czwartek, 11 czerwca 2015

Mt 10,7-13
Jezus powiedział do swoich Apostołów: „Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów. Nie bierzcie na drogę torby ani dwóch sukien, ani sandałów, ani laski. Wart jest bowiem robotnik swej strawy. A gdy przyjdziecie do jakiegoś miasta albo wsi, wywiedzcie się, kto tam jest godny, i u niego zatrzymajcie się, dopóki nie wyjdziecie. Wchodząc do domu, przywitajcie go pozdrowieniem. Jeśli dom na to zasługuje, niech zstąpi na niego pokój wasz; jeśli nie zasługuje, niech pokój wasz powróci do was”.
W kilku lapidarnych zdaniach Chrystus nakreśla misję i cele apostoła. W tych słowach zawiera się przynaglenie do absolutnego świadectwa. W dzisiejszym świecie zdaje się, że nawet mocniej wybrzmiewają słowa Pana, trzeba je przeżywać z większa intensywnością; odczytane są na nowo w duchu tzw. nowej ewangelizacji- „biada mi, jeśli nie będę głosił Ewangelii”. Sytuacja współczesnego świata apeluje do świadomości chrześcijańskiej, rozbrzmiewa wołanie wielu ludzi: pokażcie nam Boga, dajcie nam doświadczyć Jego obecności, zaspokójcie głód naszej duszy. Chrześcijaństwo powinno urzeczywistniać słowa i gesty Chrystusa, pedagogię Jego miłości; wyprowadzać innych z zagubienia, depresji, duchowej niemocy i zmęczenia. Ewangelia głoszona na dachach – wysoko, powinna być tak doniosła, iż będzie poruszała serca, konfrontowała oraz powodowała ferment w sercu przypadkowych ludzi. „Nowy ton Ewangelii wstrząsa: Bóg chrześcijan jest najbardziej zdumiewający… Na krzyżu Bóg bierze stronę człowieka przeciwko własnej boskości. Dla dobra człowieka Bóg już nie jest wszechmocny, umiera dla siebie samego po to, by żył człowiek. Przekracza swoją wewnątrzboską ciszę ku innemu „ty” i wprowadza je w swoją tajemnicę w komunię Trójcy”. Do tego doświadczenia wiary trzeba podprowadzić innych, nie ma innej drogi. Pokazać innym, że wiara jest darem Boga. Być przeźroczystym niczym nowa wstawiona szyba w okno, aby przez nas inni mogli dostrzec światło…, aby się w nich zrodziło pragnienie poznania. To, że wierzymy, nie jest zasługą naszego umysłu, ani cnót, ani naszych przodków, lecz bezinteresownym darem Boga. Apostoł nie może się zamknąć w czterech ścianach i pozostać w bierności, oczekując cudu przeobrażenia świata. Ma promieniować wiarą… Trzeba wyjść na zewnątrz, poderwać się, niczym  na skrzydłach, szybując ku bezinteresownej przygodzie opowiadania o Bogu działającym wielkie rzeczy. Chrześcijanie im bardziej są przeniknięci Duchem Bożym, tym skuteczniej przekazują światu Dobrą Nowinę, a z drugiej strony- im lepiej posłani do głoszenia zrozumieją świat i wyraźniej odczytają w nim znaki Boże, tym sami głębiej będą potrafili wnikać w ducha Ewangelii. Główną treścią ewangelizacji jest kerygmat- przepowiadanie Jezusa Chrystusa- nie siebie samych. Mówienie z mocą o Synu Bożym, który stał się człowiekiem, umarł i zmartwychwstał i który ofiarował człowiekowi zbawienie nadprzyrodzone i eschatologiczne. Zaczyna się ono w tym życiu, na ziemi, a wypełnia w wieczności. Łączy się z tym potrzeba prorockiego objaśniania spraw innego życia, perspektywy w której człowiek zostaje powołany do rzeczy o wiele większych niż jest wstanie pomyśleć czy zrozumieć. To wezwanie skierowane do każdego człowieka, aby inaczej zobaczyć swoje życie, zacząć oddychać Bogiem i w Jego miłości odczytywać każdą upływającą minutę czasu.

