poniedziałek, 3 lipca 2017

J 20,24-29

A po ośmiu dniach, kiedy uczniowie Jego byli znowu wewnątrz domu i Tomasz z nimi, Jezus przyszedł mimo drzwi zamkniętych, stanął pośrodku i rzekł: „Pokój wam!” Następnie rzekł do Tomasza: „Podnieś tutaj swój palec i zobacz moje ręce. Podnieś rękę i włóż ją do mego boku, i nie bądź niedowiarkiem, lecz wierzącym”. Tomasz Mu odpowiedział: „Pan mój i Bóg mój!” Powiedział mu Jezus: „Uwierzyłeś dlatego, ponieważ Mnie ujrzałeś. Błogosławieni, którzy nie widzieli, a uwierzyli”.

Często czytamy ten paschalny fragment Ewangelii  przez pryzmat „szkiełka i oka”. Wielu teologów w wątpliwościach Tomasza i chęci zobaczenia Chrystusowych ran, wyprowadzało dowód przeciwko sceptykom i rozgadanym krytykom chrześcijańskiej doktryny.  Ale Tomasz nie był niedowiarkiem, był w stu procentach wierzącym tak samo jak pozostali uczniowie którym dane było spotkać Mistrza. On zareagował w taki sposób jak każdy inny człowiek- chcę Go ujrzeć ! Czy to tak wiele ? Te rany są potrzebne Kościołowi, zabezpieczają pobożną teologię przed zapomnieniem o odkupieńczym akcie Chrystusa. Nitzsche przeklinał Krzyż jako ‘najgorsze ze wszystkich drzew”, ale to drzewo odcisnęło niezatarte ślady na ciele ukrzyżowanego Bogaczłowieka. Do niego był przytwierdzony bezradny i osamotniony Baranek. Z Krzyża nie przeklinał swoich oprawców, lecz błogosławił. Ostatnie słowa były potwierdzeniem miłości i przebaczenia. Rany pozostały ! To co budzi wstręt, najgorsze skojarzenia i ból- stało się stygmatami miłości. Kościół musi nieustannie wkładać palce w miejsce ran Chrystusa, aby móc zrozumieć ogrom Jego miłości i wielkość Zmartwychwstania. Lustiger pisał, że: „ukazanie się Jezusa zmartwychwstałego nie ma na celu zatarcia złych wspomnień Męki, na której zatrzymała się pamięć Apostołów… I z tym pozostali: trzeba o tym pamiętać.” Dzięki tym ranom odniesionym w boju, rozpoznamy Pana kiedy przyjdzie w Paruzji. Na końcu czasów otworzą się rany Zbawiciela-Sędziego i wytryśnie z nich miłość; dla jednych źródło życia wiecznego, dla innych niewyobrażalnego cierpienia. Chrystusowe rany są odpowiedzią na ludzką obojętność i pogardę. Rany są znakiem miłości, nawet wtedy kiedy tego nie rozumiemy i wydaje nam się to tak tragiczne, iż nie możliwe do przyjęcia. W tych znakach, podpierając się słowami starca Siluana z Athosu: „Bóg kocha wszystkich nieskończoną miłością”.

niedziela, 2 lipca 2017


Bracia: My wszyscy, którzy otrzymaliśmy chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć. Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my postępowali w nowym życiu – jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca. Otóż, jeżeli umarliśmy razem z Chrystusem, wierzymy, że z Nim również żyć będziemy, wiedząc, że Chrystus, powstawszy z martwych, już więcej nie umiera, śmierć nad Nim nie ma już władzy. Bo to, że umarł, umarł dla grzechu tylko raz, a że żyje, żyje dla Boga. Tak i wy rozumiejcie, że umarliście dla grzechu, żyjecie zaś dla Boga w Chrystusie Jezusie (Rz 6, 3-4. 8-11).

