niedziela, 8 listopada 2015


Mk 12,41-44

Jezus usiadł naprzeciw skarbony i przypatrywał się, jak tłum wrzucał drobne pieniądze do skarbony. Wielu bogatych wrzucało wiele. Przyszła też jedna uboga wdowa i wrzuciła dwa pieniążki, czyli jeden grosz. Wtedy przywołał swoich uczniów i rzekł do nich: „Zaprawdę powiadam wam: Ta uboga wdowa wrzuciła najwięcej ze wszystkich, którzy kładli do skarbony. Wszyscy bowiem wrzucali z tego, co im zbywało; ona zaś ze swego niedostatku wrzuciła wszystko, co miała, całe swe utrzymanie”.

Kiedy w oczach samego Pana wielu bogaczy składało szczodre datki do skarbony, wdowa wrzuciła do niej dwa grosiki. Jednak na takie uznanie zasłużyła sobie u Chrystusa, że jej skromną ofiarę postawił wyżej niż hojność tamtych wszystkich razem. Bo pośród ich wielkich darów, zaledwie okruchów ich olbrzymich majątków, jedynie jej mała ofiara była całkowitą.

św. Leon Wielki

czwartek, 5 listopada 2015

Łk 15,1-10
Zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie: „Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi”. Opowiedział im wtedy następującą przypowieść: „Któż z was, gdy ma sto owiec, a zgubi jedną z nich, nie zostawia dziewięćdziesięciu dziewięciu na pustyni i nie idzie za zgubioną, aż ją znajdzie? A gdy ją znajdzie, bierze z radością na ramiona i wraca do domu; sprasza przyjaciół i sąsiadów i mówi im: «Cieszcie się ze mną, bo znalazłem owcę, która mi zginęła».
Powiadani wam: Tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia.
Bóg z dzisiejszego fragmentu Ewangelii, jawi nam się jako troskliwy i niosący na swoich ramionach zagubionego człowieka pasterz. Jezus zaprezentował swoje posłannictwo w przyrównaniu się do dobrego pasterza. Został On posłany do „zagubionych owieczek z domu Izraela” (Mt 15,24). Jak prawdziwy pasterz troszczy się o zabłąkaną owieczkę, tak i Syn Człowieczy przyszedł, żeby ratować, co było zagubione. Kiedy pasterz odnajduje zabłąkaną owieczkę „bierze ją z radością na swoje ramiona”. W przeciwieństwie do najemnika, które nie interesuje się losem owiec, zostawia je bez należytej opieki, Chrystus jest dobrym pasterzem i czuwa nad cały swoim stadem, nawet do tego stopnia, iż jest gotowy oddać swoje życie za powierzoną owczarnię. Pierwsi chrześcijanie zdaje się najgłębiej odczytali ewangeliczne przesłanie o Bogu, który ich niesie na swoich ramionach i opatruje rany, przynosi zbawienie oraz roztacza nadzieję na życie w niebiańskiej owczarni (Królestwo Boże). Na ścianach katakumb lub rzeźbionych sarkofagach ukazywano typ Dobrego Pasterza. Świadczy o tym fragment napisu nagrobnego Abercjusza z Hierapolis (II wiek). „Za życia, abym tu w swoim czasie miał łoże dla ciała. Na imię mi Abercjusz, uczeń niepokalanego Pasterza, Który pasie stada owiec na górach i równinach. Który oczy ma wielkie i dosięgające wszystkiego. On to mnie nauczył… Pisma nieomylnego”. Wiele jego przykładów znajduje się w rzymskich katakumbach Domicylli. Obraz ten łączy się ściśle z przedstawieniem baranka zaczerpniętym z tekstów biblijnych; możemy te inspiracje odnaleźć w księdze proroka Ezechiela i w Psalmach. Wskazane teksty biblijne pokazują świat jako owczarnię, której Pasterzem jest Bóg. Chrystus mówiąc o Sobie, również podejmuje ten biblijny obraz, reminiscencję tego możemy odnaleźć w tekście z według Mateusza: „Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela”. Chrześcijaństwo przyjmuje ten typ ikonograficzny i nadaje mu konkretny sens dogmatyczny: „Dobry Pasterz- Bóg wcielony- bierze na ramiona zbłąkaną owcę, tzn. upadłą naturę ludzką, ludzkość którą wprowadza do swojej chwały”. Kontemplując miłość Pasterza, winniśmy wymagać od siebie, aby jeszcze bardziej przybliżać się do Niego, stawać się uczniem w postawie zasłuchania i wypowiadać swoje życie nieustanną aktywnością chrześcijańską, przez czyny miłosierdzia. Kończę słowami modlitwy Symeona Nowego Teologa: „Tak, Pasterzu współczujący, dobry, łagodny, który chcesz zbawić wszystkich w Ciebie wierzących, zmiłuj się nade mną, wysłuchaj mojej modlitwy, nie gniewaj się, nie odwracaj ode mnie swojego oblicza, ale naucz mnie spełniać Twoją wolę. Nie szukam bowiem spełnienia mojej woli, lecz Twojej, abym Tobie służył, o Miłosierny !”