środa, 10 czerwca 2015

Mt 5,17-19
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Nie sądźcie, że przyszedłem znieść Prawo albo Proroków. Nie przyszedłem znieść, ale wypełnić. Zaprawdę bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim”.
Przed wielu laty, wpadła mi w dłonie książka Brata Efraima o odważnym tytule „Jezus Żyd praktykujący”. Pewnie bezcelowe jest doszukiwanie się w samym tytule, jakiś sensacji czy kontrowersji, w kontekście takiej bardzo katolicko-wysublimowanej teologii Jezusa z Nazaretu. Książa rzecz jasna próbuje w sposób ciekawy osadzić osobę Pana w realiach bogatego w tradycję religijną Judaizmu. Mnie zdumiało samo stwierdzenie- „Żyd praktykujący”. Kiedy człowiek po jakimś czasie przejdzie przez rzetelną lekturę Ewangelii, to może poddać się wrażeniu, iż Chrystus- głęboko wierzący Żyd, w jakiś sposób stawia siebie ponad Prawem Izraela. To zdaje się być tylko pozornym wrażeniem, dlatego On sam mówi, że nie przyszedł znieść Prawa, ale je wypełnić. Prawo ogniskuje się w Nim, zostaje wypełnione światłem, przez to, zostaje odczytane w zupełnie nowy sposób; ze względu na osobę Zbawiciela. Jezus jest radykalny, dlatego tak bardzo kładzie nacisk na zachowanie przesłania Dobrej Nowiny w niezmienionej formie i treści. Wśród wielu chrześcijan współcześnie- trzeba to przyznać ze smutkiem, istnieje pokusa zredukowania Ewangelii do własnej, często wygodnej moralności, do uprawiania teologii, przy bardzo wybiórczej egzegezie, dzięki której można usankcjonować pewne swoje przekonania- które w ostatecznym wariancie poszukiwania prawdy, mogą być chybione z tym, czego pragnął Chrystus, a wraz za Nim, wspólnota Kościoła. Nie można czytać Dobrej Nowiny, zachowując jedne sprawy, przy jednoczesnej puryfikacji innych twierdzeń, uważając je za mało dzisiejsze czy niepoprawne ideologicznie. Moc nauczania Jezusa musi być ponad tym wszystkim, nawet jeśli człowiek się wewnętrznie wadzi ze sobą. Pewną przestrogę stanowią słowa jednego z myślicieli: „Nie znamy dostatecznie Ewangelii, a to, co przeszkadza nam ją poznać, to fakt, że sądzimy, iż ją znamy. Nie znamy jej maksym, nie przenikamy jej ducha, z ciekawością szukamy słów ludzi i zaniedbujemy słowa wypowiedziane przez Boga”. Inspirujące wydaje się stwierdzenie o.Congara, uwiarygodniające nieustanną świeżość przepowiadania słów Pana: „Dzisiaj Ewangelia musi być głoszona światu, w którym jeden człowiek na czterech jest Chińczykiem, dwóch na trzech jedzą wystarczająco, żaden człowiek na trzech żyje w systemie komunistycznym, jeden chrześcijanin na dwóch nie jest katolikiem”. Jedno jest niezwykle ważne, nie można zagubić intencji Jezusa- trzeba przechować Słowo wiernie- niczym wiarę w „naczyniach glinianych”, aby z Boga było wydobywająca się moc, a nie z nas.