Chrzest jest najbardziej wyraźnym znakiem Paschy Chrystusa i pentakostalnego wymiaru Kościoła. Tertulian pisze: „Chrystus nigdy nie rozstawał się z wodą. On sam przyjął chrzest w wodzie; kiedy został zaproszony na wesele, rozpoczął prezentację swej siły poprzez wodę; kiedy głosił kazania, zaprasza spragnionych do uczestniczenia w jego wiecznej wodzie; kiedy naucza o miłosierdziu, wśród uczynków miłości wymienia zaoferowanie kubka wody sąsiadowi; wzmacnia swą siłę przy studni; chodzi po wodzie… Świadectwo chrztu kontynuowane jest aż do dnia Pasji. Kiedy zostanie skazany na ukrzyżowanie, znów pojawi się woda; a kiedy jego bok zostanie przebity, z rany wypływa woda.” Chrześcijanin rodzi się w tej materii. Wydarzenie chrztu w życiu każdego człowieka wierzącego jest wydarzeniem zbawczym w którym dynamiczna obecność Chrystusa i Ducha Świętego współtworzą nowego człowieka. „Właśnie w tej percepcji wody jako życia, śmierci i jako narodzenia na nowo tkwi jej sens w sakramencie chrztu- pisał A. Schmemann- Stojąc wokół chrzcielnicy, uczestnicząc w pobłogosławieniu wody, stajemy się świadkami nowego aktu jej przygotowania do nowego życia, do nowego stworzenia.” Katechumen wchodzi do basenu chrzcielnego jak do „płynnego grobu”- następuje antycypacja Paschy wraz z Chrystusem. Święty Jan Chryzostom w swojej katechezie mówi wyraźnie: „Czynność zejścia w wodę, a następnie wynurzenia się z niej symbolizuje zstąpienie do piekieł i wyjście stamtąd.” Chrzest zatem jest odrodzeniem, narodzinami i zmartwychwstaniem- partycypacją w wieczności Boga. Niezwykle ujmujące są wczesnochrześcijańskie opisy praktyki udzielania tego sakramentu. Katechumeni podchodzili do sadzawki chrzcielnej, która mogła mieć od dwóch do trzech metrów długości, metr do dwóch szerokości i około metra głębokości. Do dzisiaj zachowały się baptysteria w kształcie greckiego krzyża, gdzie po bokach były schody prowadzące do wody, a w wielu miejscach przestrzeń oddzielały kotary. Katechumeni wchodzili do basenu nago i zanurzali się w wodzie, podczas gdy biskup wypowiadał donośnie imię każdej osoby i recytował formułę chrzcielną: „Chrzczę cię w imię Ojca, i Syna, i Ducha Świętego.” Po czym ochrzczeni- christianitas- już należący do Chrystusa wychodzili z wody i byli namaszczani olejkiem i ubierani w białe szaty. Pięknie referuje dla nas sens duchowy tego rytu św. Grzegorz z Nyssy. Mówi o człowieku przed chrztem- przyodzianym niczym rajski i grzeszny Adam w tunikę ze skóry oraz zeschłych liści. Po chrzcie zmienia się wygląd człowieka, bowiem przyoblekł się w światłość, nieśmiertelność i niezniszczalność. „Czymś wielkim jest Chrzest- powie św. Cyryl Jerozolimski do katechumenów- jest okupem dla jeńców, odpuszczeniem grzechów, śmiercią winy, odrodzeniem duszy, świetlaną szatą, świętą i nienaruszalną pieczęcią, powozem do nieba, rozkoszą raju, prawem obywatelstwa w królestwie, darem dziecięctwa”. Kościół w swoim łonie rodzi „nowe ryby” i  daje nieustannie to, czym sam żyje- życiem z Boga !

piątek, 30 czerwca 2017

Mt 8, 1-4

Gdy Jezus zszedł z góry, postępowały za Nim wielkie tłumy. A oto podszedł trędowaty i upadł przed Nim, mówiąc: «Panie, jeśli chcesz, możesz mnie oczyścić». Jezus wyciągnął rękę, dotknął go i rzekł: «Chcę, bądź oczyszczony! » I natychmiast został oczyszczony z trądu. Jezus powiedział do niego: «Uważaj, nie mów o tym nikomu, ale idź, pokaż się kapłanowi i złóż ofiarę, którą przepisał Mojżesz, na świadectwo dla nich».