środa, 4 listopada 2015


Bóg oczekuje od naszej wiary mężnego aktu, pełnej i świadomej akceptacji swojego losu; domaga się, byśmy Go przyjęli w wolności. Nikt nie może tego zrobić za nas, nawet Bóg. Krzyż jest uczyniony z naszych słabości i nieudolności, tworzą go nasze zadyszane zrywy, a przede wszystkim nasze głębokie ciemności, w których kłębi się głuchy opór i gnije utajona i współwinna podłość, krótko mówiąc tworzy go cała ta złożona struktura, która w tym właśnie momencie jest naszym autentycznym „ja”.

Paul Evdokimov
Łk 14,25-33
Wielkie tłumy szły z Jezusem. On zwrócił się i rzekł do nich: „Jeśli kto przychodzi do Mnie, a nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem. Kto nie nosi swego krzyża, a idzie za Mną, ten nie może być moim uczniem… Tak więc nikt z was, kto nie wyrzeka się wszystkiego, co posiada, nie może być moim uczniem».
Tak wielu ludzi szło za Jezusem; wypatrywali szczególnych znaków, ciekawscy cudów, złaknieni słowa pocieszenia. W ich sercach kłębiło się mnóstwo motywacji, uczucia rozpostarte między ulotną egzaltacją po radykalizm porzucenia wszystkiego i pójścia za Nauczycielem z Nazaretu. Oni wszyscy wraz z Jezusem są w drodze; pewnie do końca nie widzą gdzie zostaną zaprowadzeni, w pewnym momencie zostają zatrzymani w miejscu i postawieni w sytuacji ostatecznego wyboru- krok w przód, będzie wiązał z porzuceniem siebie, dotychczasowych przyzwyczajeń oraz przyjęciem krzyża. Wielu obróci się na nodze i powróci do siebie, do swojego zaplanowanego życia „beztroskiego podążania za byle czym…” Jak powiedział J.R.R. Tolkien: „Nikt prawie nie wie, dokąd go zaprowadzi droga, póki nie stanie u celu”. Aby się przekonać jaki będzie cel, trzeba podjąć ryzyko. Chrześcijaństwo jest ryzykiem, nie można prawdziwie przeżywać wiary od tak, na pół gwizdka. Albo całkowicie rzucimy się w wir duchowej przygody, albo będziemy przeżywać życie duchowe niewyraźnie, bez określonego sensu,  wyglądając ciągle na horyzoncie Bóg wie czego. Aby pełniej żyć potrzeba wyboru Boga, orientacji swojego życia ku Niemu- jak pisał Newman- „żyć znaczy zmieniać się, a być doskonałym- zmieniać się często”. Nie chodzi wcale Chrystusowi, abyśmy porzucili nasze rodzinne domy, zerwali relacje z najbliższymi, czy może mieli otaczający nas świat w nienawiści. Tu się rozchodzi o nasz osobisty wybór Boga, jasno określoną postawę, a nade wszystko miłość i gotowość do zrobienia wszystkiego ze względu na Chrystusa.   