wtorek, 9 czerwca 2015

Mt 5,13-16
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić? Na nic się już nie przyda, chyba na wyrzucenie i podeptanie przez ludzi. Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie”.
Dzisiaj jest mowa o soli (chlorek sodu), tym codziennym dodatku do naszych potraw; służący zachowaniu zdrowia, jednakże w większej ilości może działać niszcząco na organizm człowieka. Ludzie żyjący przed erą nowoczesności, nieposiadający lodówek czy innego typu chłodziarek, używali soli do konserwacji, celem jak najdłuższego zachowania jedzenia do spożycia. Sól była cennym „kruszcem”, którego wartość przeliczano na różnego rodzaju środki płatnicze. Sól oczywiście ewokuje cały szereg innych skojarzeń, rozpościerających się na płaszczyźnie ludzkiego ducha, a mająca również swoje miejsce w Biblii. W Księdze Jeremiasza sól oznacza człowieka, który pokłada swą ufność w stworzeniu, a nie Bogu (17,6). Jahwe grozi swemu ludowi, że za karę zamieni ich kraj w słoną pustynię (Pwt 29,22; So 2,9). Rozrzucanie soli po zdobytym mieście i kraju stanowiła czynność symboliczną, mającą na celu uzmysłowić ogrom dokonanego zniszczenia (Sdz 9,45). W Kazaniu na Górze które stanowi źródło naszej refleksji, mówi Chrystus do apostołów: „Wy jesteście solą ziemi…” Przesłanie tego słowa wydaje się jasne, bowiem chrześcijanie są powołani, aby pouczać i prowadzić innych do Chrystusa- „solić ich słowem, które jest pełne duchowej mocy”. Natomiast zwietrzenie soli, należy rozumieć w kontekście ówczesnych warunków. Uzyskiwano ją zazwyczaj przez odparowanie wody zaczerpniętej z Morza Martwego. Sól jednak otrzymywana z jego wód jest nietrwała, traci swój smak. Żydzi nie byli w tak komfortowej sytuacji jak my jesteśmy, posiadając złoża soli w Wieliczce. Był to o wiele bardziej skomplikowany proces i często narażony na utratę tak cennego surowca. W tym duchu Chrystusowego przepowiadania podejmują swoją refleksję Ojcowie Kościoła: „Wy jesteście solą ziemi. Skoro jesteśmy solą musimy przyprawiać ducha wiernych…” Na koniec słowa wielkiego poety Norwida: „Bo nie jest światło, by pod korcem stało. Ani sól ziemi do przypraw kuchennych. Bo piękno na to jest, by zachwycało. Do pracy; praca- by się zmartwychwstało”. Spróbujmy posolić ten świat i napełnić go światłem Chrystusa !
 
 

poniedziałek, 8 czerwca 2015


Mt 5,1-12 
Jezus, widząc tłumy, wyszedł na górę. A gdy usiadł, przystąpili do Niego Jego uczniowie. Wtedy otworzył swoje usta i nauczał ich tymi słowami: „Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni, którzy płaczą, albowiem oni będą pocieszeni. Błogosławieni cisi, albowiem oni na własność posiądą ziemię. Błogosławieni, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, albowiem oni będą nasyceni. Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią. Błogosławieni czystego serca, albowiem oni Boga oglądać będą. Błogosławieni, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi. Błogosławieni, którzy cierpią prześladowanie dla sprawiedliwości, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. Błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was, i gdy mówią kłamliwie wszystko złe na was z mego powodu. Cieszcie się i radujcie, albowiem wielka jest wasza nagroda w niebie. Tak bowiem prześladowali proroków, którzy byli przed wami”. 