Wielokrotnie komentowałem ten fragment Ewangelii, zatrzymując się w jakimś ludzkim zachwycie nad postacią Chrystusa uzdrawiającego gromadzących się licznie chorych. „Zewsząd przybywali chorzy i opętani. Kładąc ręce na pierwszych, rozkazując drugim Jezus mnożył oznaki swej łaskawej dobroci, a także świadectwo swej potęgi… Zawsze dla dobra ludzi będzie używał mocy, która w Nim tkwi” (D. Rops). Bóg w Chrystusie pochylił się nad ludzkim cierpieniem, bezradnością i niemocą. Przechodził i ciągle przechodzi, kładąc dłonie na ludzi- obwieszczając miłość Ojca, wylewając na rany uzdrawiający balsam życia. Święty Jan Damasceński powie: „Wszystko to Pan wziął na  siebie, by wszystko uzdrowić”. Chrystus stał się „trędowatym”, aby przynieść pociechę ludziom przygniecionym ciężarem krzyża. Takim Go wymalował w scenie Ukrzyżowania Matthias Grunewald. Ciało Chrystusa konwulsyjnie powyginane, ciało naznaczone krwawiącymi i ropiejącymi ranami. Patrzymy na Skazańca w stanie największej agonii i fizycznego rozkładu. W tym przedstawieniu trędowaci, bezdomni, samotni w przeżywaniu cierpienia, odnajdywali odrobinę sensu życia. Spoglądali na Miłość, która posunęła się aż do wzięcia na swoje ramiona „trądu świata”- jego bólu i samotności wchodzenia w śmierć. Cierpiący Bóg stał się trędowatym dzieląc ich tragiczny los. Z miłości do ludzi, przeprowadza On swoją kenozę, umniejsza się, aż do zrzeczenia się na swój sposób natury już beznamiętnej, nieskazitelnej, nieśmiertelnej i przebóstwionej, by przyjąć naturę kruchą- wypełnioną niejednokrotnie łzami bezradności. Święty Jan z Karpatos napisze: „Wielki lekarz cierpiących jest blisko. Wziął On na siebie nasze choroby. On nas uzdrowił i uzdrawia swoją raną. Jest On tutaj, stosuje teraz zbawienne lekarstwa.” Zdumiewa mnie w tej scenie niezwykła skromność Jezusa, za każdym razem prosi ludzi, aby nikt nie mówił o tym kto jest sprawcą uzdrowienia. Uzdrowieni w przypływie radości, wdzięczności, nie są wstanie zachować tego faktu dla siebie. Wbrew woli uzdrawiającego rozbrzmiewają niczym pudło rezonansowe słowa uwielbienia: Zbawiciel mi to uczynił !

 

czwartek, 29 czerwca 2017

J 21, 15-19

Gdy Jezus ukazał się swoim uczniom i spożył z nimi śniadanie, rzekł do Szymona Piotra: «Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie więcej aniżeli ci?» Odpowiedział Mu: «Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham». Rzekł do niego: «Paś baranki moje».I znowu, po raz drugi, powiedział do niego: «Szymonie, synu Jana, czy miłujesz Mnie?» Odparł Mu: «Tak, Panie, Ty wiesz, że Cię kocham». Rzekł do niego: «Paś owce moje». Powiedział mu po raz trzeci: «Szymonie, synu Jana, czy kochasz Mnie?» Zasmucił się Piotr, że mu po raz trzeci powiedział: «Czy kochasz Mnie?» I rzekł do Niego: «Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, że Cię kocham». Rzekł do niego Jezus: «Paś owce moje.

Istotą chrześcijaństwa jest odpowiedź na miłość- zbawczą, wskrzeszającą, dokonującą na powrót scalenia, a nade wszystko przebóstwienia człowieka. „Miłość- oto droga, którą Chrystus do nas zstąpił, oto też droga, po której my do Niego wstępujemy”(św. Leon Wielki). Chrześcijaństwo wbrew obiegowym i historycznie zakonserwowanym opiniom, nie jest przymusem; dlatego to osobiste wyznanie miłości dokonuje się w głębi serca. Mieczysław Jastrun w jednym ze swoich esejów napisał: „Nie ma poczucia wolności bez poczucia wolności wyboru. Ale czy wolność wyboru jest całkowicie zależna od naszej świadomości ?” Tak naprawdę człowiek kocha, ponieważ nie potrafi inaczej- choć to „inaczej” może jest ściśle zależne od świadomości i dokonanego wyboru. Miłość ma przyklejoną niewidzialną etykietę o następującej treści: prawdziwa miłość jest darem zrodzonym z wolności. Wyznanie Piotra w czasie spotkania ze Zmartwychwstałym Panem, przeszło przez ogień doświadczenia- pewnie dlatego stanowi tak świadomą odpowiedź. Jego duchowa rehabilitacja dokonała się dzięki pełnemu miłości spojrzeniu Chrystusa. „Miłość sprawia, że rozumiemy wszystko: Boga i życie. Ona czyni z życia objawienie Boga”. Piotr na darmową miłość, odpowiada swoją potłuczoną, kruchą miłością: „Panie, Ty wszystko wiesz, Ty wiesz, ze Cię kocham”- mistyka serca- najbardziej dojrzały akt woli. „Miłość to coś najbardziej wolnego, co istnieje”- pisała Edyta Stein. Zrozumiał to dobrze Piotr, a wraz z nim całe rzesze innych, którzy narodzili się na nowo- odkrywając miłość Chrystusa.