wtorek, 3 listopada 2015

Łk 14,15-24
Gdy Jezus siedział przy stole, jeden ze współbiesiadników rzekł do Niego: „Szczęśliwy ten, kto będzie ucztował w królestwie Bożym”. Jezus mu odpowiedział: „Pewien człowiek wyprawił wielką ucztę i zaprosił wielu. Kiedy nadszedł czas uczty, posłał swego sługę, aby powiedział zaproszonym: «Przyjdźcie, bo już wszystko jest gotowe». Wtedy zaczęli się wszyscy jednomyślnie wymawiać. Pierwszy kazał mu powiedzieć: «Kupiłem pole, muszę wyjść, aby je obejrzeć; proszę cię, uważaj mnie za usprawiedliwionego». Drugi rzekł: «Kupiłem pięć par wołów i idę je wypróbować; proszę cię, uważaj mnie za usprawiedliwionego». Jeszcze inny rzekł: «Poślubiłem żonę i dlatego nie mogę przyjść». Sługa powrócił i oznajmił to swemu panu. Wtedy rozgniewany gospodarz nakazał słudze: «Wyjdź co prędzej na ulice i zaułki miasta i wprowadź tu ubogich, ułomnych, niewidomych i chromych». Sługa oznajmił: «Panie, stało się, jak rozkazałeś, a jeszcze jest miejsce». Na to pan rzekł do sługi: «Wyjdź na drogi i między opłotki i zmuszaj do wejścia, aby mój dom był zapełniony. Albowiem powiadani wam: Żaden z owych ludzi, którzy byli zaproszeni, nie skosztuje mojej uczty»”.
Dzisiejsza przypowieść wyraźnie pokazuje, że wiara jest propozycją, a Bóg nie jest kimś, kto na siłę będzie kogoś przymuszał do czegokolwiek. Wielu jest zaproszonych na wielki „bankiet” Boga, ale czy zechcą skorzystać, zależy tylko od nich samych. Można ten obraz przełożyć na nasze życie; każdy z nas otrzymał od Boga imienne zaproszenie, można je przyjąć i poczuć się wyróżnionym, lub zgnieść i wyrzucić do kosza, mając to w nosie. Nie musimy się spinać, zastanawiając się, czy zaproszenie obejmuje jakiś określony w protokole kanon zachowań itd. Uczta jest gotowa, a wystosowane zaproszenie jest całkowicie bezinteresowne, wystarczy sama obecność, nawet z pustymi rękoma, bez szczególnej etykiety. Warto się zapytać, gdzie umieściliśmy nasze zaproszenie. Być może odnotowaliśmy je w rejestrze lub wrzuciliśmy z poczty elektronicznej do kosza z innymi nieprzeczytanymi wiadomościami. Jesteśmy tu u źródeł dobra i zła, rozpościerających się pomiędzy przyjęciem miłości Boga, a odrzuceniem jej. Wśród nas pewnie jest wielu takich, którzy trzymają zaproszenie w sercu i nie potrafią odczytać jego treści, ale idą poruszeni przynagleniem w stronę dobra, przez które pośrednio spotykają na drodze Boga. Heidegger napisał mądre słowa: „Gubiąc się w biegu codziennych zajęć, człowiek traci swój czas”- może dlatego, tak często mówimy Bogu: nie ma czasu. Potrzebna jest refleksja nad życiem, nad moimi odpowiedziami i osobistymi kalkulacjami. „Zbawienie nie dostępują nie tylko ci, którzy okazali się niegodni zaproszenia, ale i ci, którzy zastępując ich, uznali wezwanie na ucztę za nienaruszalną własność, nie starając się żyć w nowy sposób i nie zdając sobie sprawy ze swoich uchybień”.

