyrzeczeń życiu zdarzały się dni czy raczej rzadkie godziny wytchnienia. Gdy się o nich myśli, mimowolnie staje przed oczami obraz wieczoru nad brzegiem Genezaret. Słońce zachodzi za miasto. Masywna sylwetka synagogi ostro rysuje się na tle gasnących promieni. Wiatr leciutko porusza trzcinę i gałązki drzew. Na wschodzie rozłożyły się fioletowe wzgórza. Z oddali niesie się śpiew powracających do domu rybaków. Jezus siedzi na nadbrzeżnych kamieniach, ze wzrokiem utkwionym w spokojną, nieruchomą gładź wody. Pojawia się Szymon i inni uczniowie. Przystają w milczeniu, nie chcąc niepokoić Nauczyciela. A Jezus siedzi w bezruchu w blaskach łagodnego wieczornego światła, zatopiony w modlitwie. Czy uczniowie patrząc w tej chwili na Niego rozumieją, czy przeczuwają, że w Nim objawia im się Ten Najwyższy, który stwarza i porusza wszechświat ? Szymon zapewne chciałby zadać wiele pytań, ale nie ośmiela się, choć gotów jest pójść za swym Panem choćby na kraj świata. Oczy Jana błyszczą gorączkowo; w jego wyobraźni przelatują obrazy powszechnego sądu nad światem i postać Syna Człowieczego, uwieńczonego koroną Dawida. Tak nad Kafarnaum zapada noc”.

środa, 17 września 2014






Łk 2,41-52


Rodzice Jezusa chodzili co roku do Jerozolimy na Święto Paschy. Gdy miał On lat dwanaście, udali się tam zwyczajem świątecznym. Kiedy wracali po skończonych uroczystościach, został Jezus w Jerozolimie, a tego nie zauważyli Jego rodzice. Przypuszczając, że jest w towarzystwie pątników, uszli dzień drogi i szukali Go wśród krewnych i znajomych. Gdy Go nie znaleźli, wrócili do Jerozolimy szukając Go. Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni, gdzie siedział między nauczycielami, przysłuchiwał się im i zadawał pytania. Wszyscy zaś, którzy Go słuchali, byli zdumieni bystrością Jego umysłu i odpowiedziami.
Na ten widok zdziwili się bardzo, a Jego Matka rzekła do Niego: „Synu, czemuś nam to uczynił? Oto ojciec Twój i ja z bólem serca szukaliśmy Ciebie”. Lecz On im odpowiedział: „Czemuście Mnie szukali? Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?”Oni jednak nie zrozumieli tego, co im powiedział. Potem poszedł z nimi i wrócili do Nazaretu; i był im poddany. A Matka Jego chowała wiernie wszystkie te wspomnienia w swym sercu. Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi.