 

środa, 28 czerwca 2017


Mt 7, 15-20

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Strzeżcie się fałszywych proroków, którzy przychodzą do was w owczej skórze, a wewnątrz są drapieżnymi wilkami. Poznacie ich po ich owocach. Czy zbiera się winogrona z ciernia albo z ostu figi? Tak każde dobre drzewo wydaje dobre owoce, a złe drzewo wydaje złe owoce. Nie może dobre drzewo wydać złych owoców ani złe drzewo wydać dobrych owoców. Każde drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, zostaje wycięte i wrzucone w ogień. A więc: poznacie ich po ich owocach».

Zbierając myśli do napisania komentarza do dzisiejszej Ewangelii, zadzwonił domofon w moim mieszkaniu. Oderwałem się od komputera i pobiegłem sprawdzić kto zaszczycił mnie swoją osobą. „Świadkowie Jehowy. Czy chciałby pan porozmawiać o Bogu ?”-usłyszałem w słuchawce. Zbili mnie z pantałyku i stali się namacalną ilustracją dzisiejszego słowa o fałszywych prorokach. Zbiegłem po schodach wertując w umyśle najodważniejsze i niepodważalne cytaty z Ewangelii. Dwóch młodych mężczyzn- gorliwych- przekonanych o słuszności swojej misji. Byli w moim przekonaniu jak uczniowie w drodze do Emaus, ale jeszcze nie poznali Chrystusa. Oczy i umysł na uwięzi… Przed klatką podjęliśmy intensywny „sparing teologiczny” o Chrystusie Bogu-człowieku. Moi adwersarze powielali przedawnione już argumenty przeciwko boskości Chrystusa; tym samym zaprzeczając obecności wspólnoty Osób jaką jest Trójca Święta. Już u początku Kościoła chrześcijanie zastanawiali się, czy Chrystus był rzeczywiście i w pełni człowiekiem, czy też jedynie „zdawał się” posiadać ludzkie ciało. Czy będąc człowiekiem rzeczywiście był prawdziwym Bogiem ? Przecież był jednym z nas; przeżywał chwile radości i smutku, cierpiał, nie był wolny od fizjologicznych potrzeb. A z drugiej strony był jakiś „inny”- emanował z Niego niewypowiedziany blask. Tak intensywnie promieniował boskością, że Piotr z towarzyszami na Taborze zaniemówili z wrażenia. Kiedy patrzył na ludzi i ich dotykał wszyscy byli poruszeni, zdumieni i niepotrafiący oderwać od Niego oczu. W Chrystusie Bóg naprawdę stawał się bliski, bliskimi też stawali się ludzie- opowiadałem im o tym, ale nie zdołali się przybliżyć do tej prawdy. Nie próbowałem bronić chrześcijaństwa jako to zawsze robię. Opowiadałem o Chrystusie, jak jest dla mnie ważny- Wcielony Bóg w centrum mojego zwyczajnego życia. Bóg mojej wiary, westchnień, pragnień… Codzienny Pokarm duszy- Przyjaciel ! Nie przekonałem ich o słuszności moich przekonań, ale pokazałem że wiara jest sensem mojego życia. Inaczej niż w przypadku innych dziedzin wiedzy, poznanie Boga zaczyna się od ruchu Boga w kierunku człowieka, co w języku teologii chrześcijańskiej nazwane jest łaską. Aby uwierzyć i przyjąć pewne twierdzenia, trzeba mieć łaskę- to pociągnięcie przez „niewidzialną dłoń”. „Bóg, który ukazał się w osobie Chrystusa, był tym samym Bogiem, który pojawił się przed Abrahamem, Izaakiem i Jakubem, przed Sarą, Rebeką i Rachelą, przed królami, prorokami i mędrcami. Chrześcijańskie Ewangelie nie są zawieszone w próżni- wraz z objawieniem Boga Izraelowi stanowią całość”- powie Robert Wilken. Patron dzisiejszego dnia św. Ireneusz z Lyonu, czynny apologeta wiary chrześcijańskiej i odważny szermierz w zwalczaniu licznych herezji pisał: „Pan nauczył nas, że nikt nie może poznać Boga inaczej niż przez Jego naukę. Bóg nie może być poznany bez Bożej pomocy.” Moim przedmówcom zabrakło Bożej pomocy i gruntownej znajomości teologii. Rozstaliśmy się kulturalnie, pieczętując dysputę uściskiem dłoni. Odszedłem wypełniony nadzieją, że kiedyś spotkają Prawdę. Kończę słowami Ireneusza: „Dla mnie jest Jezus Chrystus…, to krzyż Jego, Jego śmierć i zmartwychwstanie, i wiara którą otrzymujemy przez Niego”.