Ewangelia przenosi nas na Górę Błogosławieństw, gdzie rozbrzmiewa najpiękniejsza katecheza Mistrza. To nie tylko wspaniale rozpościerająca się panorama okolicy, ale nade wszystko zapisane w sercu i pamięci słowa Człowieka, który zogniskował na sobie całą uwagę słuchaczy, podniósł wzrok wyżej, pozwolił wznieść ponad przeciętność. Chrześcijaństwo odnajduje swoje duchowe korzenie w tym miejscu, gdzie Pan dokonał syntezy przepowiadania Ewangelii. Błogosławieństwa wypowiedziane przez Chrystusa, to podanie w „pigułce” Dobrej Nowiny, przetransponowanie w życie człowieka najbardziej szlachetnych wartości; życzenie szczęścia tym, którzy poszukują sensu i nadziei. „Człowiek nie ma nic innego na celu jak być szczęśliwym. Jezus Chrystus przyszedł na świat, aby dać nam możliwość bycia takimi” (Bossuet). Występuje tu takie słowo Makarios, co się tłumaczy jako "błogosławieni" - pełni szczęścia. To zaproszenie do wejścia w medytację o człowieku który "spaceruje" ku szczęściu, a programem jego życia powinna być miłość przeżywana w głębi serca, rozlewająca się na zewnątrz. Chcieć uwierzyć w to, że można być szczęśliwym...   Człowiek błogosławieństw musi być odważny, Jezus przez tak wyrażone myśli w formie życzeń, chce ukazać drogę która przemienia świat. "Błogosławieni których moc jest w Tobie, którzy zachowują ufność w swym sercu..."(Ps 84,6). Wypowiadając błogosławieństwa Pan zaprasza nas do odkrycia głębszego sensu życia, maksymalnego wysiłku skierowanego w stronę własnej głębi, umiejętności rezygnacji z własnego egoizmu. "Błogosławieństwa to apel o odkrywanie głębszego nurtu własnego istnienia. Dzięki nim mogę spoglądać na siebie, innych ludzi i świat nowymi oczyma. Dzięki nim mogę zrozumieć jak piękne jest dobro...Błogosławieństwa mówią o nas samych. O ludziach zdanych na Kogoś większego niż nasze życie. O ludziach zdanych na Kogoś, kogo bardziej obchodzi nasz los...są dla wszystkich których nadzieja ustawicznie wybiega w przyszłość. Błogosławieństwa mówią o naszym życiu. Czasem to życie staje się bezgłośnym wołaniem o uśmiech Boga"- pisał ks. Hryniewicz. Zawsze kiedy czytam błogosławieństwa zostaję wypełniony jakimś poczuciem sensu, że będzie dobrze..., łzy zamienią się w zdroje radości, problemy przemienią się w sytuacje możliwe do przyjęcia, ciężary codziennych trosk stają się lżejsze, ludzie którzy wydają się irytujący, stają się możliwi do dialogowania i zaakceptowania; ponieważ ich serca się powiększyły na skutek pokoju który wypełnił moje serce. „To, co najbardziej liczy się w życiu, to wprowadzenie chociaż odrobiny szczęścia do życia innych”. Błogosławieni to ci którzy wierzą że świat może być lepszy...

 

 