Każdy z nas ma takie swoje intymne miejsce do którego lubi wędrować i spotykać się ze sobą… gdzie czuje się bezpiecznie, szuka spokoju, gdzie nawiązuje bezpośredni dialog z Bogiem. Takim szczególnym miejscem dla Jezusa była Jerozolima, nie tylko przez to że stanowiła dla praktykujących Żydów serce świata, szczególnie uprzywilejowaną przestrzeń w której Najwyższy komunikuje się ze swoim ludem. Centrum tego miasta stanowiła Świątynia Salomona, to tam co roku na Paschę każda rodzina udawała się aby nawiedzić święte miejsce i złożyć ofiarę. Pascha była świętem nomadów, wędrowców, którzy wraz z nadejściem wiosny opuszczali swoje domy aby podjąć pielgrzymkę. Treścią świąt było wspomnienie wyjścia z niewoli egipskiej. Na plan pierwszy wysunęło się przeżywanie wyjścia jako przymierza. Jednocześnie to wydarzenie było świętem rodzinnym, zakorzenionym bardzo mocno w kulturze żydowskiej. Wierna religijnym zwyczajom udaje się w pielgrzymkę Święta Rodzina. Dotarcie do Świątyni było wydarzeniem sakralnym, wręcz mistycznym..to urzeczywistniony na ziemi „Dom Boga”, tam uobecniała się Chwała Najwyższego. Jedność miejsca i rytu wskazywała na jedność narodu, cementowała wspólnotę wiary. Dlatego Chrystus czuje się tam tak dobrze, to miejsce w którym rozpoczyna się Jego dorastanie do misji, szczególna zażyłość z Ojcem, wchodzenie w dorosłość dokonuje się w tym szczególnym miejscu i czasie. On sam przekroczy to miejsce, w Nim wypełni się Stary Testament, bowiem jak powie później św. Paweł „Chrystus zostanie złożony jako nasza Pascha” (1Kor 5,7). Często pomijamy pewien istotny szczegół z tego fragmentu Ewangelii: „Dopiero po trzech dniach odnaleźli Go w świątyni…” Liczba trzy nie jest tu przypadkowa, zwróćmy uwagę jak wielką ma symbolikę, obecną nie tylko w teologii żydowskiej czy chrześcijańskiej, ale również wywierającą ogromny wpływ na całą kulturę. Trójka rości sobie prawo od świętości i znaczenia. Największą z prawd objawionych jest przecież ta, najbardziej oczywista, która mówi, że Bóg w swej istocie jest trójjednością, a zatem liczba trzy należy z konieczności do absolutnego bytu. Nie chodzi tu tylko o jakąś próżną spekulację nad samą liczbą, chodzi o odkrycie głębszego sensu. W judaizmie trójka określała trzykroć świętego Boga (Iz 6,3) . Trzech Aniołów w teofanii danej Abrahamowi wskazuje na jednego Boga (Rdz 18,2). Trzy razy musiał Izraelita zjawiać się przed obliczem Boga (Wj 23,17). Trzech młodzieńców w piecu ognistym w chwili próby tańczyło w płomieniach ognia, dając świadectwo że są ludźmi wybranymi i posłanymi przez Boga. Trzech synów Noego, trzy rodzaje zwierząt które były składane w ofierze (Rdz 15,9). Jednak dopiero objawienie Boga w trzech osobach przypieczętowało świętość tej liczby trzy. A więc Boga-Trójcę należy opisać jako „trzy osoby w jednej istocie”. „W Bogu wiecznie istnieje prawdziwa jedność połączona z rzeczywistym osobowym zróżnicowaniem… Chociaż jednak te trzy osoby nigdy nie działają osobno, istnieje w Bogu prawdziwa różnorodność, jak i szczególna jedność” -pisał bp.Kallistos Ware. Trójka pisał św. Grzegorz- „od dawien dawna odgrywała ważną rolę w misteriach. Gdy bowiem lud wyszedł z Egiptu, wówczas trzeciego dnia złożył ofiarę i trzeciego dnia został też oczyszczony, a Pan nasz zmartwychwstał trzeciego dnia.”  


Ewangelia jest przygodą i na dobrą sprawę wielką wędrówką człowieka z głową przepełnioną pytaniami i marzeniami o wielkich sprawach. Po pielgrzymce dwunastoletniego Jezusa pozostanie zamiłowanie do bycia w drodze. Będzie przemierzał drogi Palestyny ścierając sandały o kamienie. Od swoich uczniów będzie się domagał aby porzucili swoje dotychczasowe życie i udali się w drogę z Ewangelią na ustach i sercu. „Jezusa starano się zatrzymać w czasie drogi, przygważdzając Go do krzyża i pieczętując grób. I znów odnaleziono Go wędrującego drogą do Emaus, w towarzystwie dwóch uczniów pogrążonych w rozpaczy. Nie można zatrzymać Chrystusa”. Ważne jest dla nas, by nie starać się „zatrzymać” Chrystusa. Aby nie stał się anektowanym przez nas, tylko dla mnie…To częsta pokusa chrześcijan- przywłaszczyć Boga. Za Jezusem trzeba udać się w drogę, nie pozostać w bezruchu, duchowej stagnacji. Mamy udać się po Jego zostawionych na szlaku krokach, w odbite stopy włożyć nasze, zobaczyć cel pielgrzymi, przez Jego oczy. On nieustannie z nami wędruje, spotykamy Go w sytuacjach banalnych, czasami śmiesznych pozornie mało świętych, a czasami przez łzy… w drodzę muszą być łzy, bo po nich zroszona gleba wyda kwiaty cieszące oczy. „Jeżeli w naszym kościele, wspólnocie, w getcie katolickim jest zbyt wiele zamkniętych drzwi i okien, On odchodzi. Potrzebuje świeżego powietrza. I Kocha wędrować".