wtorek, 27 czerwca 2017


Mt 7, 6. 12-14

Jezus powiedział do swoich uczniów: «Nie dawajcie psom tego, co święte, i nie rzucajcie swych pereł przed świnie, by ich nie podeptały nogami, i obróciwszy się, nie poszarpały was samych.

W życiu chrześcijanina istnieje takie pragnienie aby "zbawić świat". Uczynienie świata lepszym- bardziej przenikniętym duchem Chrystusowej Ewangelii jest czymś jak najbardziej pożądanym i słusznym, choć wymaga niejednokrotnie trzeźwego osądu działania. W chrześcijaństwie są sprawy i tajemnice tak cenne jak ewangeliczne perły; nie powinny być na wyciągniecie dłoni dla tych, którzy nie uczynili minimum wysiłku żeby na nie zasłużyć. Perły o których mówi Chrystus są obrazem królestwa Bożego- najwspanialszej nagrody która ostatecznie wieńczy człowieczy trud. Perła w przekonaniu Ojców Kościoła, symbolizuje również tajemnicę Wcielenia, bliskość Boga w Chrystusie. Nie chodzi tu o jakiś źle rozumiany ekskluzywizm chrześcijaństwa, ale o pewien trud który trzeba doświadczyć, aby otrzymać zasłużoną nagrodę. Perły nie są dla ludzi łapczywych, obojętnych, głoszących religijne komunały, czy wygodnie usadowionych na fikcyjnym krzyżu spokojnej egzystencji. Perły są dla wypróbowanych świadków, dla tych których słowa mają potwierdzenie w życiu, a serce zostało opieczętowane stygmatem miłości; których wiara emanuje siłą przyciągania. Właścicielami pereł są ci, na których twarzach rozbłyskuje blask dokonanego już zwycięstwa zmartwychwstałego Chrystusa. Ludzie obdarzeni geniuszem, odważni, a przy tym pokornie dźwigający na swoich ramionach świat przeciętnych i wypalonych przez pustkę braci. „Aż do końca świata trzeba będzie walczyć z głupotą i nienawiścią, z siłami nicości- powie O.Clement- lecz tych, którzy się nie zniechęcą- wiedząc, że chwała i sława narodów muszą wejść do nowego Jezruzalem- „niebiosa” nie przestaną ogarniać w najtajniejszej części ich istoty, „w sercu”, powołanym by oglądać Boga”. W końcu perły to spełnienie w miłości Kochającego- „Jak oblubieniec raduje się oblubienicą, tak Bóg twój radować się będzie tobą !”

