W przeddzień
uroczystości wszystkich Świętych, chciałbym scharakteryzować oblicza świętości.
Sacrum- sanctus – świętość jest tą
rzeczywistością która jednych zawstydza, onieśmiela, a jeszcze innych wprawia w
zakłopotanie lub bulwersuje. „Twoje światło, o Chryste, lśni na twarzach Twoich
świętych.” Świętość jest maksymalnym człowieczeństwem; transparencją i cudowną
opowieścią heroicznych ludzi którzy zakochali się w Bogu do szaleństwa. Stali
się oni lustrami w których Jego blask, miłość i piękno odbija się w całym
bogactwie treści. Święci są wielkim i mieniącym się złotem „ikonostasem
świątyni”, obwieszczającym obecność Chrystusa Przyjaciela i Zbawiciela człowieka.
Miał rację Rudolf Otto, pisał jakby intuicyjnie (badając wyżyny duchowości) o
mistykach których „nieśmiałość staje się oddaniem”- intymnością spotkania,
powiewem Ducha w receptywnej, przeistoczonej Ogniem duszy. W starożytnym
chrześcijaństwie każda wspólnota była „Kościołem świętych,” komunią przyjaciół
Oblubieńca który otworzył ranę swego boku i rozlał obficie miłość. Agape społeczności przechadzającej się w
radości paschalnej i obwieszczającej światu, że Pan żyje ! Świętość splatała
się z prozą życia, przenikała tkankę rodzin, poszczególnych osób i emanując
siłą dobra przemieniała życie tych, których oczy zagarnął blask przemieniającej
światłości. „Miłość jest bezgraniczna”- jak powtarzał Mnich Kościoła
Wschodniego. Ta bezgraniczność przyciągała rzesze kobiet i mężczyzn do
radykalizmu ewangelicznego; wzlotu ponad przeciętność, świadectwa
proklamowanego na dachach świata: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie
Chrystus.” Liturgia bizantyjska nazywa „apostołami apostołów” kobiety niosące
wonności do grobu, pierwsze które spotkały Zmartwychwstałego i obwieściły o tym
światu. „Cała teologia żywi się epoką sięgającą od apostołów aż po
średniowiecze- pisał H.U. Balthasar- epoką w której wielcy teologowie byli
świętymi. Tutaj życie i nauka, ortopraksja i ortodoksja interpretowały się
wzajemnie, zapładniały się i rodziły jedna drugą. W nowszych czasach teologia i
świętość rozwijały się różnymi torami, z wielką szkodą dla obydwóch.” Tylko
męczeństwo- starożytne i współczesne- stało się pierwszą formą świętości nasyconego
dynamizmem rezurekcyjnym Kościoła. Pierwsi chrześcijanie zignorowali śmierć,
śmiali się jej w oczy. Obłaskawiali swoich prześladowców szaleństwem radości,
oddania i przebaczającej miłości. Atleci ducha wymieniający między sobą
pocałunek pokoju, aby w objęcia śmierci wejść pojednanymi z Tym, który umiłował
ich do końca. Jakże potężne i wzruszające jest świadectwo młodej chrześcijanki
Felicyty, która będąc wstanie błogosławionym nie bała się oddać swego życia.
Miała być rzucona z rzeszą innych wyznawców na pożarcie dzikich zwierząt. Jakże
głębokie są jej słowa świadectwa: „Teraz ja cierpię sama, ale tam będzie we
mnie cierpiał ktoś Inny, gdyż ja będę cierpiała za Niego.” Męczennicy stali się
ziarnami Kościoła rzuconymi w nieurodzajną glebę świata. Stali się „gronami
winnicy Bożej, których winem pijany jest Kościół”(Rabula z Edessy). W świętych Kościół staje się sakramentalnym
wydarzeniem przejścia Boga- Jego obdarowania, charyzmatycznej dyspozycyjności,
uzdrawiającej mocy, podniesienia z brudu grzechu. W zlaicyzowanym świecie
świętość staje się tematem złośliwych kpin, uśmiechów, wątpliwości i
niedowierzania. Patrzymy na świętość szablonowo- a na świętych jako
wykadrowanych z ikon- legendarnych herosów, których niesie legenda mitycznej
zgoła nadprzyrodzoności. Musimy zdjąć ten kostium pieszczotliwej
wyobraźni. Ponieważ oni byli nami, tak
jak my możemy stać się nimi. Ludzie z krwi i kości- pełni słabości i upadków,
które pokonywali niczym milowe kamienie w pocie czoła i łez. To ci, którzy ze
swoimi brakami i karkołomnymi słowami, weszli w świat Boga i opowiadali o nim
tak fascynująco- że życie innych zaczęło mienić się promieniami słońca. „To
bardzo ważne, żeby istnieli ludzie, dzieła i miejsca, które pytają o tajemnicę
egzystencji, o tajemnicę Boga”(O. Clement). Święci są obok nas, kiedy
pokonujemy codzienną drogę do pracy. „Człowiek w innych ludziach”(B.