 

wtorek, 16 września 2014




Łk 7,31-35


Po odejściu wysłanników Jana Chrzciciela Jezus powiedział do tłumów: „Z kim więc mam porównać ludzi tego pokolenia? Do kogo są podobni? Podobni są do dzieci, które przebywają na rynku i głośno przymawiają jedne drugim: «Przygrywaliśmy wam, a nie tańczyliście; biadaliśmy, a wyście nie płakali». Przyszedł bowiem Jan Chrzciciel: nie jadł chleba i nie pił wina; a wy mówicie: «Zły duch go opętał». Przyszedł Syn Człowieczy: je i pije; a wy mówicie: «Oto żarłok i pijak, przyjaciel celników i grzeszników». A jednak wszystkie dzieci mądrości przyznały jej słuszność”.


Ewangelia jest „skandaliczna”, kiedy dokładanie przejdziemy śladami Chrystusa to zobaczymy że odwiedzał wiele miejsc które do pięknych ( rzecz jasna nie chodzi o kategorie estetyczną, tylko moralną ) nie należały. Odwiedzał domy osób do których nikt inny  odważyłby się wejść. Złamał zasady tzw. dobrego wychowania, nawiedzał domy grzeszników; celnicy i prostytutki byli częstymi odbiorcami Jego nauki. Kiedy wszedł do Jerycha ( nazwa „pachnące”) to zapach który snuł się na ulicach miasta wcale nie był przyjemny ani miły dla zmysłów. Zamieszkiwały tam eleganckie prostytutki, a nie cnotliwe niewiasty których zapach cnoty wynosiłby innych ku świętości. Tam spojrzenie Jezusa spotkało się z ciekawym wzrokiem Zacheusza siedzącego na sykomorze „Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu”. Chrystus przerywa mu widowisko i wchodzi do domu człowieka który uciska swój lud, żyje kosztem innych, gorsząc i dopuszczając się niesprawiedliwości społecznej, na krzywdzie innych budując swoje szczęście. Ilu ludzi się wtedy oburzało, mówili „do grzesznika poszedł w gościnę”. To spotkanie zmieniło wszystko w życiu Zacheusza, przemieniło jego serce… „zbawienie stało się udziałem jego domu”. Może jeszcze jeden parenetyczny przykład z Ewangelii. Grzeszna kobieta swoją obecnością złamała wszystkie możliwe konwenanse, wzbudziła zdziwienie biesiadników spożywających wieczerzę w domu faryzeusza Szymona. Ona przyszła nieproszona, aby okazać Jezusowi gest miłości. To jedna z najbardziej poruszających serce scen z Ewangelii, gest niewiasty która mimo swojej tragicznej kondycji moralnej przychodzi po miłosierdzie i sama staje się narzędziem miłosierdzia, ponieważ bardzo umiłowała. Kobieta neutralizuje brak gościnności gospodarza który pewnie zaprosił Jezusa, aby pokazać iż Nauczyciel z Nazaretu jest mało znaczącym wędrownym zwodzicielem tłumu, którego prezentowana moralność zagraża porządkowi ustalonemu przez grupę zadowolonych z siebie i napuszonych sprawiedliwych purystów moralności. Nie znamy jej imienia. Znamy tylko jej zawód, polegający na  popełnianiu grzechów...