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Rdz 12, 1-9

Pan Bóg rzekł do Abrama: «Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca do kraju, który ci ukażę. Uczynię bowiem z ciebie wielki naród, będę ci błogosławił i twoje imię rozsławię: staniesz się błogosławieństwem. Będę błogosławił tym, którzy tobie błogosławić będą, a tym, którzy tobie będą złorzeczyli, i Ja będę złorzeczył. Przez ciebie będą otrzymywały błogosławieństwo ludy całej ziemi». Abram udał się w drogę, jak mu Pan rozkazał, a z nim poszedł i Lot. Abram miał siedemdziesiąt pięć lat, gdy wyszedł z Charanu. I zabrał Abram z sobą swoją żonę, Saraj, swego bratanka, Lota, i cały dobytek, jaki obaj posiadali, oraz służbę, którą nabyli w Charanie, i wyruszyli, aby się udać do Kanaanu…

Abraham jest jedną z najbardziej fascynujących postaci Starego Testamentu. Teologia osnuła postać wielkiego Patriarchy mnóstwem barwnych interpretacji i widziała w nim par excellence Ojca wiary Izraela, a tym samym również typem Chrystusa. Abraham zwany Abramem, miał rzekomo pochodzić z Ur chaldejskiego- sumeryjskiego miasta w Mezopotamii. Ze swoim ojcem Terachem, żoną Saraj i bratankiem Lotem wyruszył on w górę Eufratu i dotarł do Haranu. W Haranie objawił się Abramowi Bóg i polecił mu udać się do Kanaanu, gdzie wedle Bożej zapowiedzi miał założyć wielki naród. Taką najbardziej znaczącą cechą Patriarchy jest wiara i posłuszeństwo. Wyrzekł się bowiem bałwochwalstwa i uwierzył w jedynego Boga. Tradycja muzułmańska określa Go pochlebnie „Przyjacielem Boga”- El-Chalil. „Abraham jest prototypem każdego człowieka wierzącego i ufającego Bożemu słowu. Musi on pytać wciąż na nowo, dokąd prowadzi mnie wędrówka. Nie zawsze znajduje właściwą drogę. Gubi się i błądzi. Odkrywanie sensu tajemnicy dokonuje się pośród poszukiwań i rozczarowań. Wierzyć to być w drodze, niosąc zdumiewającą i niezrozumiałą często obietnicę Boga” (W. Hryniewicz). Człowiek współczesny też jest w jakiś sposób nomadą- wędrując pomiędzy obojętnością, negacją i niewiarą nieprzychylnych ludzi. Zmieniają się czasy, ale wyzwania i przynaglenie Boga do wyjścia jest tak samo silne. Święty Paweł wyda Abrahamowi odpowiednią rekomendację: „iż wbrew nadziei uwierzył nadziei” (Rz 4,18). Święty Grzegorz z Nyssy widzi w Abrahamie obraz człowieka, który, nie zadając pytań, wyrusza ku tajemniczym głębiom Boga. „Ludzie zadają jednak pytania, a zwłaszcza domagają się dowodów, ale dowody ranią prawdę i Pan ich odmawia”. Wiara jest często odpowiedzią człowieka na pozornie szaloną przygodę która zainicjowana przez Boga, staje zrozumiała dopiero po jakimś czasie. W sztuce postać Abrahama była eksplorowana przez całe wieki. Najczęściej przedstawiano jako starca. Sztuka bizantyjska wyeksponowała świętego męża w wielu programach mozaikowych poczynając od Santa Maria Maggiore, aż po przedstawienia w katedrze Monreale, Cappella Palatina czy San Marco w Wenecji. Zawsze mnie urzekają sceny związane z gościnnością Abrahama, gdzie sędziwy starzec przyjmuje pod swój dach Boga w postaci trzech tajemniczych wędrowców. „Abraham spostrzega trzech aniołów i jednemu oddaje cześć”- powie sentencja tłumacząca scenę mozaiki z Palermo. W tym jednym z nieznajomym zdaje się jakoby Abraham rozpoznał Chrystusa. „Abraham, oddany wiernie Bogu- powie w swoim komentarzu św. Ambroży- gorliwy i gotów, by Mu służyć, okazując gotowość na przyjęcie gości, oglądał Trójcę w Jej obrazie: przyjmując trzech i oddając cześć jednemu, połączył gościnność ze służbą Bogu. I zachowując rozróżnienie między Osobami, dał on niejako jednemu imię „Pan”, trzem jedna cześć oddając i uznając jedną potęgę”.