niedziela, 7 czerwca 2015

Mk 3,20-35
Jezus przyszedł z uczniami swoimi do domu, a tłum znów się zbierał, tak że nawet posilić się nie mogli. Gdy to posłyszeli Jego bliscy, wybrali się, żeby Go powstrzymać. Mówiono bowiem : „Odszedł od zmysłów”. Natomiast uczeni w Piśmie, którzy przyszli z Jerozolimy, mówili: „Ma Belzebuba i przez władcę złych duchów wyrzuca złe duchy”. Wtedy przywołał ich do siebie i mówił im w przypowieściach: «Jak może szatan wyrzucać szatana? Jeśli jakieś królestwo wewnętrznie jest skłócone, takie królestwo nie może się ostać. I jeśli dom wewnętrznie jest skłócony, to taki dom nie będzie mógł się ostać. Jeśli więc szatan powstał przeciw sobie i wewnętrznie jest skłócony, to nie może się ostać, lecz koniec z nim. Nie, nikt nie może wejść do domu mocarza i sprzęt mu zagrabić, jeśli mocarza wpierw nie zwiąże i wtedy dom jego ograbi. Zaprawdę powiadam wam: wszystkie grzechy bluźnierstwa, których by się ludzie dopuścili, będą im odpuszczone. Kto by jednak zbluźnił przeciw Duchowi Świętemu, nigdy nie otrzyma odpuszczenia, lecz winien jest grzechu wiecznego». Mówili bowiem: „Ma ducha nieczystego”. Tymczasem nadeszła Jego Matka i bracia i stojąc na dworze, posłali po Niego, aby Go przywołać. Właśnie tłum ludzi siedział wokół Niego, gdy Mu powiedzieli: „Oto Twoja Matka i bracia na dworze pytają się o Ciebie”. Odpowiedział im: „Któż jest moją matką i którzy są braćmi?” I spoglądając na siedzących wokoło Niego rzekł: „Oto moja matka i moi bracia. Bo kto pełni wolę Bożą, ten Mi jest bratem, siostrą i matką”.
W wielu sytuacjach opisanych na kartach Ewangelii, Chrystus musi zmierzyć się z różnymi ludźmi, nie zawsze są to łatwe konfrontacje. Nie każdy który Go spotkał na swojej drodze życia, reagował postawą wewnętrznej otwartości, życzliwości czy fascynacji. Sprzeciw i niezrozumienie okazywane Jezusowi konkretyzują się w dwóch postawach: w postawie najbliższych- krewni, przyjaciele, oraz w postawie uczonych w Piśmie- „purystów ortodoksji”, uprawiających bezwzględną apologię obrony swoich racji. Pierwsi z wielką łatwością dokonują oceny zachowania Jezusa, próbując zakwalifikować Jego działaniaza irracjonalne, twierdząc że odszedł od zmysłów. Drugie towarzystwo próbuje „utopić” Jezusa w jakiś odmętach infernalnej diagnozy, przypisując mu zniewolenie duchowe- „Jest owładnięty przez Belzebuba”. Fałszywi „egzorcyści” próbują z Tego, który przynosi wyzwolenie, uczynić zniewolonym- jakiś kompletny absurd. Kiedy czytam ten fragment, mam wrażenie jakiejś paranoi lub schizofrenii tych ludzi. Ludzie próbują z Człowieka który wymyka się jakimkolwiek kategoriom poznawczym, psychologicznym, a nade wszystko teologicznym; uczynić jakiegoś szaleńca „odszedł od zmysłów”. Do dzisiaj można spotkać jakże sprzeczna paletę poglądów wobec osoby Boga- Człowieka. Jest w tych negatywnych zachowaniach jakaś kalka naszego życia i relacji. „Niestety często kochamy ludzi na sposób krewnych Jezusa. Powstrzymujemy bliźnich, każemy im dostosować się do naszych wyobrażeń. Myślimy za nich, decydujemy o nich, podpowiadamy z czego mają się spowiadać i za co czuć się winnymi”. Ktoś kto poświęca się dla drugiego, gdy rezygnuje z „programowania” go na własny obraz i podobieństwo. Gdy zamiast pójść, by go powstrzymać- wychodzi i stara się go zrozumieć. Dopiero wtedy kiedy usiądziemy z kimś, postaramy się wczuć w cierpienia jego duszy, otrzemy łzy i pozwolimy naszym oczom zapłakać, wówczas zaczniemy kochać drugiego naprawdę. Jezusa zawsze możemy zobaczyć w otoczeniu innych ludzi; jest blisko ludzi poranionych, smutnych, pozbawionych nadziei, skrzywdzonych i cierpiących. Rozdaje miłość tam gdzie, nikt nawet nie chciałby wejść, przytula tych, na których inni patrzą z pogardą i wyrzutem. Nie brzydzi się człowiekiem który jest w największym życiowym dole. Jego krewnymi są prostytutki, pijacy, nieudacznicy, zatwardziali grzesznicy…, szuka ich, ponieważ wie, że gdy przyjmą Jego miłość, będą najbardziej wielkodusznymi w przekazywaniu miłości innym. Każdy z nas może być krewnym- przyjacielem Chrystusa. Pięknie to wyrażają słowa św. Grzegorza Wielkiego: „Nic też dziwnego, ze ten, kto czyni wolę Ojca, jest nazwany bratem i siostrą Pana, bo to jest powiedziane o ludziach powołanych do wiary… Bratem Pana może stać się ten, kto przyjmuje wiarę. Jak jednak stać się Jego matką ? Ten, kto staje się bratem i siostrą Chrystusa przez wiarę, staje się Jego matką nauczając o Nim. Ten rodzi Pana, kto wlewa Go w serce słuchających. I staje się Jego matką, jeśli przez słowa rodzi miłość Pana w sercu bliźniego”. Jest jeszcze jedna bardzo ważna sprawa którą podejmuje Chrystus w Ewangelii- grzech przeciw Duchowi Świętemu. Często się zastanawiałem nad tym zagadnieniem, pytając siebie cóż to musi być za naruszenie przykazań lub degradacja ludzkiego sumienia, iż ten grzech jest niewybaczalny. Z pomocą przyszedł mi św. Augustyn w jednej ze swoich homilii napisał: „chciał aby rozumiano to nie o każdym kto grzeszy przeciwko Duchowi słowem lub czynem, ale o jednym, i to szczególnym grzechu. A jest nim zatwardziałość serca zachowana do końca życia, przez którą człowiek odmawia przyjęcia odpuszczenia grzechów w jedności Ciała Chrystusowego, które ożywia Duch Święty”. Mamy do czynienia z jakąś totalną niezdolnością opowiedzenia się za Bożą Miłością, odrzuceniem daru miłosierdzia, a tym samy wejściem na drogę rozpaczy. Najważniejsze aby zawsze uświadamiać sobie wielkie miłosierdzie Boga, szczególnie wtedy kiedy rodzi się pokusa zakłamania swojego życia, przykrycia grzechów „mnóstwem opakowań”, przez które będzie się wydawać, że nic nie będzie widać na zewnątrz. Zawsze należy ze swoją poranioną duszą przychodzić do Jezusa, wyznawać mu najbardziej brudne i skryte grzechy, aby Jego miłość przyniosła uzdrowienie i wyzwolenie. Trwanie w grzechu może doprowadzić do zasklepienia serca, wejścia w ciemność w której już przestajemy być sobą, a tylko spadamy głową w dół.
 

