wtorek, 6 października 2015

Łk 10,38-42
Jezus przyszedł do jednej wsi. Tam pewna niewiasta, imieniem Marta, przyjęła Go do swego domu. Miała ona siostrę, imieniem Maria, która siadła u nóg Pana i przysłuchiwała się Jego mowie. Natomiast Marta uwijała się koło rozmaitych posług. Przystąpiła więc do Niego i rzekła: „Panie, czy ci to obojętne, że moja siostra zostawiła mnie samą przy usługiwaniu? Powiedz jej, żeby mi pomogła”. A Pan jej odpowiedział: „Marto, Marto, troszczysz się i niepokoisz o wiele, a potrzeba mało albo tylko jednego. Maria obrała najlepszą cząstkę, której nie będzie pozbawiona”.
W Ewangelii jest mowa o przyjaciołach Chrystusa- Łazarzu i dwóch siostrach Marcie i Marii. W tych dwóch niewiastach egzegeza wielu mądrych teologów dostrzegała dwa nurty przeżywania wiary- zdolność do kontemplacji i aktywność ewangelizacyjną- mistyka i dynamika duchowego życia. Te dwie postawy stanowiły niezwykle płodne przestrzenie do doświadczenia wiary. Bardzo często same Kościoły identyfikowano z tymi ewangelicznymi postaciami cudownych kobiet. Kościół Wschodni przyrównywano więc do zasłuchanej i zapatrzonej w Chrystusa Marii, przeciwstawiając go Kościołowi Zachodniemu, Marcie zabieganej i zakrzątanej, aby wszystko był jak należy. Zdaje się, iż współczesnemu człowiekowi potrzeba dzisiaj bardziej, takiego świętego bezruchu- trwania w bliskości Boga. Człowiek zagubił zdolność do podziwu, kontemplacji czy zdumienia. Życie przeżywa się tak bardzo wrażeniowo- „intensywnie”, iż z tego co duchowe pozostaje niewiele. Zagubienie i dezorientacja w życiu, stanowi efekt braku symbolicznego myślenia i mistyki. Zatrzymanie i pozwolenie sobie na wejście w bezruch i ciszę, dla wielu ludzi wydaje się zwyczajnie niemożliwe. Wielu jest zaskoczonych kiedy podpowiadam im, aby zatrzymali zegarki, weszli w ciszę- opróżnili swój umysł od niepotrzebnych myśli. Takie ryzyko jest jak najbardziej wskazane, aby w pewnym momencie nie stać się bytem wykolejonym, wypalonym i przygnębionym wszystkim. Św. Jan Damasceński napisał mądre słowa: „Kontemplacja jest zapowiedzią nieba”, albo na co jedno wychodzi, powrotem do raju, w którym człowiek czuł się stabilnie, żył w błogostanie przebywania bliskości Boga- Przyjaciela. Zatracenie tego świata, pozbawiło człowieka niewyobrażalnej harmonii, bycia partnerem Stwórcy. Kontemplacja jest również zdolnością słuchania- „wiara rodzi się ze słuchania”. Bóg nie przychodzi w zgiełku świata, ale w ciszy- subtelnie, delikatnie, przenikając nasze wnętrze niczym strumyk wody żłobiący skałę. Kiedy spróbujemy wejść w kontemplację, wtedy całkowicie inaczej zadziałają nasze zmysły wzroku i słuchu. W konsekwencji świat wrogi, zakrzyczany i niestabilny, stanie się przestrzenią objawienia Boga. Chrześcijanie bardzo często cytują Psalm 35,10: „W Twej światłości oglądamy światłość”. Maria siedząca u stóp Mistrza uchwyciła ten moment; światło poruszyło jej rozum, ogień ogarnął serce, a oczy zatrzymały się na widzialnym obrazie Wcielonego Słowa. „Życie w światłości do Boże życie w człowieku”. Rośnie stopniowo i w takiej mierze, w jakiej postępuje oświecenie, wychodząc od prostej wiary i od chrztu. Człowiek, zanim dostąpi widzenia Boga, zostaje najpierw wezwany do życia w wierze, w przeświadczeniu o istnieniu rzeczywistości których jeszcze nie może kontemplować, ale które kształtują się w nim i odkrywają w takiej mierze, w jakiej wzrasta jego bycie dzieckiem w zawierzeniu Ojcu. Dusza Marii był przeniknięta światłem, wzrok tak mocno zatrzymał się na Jezusie, iż pretensje jej siostry o pomoc przy stole były poza nią. Spróbujmy być mistykami, nawet jeśli inni będą nam stać nad głową i coś od nas chcieć.