(zadowalała mężczyzn). Myślę że te wszystkie pytania są mało ważne, najbardziej istotne staje się to co, czyni Jezus w życiu tej kobiety. Po tym spotkaniu nic już nie pozostanie takie same. Miłosierdzie Boga spotka się z ludzką nędzą. Wszyscy do tej pory pogardzali nią, być może siedzieli w tym gronie mężczyźni którzy mieli grzeszne myśli, być może ktoś skorzystał z jej usług lub innej kobiety, tylko po aby poczuć się zaspokojonym....aby leczyć swoje kompleksy. Kobieta odchodzi dotknięta miłością, spojrzenie Jezusa wywołało w niej tak wielkie  poruszenie, że łzy spływały jej po policzkach...łzy szczęścia, charyzmatu miłości, zrodzonego z daru przebaczenia. Pierwszy raz mężczyzna spojrzał na nią tak, jak na kobietę która ma swoją wartość, że nie jest tylko przedmiotem do posiadania, której wartość zostaje przeliczona   przez zarobiony pieniądz.   Zwrócono jej nowe serce, czyste i świeże, jak serce dziecka. teraz może zacząć kochać naprawdę. Czuje się bowiem kochana." Tylko Bóg może się w taki sposób zachować wobec człowieka...ponieważ człowiek za mało potrafi kochać.  Przypominają mi się słowa starca Zosimy które skierował do Aloszy z powieści Dostojewskiego Bracia Karamazow: "Bracia, nie bójcie się grzechu ludzkiego, miłujcie człowieka i w grzechu jego, albowiem to jest podobieństwo Bożej miłości i szczyt miłości na ziemi". W ten sposób Jezus w wywoływaniu wielu „skandali” obyczajowych jawi się jako Uzdrowiciel: „Nie potrzebują lekarza zdrowi, lecz ci, którzy się źle mają… Nie przyszedłem powołać sprawiedliwych, ale grzeszników” (Mt 9,2-13). Grzesznicy są chorymi, zagrożonymi śmiercią duchową, straszliwszą niż śmierć cielesna. Można by zatem bliżej określić terapeutyczny sens zbawienia: jest ono uzdrowieniem poszczególnego człowieka, wejściem w sytuacje i przestrzenie które mogą być skazane na rozkład i w przekonaniu innych nie możliwe do zrehabilitowania. Dla Boga nie ma straconych szans, sytuacji bez wyjścia, domów do których nie można wejść… nawet jeśli wydobywa z nich się straszny odór ludzkiej nieprawości. Chrystus Ewangelii jest wrażliwszy niż my, nie gorszy się i nie odtrąca nikogo, nawet za cenę utraty swojej reputacji, jest zatroskanym Przyjacielem który w przytulisku dla bezdomnych i zamroczonych ciężarem życia, ma otwarte serce pełne miłości. Bóg wykluczonych i pogardzanych, grzesznych a czasem i takich którzy zdobywają się na odwagę, aby Go odtrącić lub pluć Mu w twarz.


 


 


 

poniedziałek, 15 września 2014






Łk 7,11-17


Jezus udał się do pewnego miasta, zwanego Nain; a szli z Nim Jego uczniowie i tłum wielki. Gdy zbliżył się do bramy miejskiej, właśnie wynoszono umarłego, jedynego syna matki, a ta była wdową. Towarzyszył jej spory tłum z miasta. Na jej widok Pan użalił się nad nią i rzekł do niej: „Nie płacz”. Potem przystąpił, dotknął się mar, a ci, którzy je nieśli, stanęli. I rzekł: „Młodzieńcze, tobie mówię, wstań”. Zmarły usiadł i zaczął mówić; i oddał go jego matce.
A wszystkich ogarnął strach; wielbili Boga i mówili: „Wielki prorok powstał wśród nas i Bóg łaskawie nawiedził lud swój”. I rozeszła się ta wieść o Nim po całej Judei i po całej okolicznej krainie.