sobota, 6 czerwca 2015

Mk 12,38-44
Jezus nauczając rzesze mówił: „Strzeżcie się uczonych w Piśmie. Z upodobaniem chodzą oni w powłóczystych szatach, lubią pozdrowienia na rynku, pierwsze krzesła w synagogach i zaszczytne miejsca na ucztach. Objadają domy wdów i dla pozoru odprawiają długie modlitwy. Ci tym surowszy dostaną wyrok”. Potem usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: „Zaprawdę powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie”.
Często kiedy jestem w sklepie dokonując zakupu najpotrzebniejszych artykułów, można kontem oka zaobserwować jakże różne reakcje ludzi. Często moją uwaga skupia się na ludziach dotkniętych pewną bezradnością. Samotne, sędziwe kobiety często otwierają swoje portmonetki skrupulatnie przeliczając dźwięczące drobne monety, czy przypadkiem nie przekroczą ceny posiadanych w koszyku produktów. To niezwykle realistyczne obrazki ludzi którzy muszą z miesiąca na miesiąc tak gospodarować swoją zasobnością, aby starczyło na wszystko. Biedni ludzie, często o spracowanych dłoniach, naznaczeni chorobami i wyrytymi na twarzy grymasami, które stanowią ilustrację ich wewnętrznego stanu ducha. Uboga wdowa też pewnie wpisuje się w ten realizm trudnego życia, nieposiadająca zbyt wiele, ale zdolna do daru serca. Ona wrzuciła wszystko co miała, nie z tego co jej zbywało, ale z tego co w jakiś sposób stanowiło zabezpieczenie jej egzystencji. Te drobne pieniądze były jej prawdziwym bogactwem; ale ona ufała Bogu. Odkryć w sobie ufność wobec Boga. Wydaje się to takie proste, ale ile musi kosztować rezygnacji z siebie, oraz pokusy posiadania i rozpaczy z powodu braku tego, czego nam najbardziej potrzeba. To uczenie się spoglądania z dystansem na to, co posiadamy i jaki ma to wpływ na nasze życie. Tu rozbrzmiewają słowa Jezusowe z góry błogosławieństw: Błogosławieni ubodzy w duchu. "To są ci, którzy nie żyją według własnych planów, ale zgodnie z wolą Boga. Ci, którzy ostatecznie mówią sobie: Mając życie od Ducha, do Ducha się też stosujmy. Jakaż czeka wówczas nagroda ! Do nich należy królestwo niebieskie.
 