Pasternak). Święci są wśród nas- matki i ojcowie, mnisi, duchowni, młodzi i
starzy- pełni mistycznych doznań o twarzach świetlistych i sercach bijących
delikatnością. Przed ich spojrzeniem nie można się schronić. Burzyciele sumień
wyhartowani w ogniu cierpliwości i pokory. Cudowni ludzie, biegnący ile tchu
pod prąd świata, których „życie wewnętrzne stanowi najgłębsze i najczystsze
źródło szczęścia”(Edyta Stein). Potrzeba nam dzisiaj takich świadków, których
życie będzie roztaczało aurę wieczności. Ludzie modlitwy dźwigający na swoich
barakach świat i czyniący z niego wspaniałą katedrę ducha- proklamujący Dzień Pański. Uczymy się od nich nieporadnie życia godnego
nieba. czwartek, 31 października 2019
W przeddzień
uroczystości wszystkich Świętych, chciałbym scharakteryzować oblicza świętości.
Sacrum- sanctus – świętość jest tą
rzeczywistością która jednych zawstydza, onieśmiela, a jeszcze innych wprawia w
zakłopotanie lub bulwersuje. „Twoje światło, o Chryste, lśni na twarzach Twoich
świętych.” Świętość jest maksymalnym człowieczeństwem; transparencją i cudowną
opowieścią heroicznych ludzi którzy zakochali się w Bogu do szaleństwa. Stali
się oni lustrami w których Jego blask, miłość i piękno odbija się w całym
bogactwie treści. Święci są wielkim i mieniącym się złotem „ikonostasem
świątyni”, obwieszczającym obecność Chrystusa Przyjaciela i Zbawiciela człowieka.
Miał rację Rudolf Otto, pisał jakby intuicyjnie (badając wyżyny duchowości) o
mistykach których „nieśmiałość staje się oddaniem”- intymnością spotkania,
powiewem Ducha w receptywnej, przeistoczonej Ogniem duszy. W starożytnym
chrześcijaństwie każda wspólnota była „Kościołem świętych,” komunią przyjaciół
Oblubieńca który otworzył ranę swego boku i rozlał obficie miłość. Agape społeczności przechadzającej się w
radości paschalnej i obwieszczającej światu, że Pan żyje ! Świętość splatała
się z prozą życia, przenikała tkankę rodzin, poszczególnych osób i emanując
siłą dobra przemieniała życie tych, których oczy zagarnął blask przemieniającej
światłości. „Miłość jest bezgraniczna”- jak powtarzał Mnich Kościoła
Wschodniego. Ta bezgraniczność przyciągała rzesze kobiet i mężczyzn do
radykalizmu ewangelicznego; wzlotu ponad przeciętność, świadectwa
proklamowanego na dachach świata: „Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie
Chrystus.” Liturgia bizantyjska nazywa „apostołami apostołów” kobiety niosące
wonności do grobu, pierwsze które spotkały Zmartwychwstałego i obwieściły o tym
światu. „Cała teologia żywi się epoką sięgającą od apostołów aż po
średniowiecze- pisał H.U. Balthasar- epoką w której wielcy teologowie byli
świętymi. Tutaj życie i nauka, ortopraksja i ortodoksja interpretowały się
wzajemnie, zapładniały się i rodziły jedna drugą. W nowszych czasach teologia i
świętość rozwijały się różnymi torami, z wielką szkodą dla obydwóch.” Tylko
męczeństwo- starożytne i współczesne- stało się pierwszą formą świętości nasyconego
dynamizmem rezurekcyjnym Kościoła. Pierwsi chrześcijanie zignorowali śmierć,
śmiali się jej w oczy. Obłaskawiali swoich prześladowców szaleństwem radości,
oddania i przebaczającej miłości. Atleci ducha wymieniający między sobą
pocałunek pokoju, aby w objęcia śmierci wejść pojednanymi z Tym, który umiłował
ich do końca. Jakże potężne i wzruszające jest świadectwo młodej chrześcijanki
Felicyty, która będąc wstanie błogosławionym nie bała się oddać swego życia.