poniedziałek, 5 października 2015

Łk 10,25-37
Oto powstał jakiś uczony w Prawie i wystawiając Jezusa na próbę, zapytał: „Nauczycielu, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?” Jezus mu odpowiedział: „Co jest napisane w Prawie? Jak czytasz?” On rzekł: „Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całą swoją mocą i całym swoim umysłem; a swego bliźniego jak siebie samego”. Jezus rzekł do niego: „Dobrześ odpowiedział. To czyń, a będziesz żył”. Lecz on, chcąc się usprawiedliwić, zapytał Jezusa: „A kto jest moim bliźnim?” Jezus nawiązując do tego rzekł: „Pewien człowiek schodził z Jerozolimy do Jerycha i wpadł w ręce zbójców. Ci nie tylko że go obdarli, lecz jeszcze rany mu zadali i zostawiwszy na pół umarłego, odeszli. Przypadkiem przechodził tą drogą pewien kapłan; zobaczył go i minął. Tak samo lewita, gdy przyszedł na to miejsce i zobaczył go, minął. Pewien zaś Samarytanin, będąc w podróży, przechodził również obok niego. Gdy go zobaczył, wzruszył się głęboko: podszedł do niego i opatrzył mu rany, zalewając je oliwą i winem; potem wsadził go na swoje bydlę, zawiózł do gospody i pielęgnował go. Następnego zaś dnia wyjął dwa denary, dał gospodarzowi i rzekł: «Miej o nim staranie, a jeśli co więcej wydasz, ja oddam tobie, gdy będę wracał». Któryż z tych trzech okazał się według twego zdania bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?” On odpowiedział: „Ten, który mu okazał miłosierdzie”. Jezus mu rzekł: „Idź i ty czyń podobnie”.
Wydaje się, że uczony w Piśmie oczekiwał na jednoznaczną odpowiedź w której Chrystus wskaże mu określoną grupę ludzi, której będzie można wyświadczyć miłosierdzie. Pułapka wielu ludzi polega na tym, iż myślą że bliźnim jest tylko ten który na pierwszy rzut oka potrzebuje pomocy- „bezpieczny rejestr adresów ludzi, w stosunku do których bez większego ryzyka można otworzyć serce”. Jezus odwraca pytanie: „Któryż z tych trzech okazał się według twego zdania, bliźnim tego który wpadł w ręce zbójców ?” Tutaj nie potrzeba jakiegoś główkowania, tylko umiejętności posługiwania się sercem- bowiem w centrum naszego życia powinien być każdy człowiek potrzebujący zrozumienia, zauważony, otoczony miłością. Tu nie ma miejsca na selekcję, czy doraźną akcję charytatywną dla jakieś zawężonej gruby, tylko po to, aby podbić swoją charytatywną punktację. Wszelka aktywność wobec braci i sióstr stanowi odzwierciedlenie bezinteresownej miłości Chrystusa- której narzędziem jest każdy chrześcijanin. Każdy człowiek ma prawo do mojej miłości; nawet taki który leży śmierdzący na ulicy i wszyscy mijają go wielkim łukiem. Jego smród, a może czasami agresja, nie mogą zatrzymać strumienia miłości który przepływa przez nas od Jezusa. Dystans i strach wobec poranionych i będących na marginesie życia ludzi, zatrzymuje miłość- która jak się często okazuje, stanowi jedyne lekarstwo na połamany człowieczy los. Odkryć w sobie wrażliwego, zdolnego do współodczuwania z innymi ludźmi Samarytanina. Jezus mówi do każdego z nas: „Idź, i ty czyń podobnie !”. Miłość dająca siebie, wskrzeszająca na nowo do życia, będąca owocem dojrzałego człowieczeństwa przenikniętego życiem wewnętrznym. Tak sobie myślę, że chrześcijaństwo jej mniej moralizatorskie, a bardziej przeniknięte postawą wychodzenia ku bliźniemu. Bardzo ważne jest aby chodzić po ziemi. Często czujemy, że nakaz „kochać wszystkich” może oznaczać, iż nie kochamy nikogo. Ale miłość zwrócona tylko do jednej kategorii, jednej części, miłość z góry wykluczająca innych, nie jest prawdziwą miłością. Sztuka rozdawnictwa miłosierdzia polega na rezygnacji z siebie przy jednoczesnym uchwyceniu w perspektywie wzroku drugiego człowieka- bliźni którego stawia przede mną Bóg. Nie musimy czekać na sytuacje ekstremalne, w których będziemy musieli dać wiele od siebie, widząc człowieka pobitego i pozostawionego przy drodze. Szansa do urzeczywistniania miłości stoi przy naszej drodze- każdego dnia. Tak naprawdę to sam Chrystus jest prawdziwym Samarytaninem, który opatruje rany, stawia człowieka na nogi, przywraca ludzkie oblicze. Poprzez widzialny gest Samarytanina Chrystus staje się „obrazem Boga niewidzialnego”- Miłośnika człowieka- Przyjaciela. W Jego spojrzeniu pełnym miłości, odczytujemy naszą postawę wiary, pochylenia się nad człowiekiem- stracenia czasu, pieniędzy i siebie- to wszystko dzieje się dlatego- aby miłość była kochana. Jedynym wiarygodnym obliczem chrześcijaństwa jest miłość rozdana dla innych. 