poniedziałek, 2 listopada 2015

J 14,1-6
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Niech się nie trwoży serce wasze. Wierzycie w Boga?
I we Mnie wierzcie. W domu Ojca mego jest mieszkań wiele. Gdyby tak nie było, to bym wam powiedział. Idę przecież przygotować wam miejsce. A gdy odejdę i przygotuję wam miejsce, przybędę powtórnie i zabiorę was do siebie, abyście i wy byli tam, gdzie Ja jestem. Znacie drogę, dokąd Ja idę”. Odezwał się do Niego Tomasz: „Panie, nie wiemy, dokąd idziesz. Jak więc możemy znać drogę?” Odpowiedział mu Jezus: „Ja jestem drogą, prawdą i życiem. Nikt nie przychodzi do Ojca inaczej jak tylko przeze Mnie”.
Życie człowieka, cały bagaż doświadczeń nagromadzonych w czasie, można porównać do pory roku którą dostrzegamy za naszymi oknami. Drzewa zrzucają na ziemię liście, które oświetlone promieniami słońca, mienią się najbardziej urzekającą paletą barw. W tych asocjacjach kolorystycznych można w sposób metaforyczny odczytać cyklicznie życie człowieka, które tak dynamicznie się zmienia, przeobraża, zaznacza swoje kontury- chcąc wypowiedzieć siebie. Jesteśmy niczym liście spadające z drzewa, na początku stanowiące koronę- organiczna całość, a później opadające niesione przez wiatr, pozbawione wpływu na bieg wydarzeń. W tych obrazach przesuwa się niczym w kalejdoskopie refleksja nad życiem, przemijaniem i odchodzeniem. Dzisiaj w sposób szczególny pochylamy się nad śmiercią, a może nie tyle nad nią, co raczej nad życiem, które przez jej ingerencję, zostało przerwane na chwilę. Nie chcemy w śmierci widzieć wroga, czy niechcianego intruza. Człowiek wierzący, nie powinien wypierać śmierci ze swojej świadomości i zaplanowanych życiowych wydarzeń. Tuż przed swoją śmiercią, w skądinąd cudownym tekście napisanym przez św. Franciszka z Asyżu pt. „Pieśń słoneczna”, możemy spojrzeć na śmierć inaczej: „Wysławiony niech będzie Pan za naszą siostrę, śmierć cielesną”. Śmierć jest sposobem naszego powrotu do Boga. To spotkanie z Chrystusem. Śmierć jest naszym przyjacielem- jest początkiem, a nie końcem, stanowi zapowiedź całkiem innego sposobu bytowania. Przechodzimy przez nią jak przez wrota, które otwarte na oścież dają nam ogląd wytęsknionego Raju. Pewnie wielu z was czytając ten tekst, może się na mnie wewnętrznie irytować, że w jakiś sposób próbuję usprawiedliwiać obecność śmierci. Cokolwiek sobie myślicie, śmierć jest częścią naszej fabuły- nie możemy przejść na drugi brzeg, bez spotkania z naszą „Siostrą”. To bolesne doświadczenie, z nim się wiąże rozstanie z najbliższymi czy ulubionymi miejscami, niemniej takie rozstanie jest częścią wielkiego pomysłu Boga. Umieramy po to, aby żyć dalej- już inaczej, bardziej wyraziście, bez tych wszystkich determinant świata. Tak samo również, nie powinniśmy rozpaczać po śmierci naszych najbliższych. To nie jest tragedia, czy udanie się w wędrówkę ku wielkiej niewiadomej krainie. To błogosławiony moment przejścia, w miejsce które jak powie Chrystus, będzie naszym nowym domem- przygotowanym mieszkaniem. Tak już jest w kalendarzu liturgicznym, że po Uroczystości Wszystkich Świętych, przeżywamy tzw. Dzień zaduszny. Jest dzień pamięci o naszych zmarłych, tych których kochamy, a których fizycznie już nie ma pośród nas. Przy tej okazji, wielu z nas nawiedzając cmentarze, stawia sobie zasadnicze pytania. Dlaczego umieramy, dlaczego nasze ciało się rozkłada, dlaczego musimy przeżywać ból rozłąki z tymi których kochamy ? Jak wygląda życie przyszłe i czy kiedyś w tym miejscu spotkamy tych wszystkich którzy pozostawili ślady swojej obecności w naszym życiu ? Tyle pytań, a tak mało wyraźnych odpowiedzi. Możemy się zdać tylko na wiarę i nadzieję, którą daje nam Bóg. Chrystus nie tyle pragnie odpowiadać na nasze pytania, stawiając nas w przestrzeni czytelnych pewników, wyjaśniających wszystko. Pan daje nam nadzieję, roztaczając w sposób enigmatyczny wizję naszej przyszłej szczęśliwości. „Ja jestem Zmartwychwstanie i Życie. Każdy, kto żyje i wierzy we mnie, nie umrze na wieki” (J 11,25). Wiara w zmartwychwstanie przenika naszą modlitwę za tych, którzy są w drodze. Nasza wiara i pełna spokoju pewność płynąca z zapewnienia samego Chrystusa, uruchamia w nas strumień modlitwy, aby nasi bliscy spotkali się z Bogiem „twarzą w twarz”.  Niech jak na skrzydłach poniosą nas ku nadziei, słowa mistyka-poety Angelusa Silesiusa: „Wieczności związek z nami tak ścisły jest i silny, że chcemy czy nie chcemy, wieczni być musimy”.  