Często mam takie wrażenie że brakuje nam jakiejś wewnętrznej siły aby uwierzyć w to, że Bóg nas prawdziwie kocha… tak po prostu, bez względu na nasze grzechy, słabości, fizyczne dolegliwości, cierpienia. Takie poczucie iż jestem przez Boga kochany staje się procesem stopniowego uzdrowienia. On nieustannie przygląda się naszemu życiu, czasami oczekuje od nas pełnej i świadomej akceptacji swojego losu; domaga się byśmy go przyjęli w wolności. Nikt nie może tego zrobić za nas. Doświadczenie choroby jest krzyżem, bezradnością, to jakaś „ciemność” w której Chrystus wyciąga dłoń i mówi: „Nie płacz. Tobie mówię wstań !” W momencie ogromnego bólu, tego na skutek choroby, poczucia bezsilności… pozostaje uczynienie tylko jednego, złożenia całej swojej istoty u stóp krzyża, a wtedy Chrystus podniesie z nami ten miażdżący ciężar. Pamiętam jak w pierwszy piątek miesiąca odwiedzałem chorych w domach, była pewna kobieta, tak na marginesie niezwykle pogodna; przepełniona zawsze ogromnym poczuciem humoru. Doświadczała ciężkiej choroby nowotworowej, do tego całe mnóstwo innych chorób, które krok po kroku wyniszczały jej organizm. Była dla mnie świadkiem ogromnej pogody ducha, zawsze mnie przytulała i żegnała dobrym słowem. Powtarzała nieustannie: „Proszę księdza jestem przygotowana na Niebo. Jeżeli się niespotkany za miesiąc to proszę pamiętać że będę zawsze o księdzu myśleć”, po chwili wyjmowała czekoladę i wkładała mi do kieszeni sutanny. To mnie wiele nauczyło pokory, a jednocześnie otwierało na głęboką nadzieję. Trzeba mieć nadzieję... Czasami ludzie tak mocno cierpią, wielu ma posiniaczone i krwawiące serca, ponieważ nie zdobyli się na nadzieję… oraz odwagę aby uśmiechać się do Niego, aby powiedzieć Jezusowi „ulituj się nade mną… uzdrów mnie”. Żyjemy w świecie toksycznym, z którego chcielibyśmy wyeliminować choroby, cierpienie a może nawet śmierć. W obecnych czasach, pod ciężarem przepracowania i wyczerpania nerwowego, wyścigu ku „szczęściu” stajemy się ludźmi cierpiącymi, przeżywającymi rozdarcie. To prawda że medycyna chroni i przedłuża życie, ale równocześnie zmniejsza odporność na cierpienie i na wyrzeczenia. Często potrzeba zaproszenia Chrystusa do naszego życia, zreferowania Mu na modlitwie historii naszej nędzy, zmagania z chorobą... Przyglądałem się kilka dni temu jak w Szczecinie mnóstwo ludzi zgromadziło się na nabożeństwie uzdrowienia którą prowadził o.Antonello. Dla wielu z nich obecność na tych rekolekcjach uzdrowienia pewnie stanowiła ostatnią deską ratunku, wszystko już zawiodło; medycyna, porady lekarzy, zapewnienia specjalistów, pozostał tylko rozlegający się krzyk duszy, jak tej zrozpaczonej matki z Nain: Panie błagam uczyń coś… Trzeba mieć zawsze ufność, tak jak napisała św. Tereska od Dzieciątka Jezus „Ufność to ręka Jezusa prowadząca wszystko. Ufam nawet kiedy nic nie rozumiem z wydarzeń mego życia. Uśmiecham się, składam dzięki, zawsze wyglądam na zadowoloną  z działania Boga, ponieważ wszystko jest łaską. Ufność prowadzi do miłości i czyni cuda…”