niedziela, 4 października 2015

 Mk 10,2-16
Faryzeusze przystąpili do Jezusa i chcąc Go wystawić na próbę, pytali Go, czy wolno mężowi oddalić żonę. Odpowiadając zapytał ich: „Co wam nakazał Mojżesz?” Oni rzekli: „Mojżesz pozwolił napisać list rozwodowy i oddalić”. Wówczas Jezus rzekł do nich: „Przez wzgląd na zatwardziałość serc waszych napisał wam to przykazanie. Lecz na początku stworzenia Bóg «stworzył ich jako mężczyznę i kobietę: dlatego opuści człowiek ojca swego i matkę i złączy się ze swoją żoną, i będą oboje jednym ciałem». A tak już nie są dwoje, lecz jedno ciało. Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela”. W domu uczniowie raz jeszcze pytali Go o to. Powiedział im: „Kto oddala żonę swoją, a bierze inną, popełnia cudzołóstwo względem niej. I jeśli żona opuści swego męża, a wyjdzie za innego, popełnia cudzołóstwo”.
Faryzeusze zachowują się wobec Chrystusa jak żmije, szukają odsłoniętego miejsca  które można ukąsić. Roztrząsanie kazusów moralnych, tropienie międzyludzkich zachowań stanowiło pewien rodzaj rabinackiego skrzywienia. W samym judaizmie rozwód był często praktykowany. Dyskusja dotyczyła natomiast powodów, które go usprawiedliwiały. Spektrum powodów było skrupulatnie określone przez purystów moralności. Czasami to były banały codziennego życia: żona która przypaliła obiad mężowi, naruszanie pewnego etosu obyczajowości- kobieta bez welonu na twarzy, aż do najbardziej budzącego publiczne zgorszenie czynu jakim było cudzołóstwo. Jezus wychodzi poza legalizm uczonych, przekracza ich nadętą kazuistykę i wskazuje na pierwotny zapis w kontekście początku stworzenia. Pan wskazuje na relację kobiety i mężczyzny jako czegoś komplementarnego, widzianego oczami Boga nie jako fuzja, ale misterium osób złączone w miłości której źródłem jest Bóg. „Co więc Bóg złączył, tego człowiek niech nie rozdziela !” Według Ewangelii nierząd niszczy rzeczywistość małżeństwa, niszczy mistyczną istotę relacji dwóch osób- które tak naprawdę nie są już pojedynczymi osobami, ale jednym ciałem. Dla wielu Ojców Kościoła materią sakramentu małżeństwa jest miłość- tak rozumianą koncepcję przyjmują Kościoły Wschodnie w odróżnieniu od łacińskiego pojmowania materii jako zgody na wspólnotę życia, wyrażona zewnętrznie i przyjętą przez nupturientów. Pisze jeden z teologów wschodnich: „Cudzołóstwo świadczy o tym, że z materii sakramentu nic już nie zostało, a rozwód to tylko stwierdzenie braku, zniweczenia, zniszczenia miłości oraz uznanie nieistnienia małżeństwa…”, dlatego, Kościół Wschodni dopuszcza  ponowne zawarcie małżeństwa, wychodząc naprzeciw ludzkim dramatom. Myślę, że te intuicje które stanowią stałą praktykę wielu kościołów, podejmie również synod poświęcony rodzinie który rozpoczyna się w Rzymie.