piątek, 30 października 2015






Za jakąś chwilę rozświetlone zostaną nasze cmentarze tysiącami, jeśli nie milionami zniczy, lampek i innych wymyślnych źródeł światła. Aura tajemniczości, przez którą przebija się kulturowo i religijnie umocowana- Ars moriendi- sztuka pięknego i dobrego umierania. Rzymski poeta Manilius dawno temu napisał: „Rodząc się zaczynamy umierać i koniec zaczyna się u początku”. Dla wielu przechodniów nieświadomych ciężaru gatunkowego tych słów, takie stwierdzenie może być zwykłym banałem; nic nieznaczącą przelotną refleksją człowieka zamyślonego nad przemijaniem. Nasza coroczna wędrówka na cmentarze, gdzie leżą nasi bliscy, ma coś z tego przypomnienia, rzecz jasna wypełniona jest jak sądzę chrześcijańską percepcją wiary w życie wieczne. Również w tym czasie, z większą jeszcze intensywnością powraca jak echo średniowieczna sentencja i zarazem upomnienie wywołujące grymaśny uśmiech na twarzach współczesnych konsumentów życia. Te słowa nic nie straciły ze swojej aktualności, pomimo dramatycznych zabiegów, aby zachować jak najdłużej stan „wiecznej młodości”. „Pamiętaj że umrzesz- Memento mori”. Słowo – Pamiętaj !- rozbrzmiewa przez wszystkie wieki historii; wpisując swoją obecność w księgę każdego człowieczego żywota, poruszając dogłębnie oraz rozdzierając nasze wszelakie wyobrażenia o śmierci. Nie tylko dźwięczy w uszach, ale rozdziera serce. Jesteśmy ludźmi pamięci… Nie można wyeliminować ze świadomości faktu, że każdy z nas kiedyś odejdzie. Żaden chirurgiczny skalpel, czy suplement „przedłużających” życie witamin, aplikowanych do organizmu z nadzieją, na ciągłe futurum. Medycyna może tylko odsunąć w czasie nasze odejście, ale nie oszuka śmierci tanimi sztuczkami. Wobec przemijania i śmierci trzeba zachować mądrą oraz pokorną postawę- pozwolić, aby nasza świadomość oswoiła się z faktem, że dzisiaj tu jestem, a jutro zostanie po mnie, tylko ulotne wspomnienie- utrwalone w migawce aparatu, czy w pośpiechu sklejonych bezradnie słów zanotowanych w osobistym pamiętniku. „Każda religia”- pisał Bierdiajew- „nawet najprymitywniejszego dzikusa, ma swój fundament w postawie człowieka wobec śmierci”. Może dlatego tak wiele plemion posiada cały szereg rozwiniętych rytuałów pogrzebowych. Znajduje się w tym rytualnym języku znaczeń, jakieś głębokie przeżycie sensu ludzkiej egzystencji. Życie które jest z dnia na dzień wypełnione treścią, znaczeniem, nie może od tak się zakończyć. Platon uczył filozofii jako sztuki dobrego umierania. „Ale filozofia nie zna zwycięstwa nad śmiercią, może je postulować, nie może nauczyć, jak trzeba umierać w zmartwychwstaniu”. Jednak dopiero chrześcijaństwo nadaje śmierci autentyczną wartość. „Tylko chrześcijaństwo akceptuje tragizm śmierci i spogląda jej prosto w twarz, ponieważ Bóg przechodzi tę drogę po to, by ją unicestwić, a wszyscy idą za Nim”. Kto umiera w Chrystusie, ten z Chrystusem powstaje do nowego życia- do życia pełnego, w ciele