niedziela, 14 września 2014




J 19,25-27
Obok krzyża Jezusa stały: Matka Jego i siostra Matki Jego, Maria, żona Kleofasa, i Maria Magdalena.
Kiedy więc Jezus ujrzał Matkę i stojącego obok Niej ucznia, którego miłował, rzekł do Matki: „Niewiasto, oto syn Twój”. Następnie rzekł do ucznia: „Oto Matka twoja”. I od tej godziny uczeń wziął Ją do siebie.


Kościół w lekturze Ewangelii przyprowadza nas znowu pod Krzyż, abyśmy to wydarzenie przeżyli wraz Maryją-Matką Bolesną. Bóg tak umiłował świat, że Syna Swego Jednorodzonego dał, jak Baranka, na zabicie, na męki krzyża. A Syn umierając pod ciężarem grzechu świata, nie żałował, ze względu na świat, swojej ukochanej Matki, pozwolił aby miecz boleści przeniknął Jej cierpiące za wszystkich serce. Biada nam, gdy odrzucamy tę nieskończoną miłość ! Pisał Paweł Floreński „Jest nam przyjemnie, gdy ktoś odpowiada miłością na naszą miłość, gdy nasze plany spotykają się ze zrozumieniem. Jesteśmy jednak zimni, obojętni, chociaż Bóg nie doczekawszy się naszej odpowiedzi, oddaje nam to, co ma najlepszego, Syna swego umiłowanego, i gdy Syn Boży oddaje swoją Matkę”. Jeżeli wczytujemy się uważnie w słowa Ewangelii, to nie zobaczymy w nich obrazów rozpaczającej Matki. Zobaczymy w Przeczystej Dziewicy Tę, która przynosi dar, jako krwawą ofiarę, Syna swego, aby świat znalazł zbawienie. Maryja pod krzyżem jest ze swoim Synem i z Nim razem doświadcza przeszywającego bólu cierpienia. Te dwa serca w tym wyjątkowym dla świata momencie razem rozbrzmiewają, to jest liturgia miłości, wzajemnego obdarowania. Ciągle mam przed oczami scenę jak Matka tuli po zdjęciu z krzyża swojego umiłowanego Syna (Pieta) przytula z matczyną miłością i troską, niewypowiedziana głębia relacji. Tak jak trzymała Go w swoich ramionach jak przyszedł na świat w akcie Wcielenia, tak teraz jest obecna w wydarzeniu gdzie Chrystus czyni wszystko na nowo, przez rozlaną miłość z Krzyża „za życie świata”. I ta niezwykła czułość w przekazaniu Maryi Kościołowi „Niewiasto, oto syn Twój” w przyjęciu Jana dokonuje się przyjęcie pod płaszcz opieki całego Kościoła. Napisze św. Bernard: „Cóż za niezwykła wymiana ! W miejsce Jezusa dany Ci jest Jan, sługa zamiast Pana, uczeń zamiast Nauczyciela, syn Zebedeusza zamiast Syna Bożego; zwykły człowiek zamiast prawdziwego Boga. Twej niezrównanie czułej duszy jak mogły nie przeszyć słowa, których samo tylko przypomnienie kruszy zupełnie nasze serca, choć są z kamienia.” Ona oręduje za nami przed Bogiem, wyprasza nam zbawienie nabyte śmiercią krzyżową swojego Syna. „Miłosierdzia drzwi otwórz nam Bogurodzico”.

sobota, 13 września 2014






J 3,13-17
Jezus powiedział do Nikodema: „Nikt nie wstąpił do nieba, oprócz Tego, który z nieba zstąpił, Syna Człowieczego.
A jak Mojżesz wywyższył węża na pustyni, tak potrzeba, by wywyższono Syna Człowieczego, aby każdy, kto w Niego wierzy, miał życie wieczne.
Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony”.