piątek, 2 października 2015

Mt 18,1-5.10
W tym czasie uczniowie przystąpili do Jezusa z zapytaniem: „Kto właściwie jest największy w królestwie niebieskim?” On przywołał dziecko, postawił je przed nimi i rzekł: „Zaprawdę, powiadam wam: Jeśli się nie odmienicie i nie staniecie jak dzieci, nie wejdziecie do królestwa niebieskiego. Kto się więc uniży jak to dziecko, ten jest największy w królestwie niebieskim. I kto by przyjął jedno takie dziecko w imię moje, Mnie przyjmuje. Strzeżcie się, żebyście nie gardzili żadnym z tych małych; albowiem powiadam wam: Aniołowie ich w niebie wpatrują się zawsze w oblicze Ojca mojego, który jest w niebie”.
Wielokrotnie i na różne sposoby przez tłoczący się oraz pełen nachalności tłum, potrafiły prześliznąć się małe dzieci; dla ludzi stojących w ścisku i oczekujących „ekscytujących duchowo fajerwerków”, kompletnie niezauważone. Szwendanie w miejsca które zabraniają dorośli są częstą domeną małych, ciekawskich buntowników. Dzieci najbardziej sprytne, kreatywne, przemykające ponad strapieniami świata dorosłych. Czytamy w Ewangelii, jak to kobiety przyprowadziły do Jezusa dzieci, aby je pobłogosławił. To taki naturalny odruch matek, aby ich ukochane pociechy mogły być blisko osoby z której emanuje ciepło, miłość, bezpieczeństwo i wrażliwość na dziecięcą bezpardonowość. Dziecko zawsze skupia na sobie, ogniskuje w sobie uwagę wszystkich. „Prostota i ufność duszy dziecięcej jest obrazem zawierzenia człowieka swemu Boskiemu Ojcu (samo słowo hebrajskie emuna- wiara- nie oznacza wiary w jakąś abstrakcyjną prawdę, lecz zaufanie, wierność Bogu. Od tego słowa pochodzi amen- „to prawda”). Oto dlaczego Jezus lubił to dziecięce słowo: Abba.”  
 