 
 
 
 
 
 
 

piątek, 5 czerwca 2015

Mk 12,35-37
Jezus nauczając w świątyni, zapytał: „Jak mogą twierdzić uczeni w Piśmie, że Mesjasz jest synem Dawida? Wszak sam Dawid mówi w Duchu Świętym: «Rzekł Pan do Pana mego: Siądź po prawicy mojej, aż położę nieprzyjaciół Twoich pod stopy Twoje». Sam Dawid nazywa Go Panem, skądże więc jest tylko jego synem?” A wielki tłum chętnie Go słuchał.
Ewangelia odsłania nam imię Boga- posługując się najczęściej słowem „Pan”-termin bliski naszej codzienności, rozbrzmiewający często w różnych językach (gentleman, herr, dominus, senor…). Ale to, nie tylko zwyczajny czy kurtuazyjny zwrot grzecznościowy, ale nade wszystko opisanie Kogoś niezwykle ważnego, jako Osoby której oddaje się najwyższą cześć i uwielbienie- po hebrajsku: „Adonai”, grecki termin: „Kyrios”. Żydom nie wolno było wypowiadać świętego imienia „Jahwe”- stąd najczęściej używano zastępczego imienia jakim było – Adonai. W Starym Testamencie było oczywiste, iż tylko Jahwe jest Panem. Nowy Testament posługuje się tytułem „Pan” zarówno w odniesieniu do Ojca, jak również odnosząc się do Chrystusa, akcentując tym samym Jego Boskość. Na kartach Ewangelii bardzo wielu ludzi zwraca się do Niego, nazywając Go „Panem”. Człowiek dotknięty chorobą trądu woła: „Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić !” (Mt 14,30). Kiedy Piotr spuszcza wzrok z Jezusa, krocząc po wodzie i nagle zaczyna tonąć, w przerażeniu zwraca się: „Panie, ratuj mnie !” (Mt 14,30). Ten sam Piotr w imieniu kolegium uczniów stawia Jezusowi pytanie: „Panie, do kogóż pójdziemy ? Ty masz słowa życia wiecznego” (J 6,68). Po zmartwychwstaniu kiedy Chrystus po raz kolejny, przychodzi do zgromadzonych w Wieczerniku uczniów, aby pokazać swoje rany Tomaszowi, ten w zdumieniu odpowiada: „Pan mój i Bóg mój !” (J 20, 28). Święty Paweł wskazując na niezaprzeczalną boskość Mesjasza, posługuje się również terminem- Kyrios, oddajac tym samym cześć i uwielbienie Bogu: „Dlatego też Bóg Go nad wszystko wywyższył i darował Mu imię ponad wszelkie imię, aby na imię Jezusa zgięło się  każde kolano istot niebieskich i ziemskich i podziemnych. I aby wszelki język wyznał, że Jezus Chrystus jest PANEM- ku chwale Boga Ojca”. Co więcej ten sam Apostoł, wskazuje na bardzo ważną sprawę jaką jest wyznanie wiary w Tego, który staje w centrum życia chrześcijanina, bowiem „nikt nie może powiedzieć bez pomocy Ducha Świętego: Panem jest Jezus” (1 Kor 12,3).