Każdego ranka po przebudzeniu kiedy wstaje z łóżka pierwszą czynność którą wykonuję to gest znaku krzyża, następnie podnoszę mój krzyżyk (otrzymany w sakramencie bierzmowania) całuję go, z namaszczeniem zawieszam sobie na szyi. To taki mój mały, codzienny rytuał „podniesienia krzyża”. W taki sposób kontempluję miłość Boga do mnie, która najpełniej objawiła się w historii świata. Kiedy jest mi ciężko to przez łzy spoglądam na mój krzyż, tu czerpię siłę i odwagę do zmierzania się z rzeczywistością. Do tego trzeba dorosnąć, aby nie tyle zrozumieć ale przyjąć sercem, iż w chrześcijaństwie wyraża się postawa Boga do człowieka w akcie miłości- tego co dokonało się na drzewie krzyża. Świat na drzewie został zbawiony. "Krzyż nie jest ubraniem, które ma dobrze leżeć, lub parą butów, które nie powinny cię uwierać. Krzyż nie musi być dostosowany do twoich gustów czy osobistych wymagań. Krzyż gniecie, ociera, ciąży, przyciska do ziemi. Tak jednak jest. Krzyż, który rzeczywiście jest twój, nie może ci pasować".Jesteśmy jako ludzie wierzący, chcą czy nie chcąc, przez duchową walkę z naszą grzesznością, krzyżowaniem swojego życia, odpieraniem pokus świata, utożsamieni z tym wyjątkowym drzewem które się zrosło zbawiennie z rozpostartym Ciałem Umęczonego Baranka. Jesteśmy opieczętowani znakiem krzyża-signum naszej wiary, to powód do dumy. Powyższe rozważania mogą wydawać się chropawe, ale takie widzenie siebie złączonego z tajemnicą  krzyża, pozwala odkrywać siłę do osobistego zwycięstwa nad złem. Ukryty Bóg objawia się jako Zwycięski w wydarzeniu które po ludzku jest dramatyczne, gorszące i pozornie skazane na klęskę. Dlatego spoglądamy na Krzyż nie jako na narzędzie tortur, bólu…ale jako chwalebne: „Bóg króluje z drzewa życia”. Podnosimy krzyż ponieważ z niego dla nas przychodzi zwycięstwo i łaska. Ozdabiamy krzyż kwiatami i znakami chwały takimi jak światło czy kadzidło, aby nadać temu wyraz naszej miłości „dla mnie żyć to Chrystus”. Ma to ogromnie ważne znaczenie dla życia duchowego. Krzyż przestaje być dodatkiem do naszego życia, a staje się centrum, ogniskuje nasze spojrzenie i pobudza do osobistego trudu wiary. Życie duchowe przychodzi z góry, Bóg je inauguruje poprzez dar swojej obecności. Człowiek otrzymuje to objawienie-wydarzenie aktem swojej wiary; formułuje i wyznaje Credo, wypowiada je wpatrując się w Krzyż. Jeszcze jedno jest istotne, choć może w sposób nieudolny wyrażone; mianowicie postawa Boga wyjaśnia się, kiedy się zrozumie to, co w miłości najbardziej tajemnicze: „każda miłość jest zawsze wzajemna”. Każda miłość prawdziwa staje się w jakimś momencie miłością ukrzyżowaną. Pisarz syryjski Jan z Sarugi wysławia ludzką miłość w Chrystusie: „Jakiż małżonek”, pyta, „umarł kiedykolwiek za swą żonę, i jakaż żona wybrała sobie kiedykolwiek za męża ukrzyżowanego ? Pan zaślubił Kościół, zapewnił mu posag przez swoją krew i ukuł pierścień z gwoździ swojego ukrzyżowania”.