czwartek, 1 października 2015

Łk 10,1-12
Spośród swoich uczniów wyznaczył Pan jeszcze innych, siedemdziesięciu dwóch, i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. Powiedział też do nich: „Żniwo wprawdzie wielkie, ale robotników mało; proście więc Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo. Idźcie, oto was posyłam jak owce między wilki. Nie noście ze sobą trzosa ani torby, ani sandałów; i nikogo w drodze nie pozdrawiajcie. Gdy do jakiego domu wejdziecie, najpierw mówcie: «Pokój temu domowi». Jeśli tam mieszka człowiek godny pokoju, wasz pokój spocznie na nim; jeśli nie, powróci do was. W tym samym domu zostańcie, jedząc i pijąc, co mają; bo zasługuje robotnik na swą zapłatę. Nie przechodźcie z domu do domu. Jeśli do jakiego miasta wejdziecie i przyjmą was, jedzcie, co wam podadzą; uzdrawiajcie chorych, którzy tam są, i mówcie im: «Przybliżyło się do was królestwo Boże».
Siedemdziesięciu mężczyzn- liczba robiąca wrażenie, choć naiwnie niepoprawna, co do jakości- przynajmniej w moim odczuciu. Posłani aby głosić Ewangelię. Wczoraj wieczorem udałem się na spacer ulicami Szczecina, na jednym z peryferyjnych zakamarków, spotkałem grupę chrześcijan- jakiejś denominacji protestanckiej wymykającej się sformalizowanej instytucji, głosili świadectwa; mówili niezwykle żarliwie i przekonująco, o tym jak wielkie rzeczy Bóg uczynił w ich życiu. ( rewir miasta w którym przesiaduje mnóstwo ludzi o wątpliwej reputacji, jeden z najbiedniejszych rejonów, a zarazem najbardziej odpowiedni do przepowiadania o Jezusie). Podszedłem do jednego z liderów tej grupy, przedstawiłem się życzliwie, wymieniliśmy myśli na temat nowej ewangelizacji i jedności chrześcijan. Jakże budujące są takie spontaniczne, pełne duchowego natężenia spotkania z ludźmi, którzy nie tyle szukają Boga, co raczej pragną dawać Go innym. Tak mi się wydaje, że chrześcijaństwo pozbawione charyzmatycznej spontaniczności, staje się zastygłe, obumarłe i bezpłodne. Jakże jest potrzebne świadectwo naszego życia…, naszego zakochania w Bogu. Wykrzyczenia tego innym… To jest nieporadna ludzka doksologia, w której dokonuje się absolutne uwielbienie Boga- jako Wspólnoty Miłości, do której zostaje zaproszony każdy człowiek- bez wyjątku. Tak sobie myślę, iż współczesną katedrą z której ma rozbrzmiewać Słowo Boże jest zatłoczona, wypełniona przemykającymi ludźmi ulica. Wielu z nich nie przyjdzie już do świątyń, nie ma odwagi przekroczyć murowanych portali. Pozostaje jedynie ulica, której bramą będą skrzyżowania, a ławkami brukowane chodniki na których odciskają się anonimowe ślady butów. Ołtarzem z którego będzie można posilić się żywym Bogiem, niech będzie rozświetlony nadzieją posłaniec- człowiek który zobaczył, doświadczył, dotknął się i uwierzył. Ulica- Kościół. Jaki skandal ! Tylko tam można znaleźć człowieka, sforsować jego bariery buntu, izolacji, obojętności czy narosłych uprzedzeń. Na ulicy Jezus podnosił z rynsztoka ludzi którym nikt nie miał nic do zaoferowania, których mijano obojętnie i traktowano z obrzydzeniem. Kościół to ulica, gdzie roznosi się smród ludzkich narzekań i bolączek, gdzie głodne, zasmarkane dzieci wyczekują lepszego jutra. Ulica to jednocześnie dom i globalna wioska, przez którą przetaczają się miliony ludzkich myśli i technicznie przekazywanych informacji. W końcu ulica to wielkie mrowisko w którym Bóg potrafi dostrzec kogoś tak małego jak ja czy ty. Przestrzeń która staje się chrześcijańską walką o wolność każdego dziecka. Kiedy na ulicy pojawi się chrześcijanin, którego twarz jaśnieje obecnością Boga- czy to nie przemienia świata choćby na chwilę ? Współczesny apostoł nie może być prelegentem czy propagandzistą wiary. Żeby pociągnąć innych, zaintrygować, poruszyć zastygłe serca- powinien być świadkiem. Żeby świadczyć o Chrystusie, trzeba być zjednoczonym z Nim. Błogosławię każdemu bratu i siostrze, którzy mają odwagę zrezygnować z wygodnych pieleszy i wyjść na ulice, aby podjąć etat Chrystusowego robotnika.