chwalebnym- przebóstwionym, przechodzi, aby egzystować w świecie, który staje się urzeczywistnieniem szczęścia i wszelkich marzeń. „Umarliście bowiem i wasze życie jest ukryte z Chrystusem w Bogu. Gdy ukaże się Chrystus, nasze życie, wtedy i wy razem z Nim ukażecie się w chwale” (Kol 3,3-4). Chrześcijaństwo jest przepełnione nadzieją, że śmierć nie ma ostatecznego słowa, że nasza obecność na cmentarzach świata jest przejściowa, triumfalna, niczym korowód zakochanych- jest Paschą- przejściem, świadomością bycia zanurzonym w Bogu, który udaremnił władzę śmierci. Dzisiaj wielu ludzi boi się myśleć o tym, że kiedyś odejdą. Wielu trzyma się kurczowo życia, wysysając każdą sposobną chwilę na rozrywkę, aby zapomnieć iż owa nieznajoma siostra-  śmierć cielesna, może po nich przyjść. Myślenie o zmarłych jest zakazane, temat śmierci odsuwany na najdalsze strony naszej egzystencji. „Zmarli psują zabawę, przeszkadzają tym, którzy cieszą się życiem. Niektóre cmentarze w swojej niemal odrażającej monotonii nasuwają okropną myśl o śmierci uprzemysłowionej, o zapomnieniu pośród anonimowości kolektywnego losu.” Chrześcijanom- jako ludziom głęboko wierzącym, łatwiej jest przeżywać moment odejścia najbliższych osób, czy nawet samemu oswajać się z nieuniknioną koniecznością odejścia. Wiemy, że nie umieramy sami, że nie odchodzimy w pustkę- nosimy w sobie tak silne przekonanie o życiu. Zasadne wydają się w tym miejscu słowa nie tak odległego nam filozofa Alberta Schweitzera: „Jestem życiem, które pragnie żyć, pośród życia…” Sam uczony wypowiedział te słowa w kontekście pulsującego życiem świata, ale my chcemy w podtekście uchwycić ten niezwykle przesycony życiem, inny świat- najdoskonalszy z możliwych, „gdzie Bóg będzie wszystkim we wszystkich”. Jak powie prefacja przeznaczona na liturgię pogrzebu: „Nasze życie zmienia się, ale się nie kończy…” Śmierć z Chrystusem staje się ogromną mocą, przemieniającą nas samych, a przez to również wszystkich wokół nas. „Śmierci gdzież jesteś o śmierci”- woła w zachwycie życiem św. Paweł. Jesteś niczym, zostałaś pokonana przez Życie. Ten kto podąża za Chrystusem z nadzieją „…przeszedł ze śmierci do życia”. Na końcu chciałbym zacytować wczesnochrześcijańską modlitwę za zmarłych, którą pierwsi wyznawcy przejęli z tradycji żydowskiej. Modlitwa ta była tak popularna, że pierwsi chrześcijańscy kamieniarze inspirowali się nią przy dekoracji sarkofagów. „Wybaw Panie, duszę sługi swego, jakoś wybawił Enocha i Eliasza od śmierci wspólnej wszystkim ludziom, jak wybawiłeś Noego z potopu, jakoś wyprowadził Abrahama z Ur, jakoś wyzwolił Hioba od cierpień jego…, jakoś wybawił Mojżesza z ręki Faraona, jakoś wybawił Daniela z jaskini lwów…, jakoś wybawił Dawida z rąk Saula i z rąk goliatowych…. Jakoś wybawił świętych Piotra i Pawła z więzienia…” I na końcu chciałoby się dopowiedzieć: Abyś nas wyzwolił z poczucia paraliżującego lęku, przed śmiercią, dzięki której będziemy mogli ujrzeć Twoje Oblicze. Amen.