środa, 30 września 2015

Łk 9,57-62
Gdy Jezus z uczniami szedł drogą, ktoś powiedział do Niego: „Pójdę za Tobą, dokądkolwiek się udasz”. Jezus mu odpowiedział: „Lisy mają nory i ptaki powietrzne gniazda, lecz Syn Człowieczy nie ma miejsca, gdzie by głowę mógł oprzeć”. Do innego rzekł: „Pójdź za Mną”. Ten zaś odpowiedział: „Panie, pozwól mi najpierw pójść i pogrzebać mojego ojca”. Odparł mu: „Zostaw umarłym grzebanie ich umarłych, a ty idź i głoś królestwo Boże”. Jeszcze inny rzekł: „Panie, chcę pójść za Tobą, ale pozwól mi najpierw pożegnać się z moimi w domu”. Jezus mu odpowiedział: „Ktokolwiek przykłada rękę do pługa, a wstecz się ogląda, nie nadaje się do królestwa Bożego”.
Pójście za Jezusem wcale nie jest takie łatwe jak się komuś może wydawać. Wielu ludzi wierzących poddaje się szybkiej i spontanicznej egzaltacji, a później kiedy przychodzi moment napięcia, rezygnacji z siebie, ofiary..., sytuacja zmienia się diametralnie. Propozycja którą wypowiada Chrystus „Pójdź za Mną”- skierowana jest nade wszystko do tych, którzy odnajdują siebie w sobie. Może to brzmi trochę mało rozsądnie, ale najpierw trzeba odnaleźć w sobie wewnętrznego człowieka, a dopiero później dokonywać mobilizacji swojego życia- integracji, scalania…, aby pójść w przygodę z Bogiem. Dobrze to wyraził w słowach o. Tomasz Merton: „Módl się o znalezienie samego siebie”. Pisał o tym, iż trzeba być wypowiedzianym przez Boga. „Bóg wypowiada mnie niby słowo, zawierające cząstkę Jego myśli o Sobie. Słowo nie będzie nigdy wstanie zrozumieć wymawiającego je głosu… Nasze odkrycie Boga jest więc w pewnym znaczeniu odkryciem nas przez Niego. Szukając Go, nie możemy sięgnąć nieba, gdyż nie mamy sposobu dowiedzenia się, czym ono jest i gdzie się znajduje. To Bóg zstępując z nieba, odnajduje nas. Stajemy się mistykami wtedy, kiedy Bóg odnajduje w nas Siebie”. Tylko wtedy, kiedy Bóg swoją miłością zagarnie nas dla siebie, będziemy mogli świadomie i bez jakiegokolwiek oporu, rzucić się w przygodę wiary- przeżywaną wspólnie razem. Wtedy codzienność- zabiegana, przytłaczająca, zagarniająca nas dla siebie, stanie się chwilą porzucenia naszego losu dla większej sprawy. Tu wcale nie chodzi, aby porzucić swoich bliskich, pominąć, czy zapomnieć o nich, lub co najgorsze- pozostawić bez słowa. Życie przeżywane w bliskości Boga, poniesie również najbliższych mi ludzi, niczym fala na której dryfuje moja łódź- w niej jest miejsce dla innych, aby ich umiejscowić w pomyśle Boga, wypowiedzieć, oswoić, otworzyć na łaskę. Dzisiejszy świat jest na tyle futurystyczny i zagmatwany, iż chce nas zatrzymać dla siebie, nie pozwalając uchwycić duchowego celu. Człowiek jest tak ogłupiony i zakrzyczały, że słowo Boga przestało w nim być szumem  poruszającym serce i rozum. „Niezwykłemu bogactwu konsumpcji towarzyszy uderzające ubóstwo uczuć moralnych i religijnych. Osiągając szczyt bogactwa, człowiek nie wie już, co ma w życiu robić i jak postępować. Jak dziecko zarzucone podarkami, pogrążone w rzeczach, człowiek jest posiadany przez to, co posiada”- to jest największy dramat. Przeciwieństwem takiego stanu rzeczy, równie katastrofalnym jest totalne ubóstwo, patologia przez którą nie można uchwycić już duchowego sensu istnienia. „Pójdź za Mną”-  to komunikat i propozycja zarazem. Słowo które jest przynagleniem i poruszaniem się w kręgu nadziei; kiedy oddasz mi siebie całkowicie, będę niósł twoje życie, zatroszczę się o ciebie, przecież jesteś moim umiłowanym synem. „Teraz jednak nabierz ducha !”

wtorek, 29 września 2015

Anioła towarzysz życia- „Tobiasz wszedł, by poszukać człowieka, który wyruszy z nim do Medii, który doskonale zna drogę. Wyszedł i spotkał Rafała, anioła stojącego przed nim, a nie wiedział, że jest to anioł Boży. I rzekł mu: „Czy znasz drogę, którą należy udać się do Medii ? Tak wielokrotnie byłem ja tam, wypróbowałem i znam wszystkie drogi…” Jakąś tajemniczą a zarazem fascynującą postacią napotkaną jest ów nieznany dotąd wędrowiec, a przyszły towarzyszysz drogi. Zawsze mnie zastanawiała postać archanioła- nie tylko dlatego, że noszę jego imię, ale w wymiarze obdarowania i charyzmatu. Ktoś mi kiedyś powiedział, kiedy modliłem się nad jedną osobą modlitwą wstawienniczą, że ma wrażenie iż posiadam dar uzdrawiania. Nie wiem na ile ta osoba miała rację, może jakiś wewnętrzny głos jej to podpowiedział ? Jako posiadacz tego imienia, nie mogę przejść ponad tym spostrzeżeniem obojętnie… Imię Rafał oznacza po hebrajsku „Bóg leczy, uzdrawia- przywraca zdrowie”. Wskazuje ono na charakter jego misji wśród ludzi. W toku wielu wydarzeń skrupulatnie utrwalonych w Księdze Tobiasza, okaże się, że jest to anioł, który okaże się wiernym przyjacielem podróży- „nawigacją” daną od Boga; udzielając wielu cennych spostrzeżeń potrzebnych młodemu chłopcu, szczególnie wtedy kiedy pojawią się sytuacje niebezpieczne. „Rafał jeden z siedmiu aniołów, którzy są obecni i wchodzą przed chwałę Pańską”. Wymieniony jest  wśród archaniołów w wielu tekstach z Qumaram, oraz w późniejszych legendach żydowskich. Tradycja chrześcijańska będzie go zaliczała do siedmiu archaniołów (Ap 1,4; 3,1; 8,2). Anioł nie tylko będzie wielką pomocą dla Tobiasza w dramatycznych przeciwnościach losu, ale przyczyni się do szczęścia i bohaterów- wielkiej miłości Tobiasza do Sary, jak również uzdrowienia z choroby ojca Tobita. Usunięcie bielm z oczu Tobita, stanie się wydarzeniem symbolicznym, gdyż jak mówi księga, że choć dziś żyje on w ciemności, zobaczy „światło Boże”, co sugeruje nie tylko ujrzenie jasności jako dzieła Bożego, lecz także lepsze widzenie duchowe. Obecność anioła jest niezwykłym poruszeniem naszej świadomości, w wiarę w naszych patronów-przewodników światłości; to uruchamia naszą wrażliwość na byty subtelne, ich cudowną rolę opiekuńczą, przez którą można dotknąć subtelnej choć odzianej w tajemnicę obecności Boga. Trochę enigmatyczny a jednocześnie bardzo intrygujący był dla mnie zawsze obraz Jacka Malczewskiego pt. „Tobiasz w drodze” (1904r.). Trudno podążyć za wyobraźnią artysty, który buduje obraz złożony z planu który posiada dwie warstwy- rzeczywistą zbudowaną na kanwie opowiadania biblijnego, oraz drugą duchową, symboliczną-przekraczającą czas i miejsce, penetrującą wymiar transcendentny. Malarska wizja zrodzona z medytacji nad Słowem Boga, której bohaterami są Tobiasz i anioł Rafał jest jakimś zaproszeniem do wyruszenia w drogę, na której to przeczesując trochę surrealistyczne krajobrazy, będzie można uchwycić niedostępność i apofatyczność samego Boga. To nasz wycinek rzeczywistości- codzienny, mówiący nam o tym, że każdy z nas jest homo viator. Może nie powinniśmy zbytnio gmatwać swojej drogi życia, obierać niewłaściwych szlaków, czy tracić z horyzontu wzroku najwierniejszego przewodnika, jakim jest nasz Anioł Stróż. W tym obrazie wędrowania można odkryć sens i cel życia chrześcijańskiego. Teologię drogi…, prostą, ciekawą, uczącą wychodzenia naprzeciw trudnościom z poczuciem tego, że niesie mnie na swoich rękach ktoś o wiele większy i mocniejszy niż sobie zdołam wyobrazić. „Jeżeli doświadczą mnie trudności, to wiem, że unoszą mnie nad nimi skrzydła nadziei. Ona mówi: Bóg jest większy niż nasza wiara”.