Miała być rzucona z rzeszą innych wyznawców na pożarcie dzikich zwierząt. Jakże
głębokie są jej słowa świadectwa: „Teraz ja cierpię sama, ale tam będzie we
mnie cierpiał ktoś Inny, gdyż ja będę cierpiała za Niego.” Męczennicy stali się
ziarnami Kościoła rzuconymi w nieurodzajną glebę świata. Stali się „gronami
winnicy Bożej, których winem pijany jest Kościół”(Rabula z Edessy). W świętych Kościół staje się sakramentalnym
wydarzeniem przejścia Boga- Jego obdarowania, charyzmatycznej dyspozycyjności,
uzdrawiającej mocy, podniesienia z brudu grzechu. W zlaicyzowanym świecie
świętość staje się tematem złośliwych kpin, uśmiechów, wątpliwości i
niedowierzania. Patrzymy na świętość szablonowo- a na świętych jako
wykadrowanych z ikon- legendarnych herosów, których niesie legenda mitycznej
zgoła nadprzyrodzoności. Musimy zdjąć ten kostium pieszczotliwej
wyobraźni. Ponieważ oni byli nami, tak
jak my możemy stać się nimi. Ludzie z krwi i kości- pełni słabości i upadków,
które pokonywali niczym milowe kamienie w pocie czoła i łez. To ci, którzy ze
swoimi brakami i karkołomnymi słowami, weszli w świat Boga i opowiadali o nim
tak fascynująco- że życie innych zaczęło mienić się promieniami słońca. „To
bardzo ważne, żeby istnieli ludzie, dzieła i miejsca, które pytają o tajemnicę
egzystencji, o tajemnicę Boga”(O. Clement). Święci są obok nas, kiedy
pokonujemy codzienną drogę do pracy. „Człowiek w innych ludziach”(B.
Pasternak). Święci są wśród nas- matki i ojcowie, mnisi, duchowni, młodzi i
starzy- pełni mistycznych doznań o twarzach świetlistych i sercach bijących
delikatnością. Przed ich spojrzeniem nie można się schronić. Burzyciele sumień
wyhartowani w ogniu cierpliwości i pokory. Cudowni ludzie, biegnący ile tchu
pod prąd świata, których „życie wewnętrzne stanowi najgłębsze i najczystsze
źródło szczęścia”(Edyta Stein). Potrzeba nam dzisiaj takich świadków, których
życie będzie roztaczało aurę wieczności. Ludzie modlitwy dźwigający na swoich
barakach świat i czyniący z niego wspaniałą katedrę ducha- proklamujący Dzień Pański. Uczymy się od nich nieporadnie życia godnego
nieba. wtorek, 29 października 2019
Przemijanie, kruchość i
śmierć, będą stanowiły w najbliższych dniach dla wielu przechadzających się po
cmentarzach ludzi- ważny temat do rozmyślania. Mądrość Talmudu powie: „Anioł
śmierci ma mnóstwo oczu, nikt śmierci nie ujdzie. Gdy Anioł Śmierci otrzymuje
zezwolenie, nie rozróżnia miedzy sprawiedliwymi i złoczyńcami.”Czas który tak
intensywnie przeżywają chrześcijanie jest próbą wyzwolenia się z lęku przed
śmiercią; jej paraliżującymi objęciami i nieuniknionym nadejściem w trudnym do
określenia czasie. „Zatem to życie ludzkie wydaje się krótką chwilą, wszakże o
tym, co nastąpi, nie wiemy zgoła nic” – prowokacyjnie wyzna Beda Czcigodny.
Chcielibyśmy to odczucie wykadrować z czasu- porzucić, zapomnieć, wyprzeć,
wyeliminować ze świadomości. Heraklit z Efezu przekonywał, „że jest w nas
jednocześnie życie i śmierć, jawa i sen, młodość i starość, które wzajemnie się
zmieniają.” Śmierć przychodzi nagle, niespodziewanie, skrada się i wdziera jak złodziej w momencie dla niej najbardziej
dogodnym, a dla człowieka zaskakującym. Konfrontacja z nią rodzi spektrum
różnych postaw i odczuć. „Ponad wszystko inne boimy się teraz śmierci i
zmarłych. Jeśli w jakiejś rodzinie ktoś umrze, powstrzymujemy się przed
napisaniem do nich, przed udaniem się tam, nie wiemy, co o niej, o śmierci
powiedzieć”- pisał A. Sołżenicyn. Myślę, że większość ludzi w pewnym momencie
swojego życia podejmuje jednak twórczą refleksję nad tą rzeczywistością.
Przychodzi to z wielkim trudem i często łzy przejmują rolę słów nakreślających
towarzyszące ludziom emocje. Długo wypieramy ze świadomości jej obecność, ale
przychodzi taka chwila w której nie można się do niej odwrócić plecami i
schować niczym dziecko w bezpiecznym miejscu przeczekania. Wielu obawia się
nadejścia tego tajemniczego gościa, przechodząc przez doświadczenie choroby,
bólu, samotności, czy utratę wiary w obecność tych którzy powinni przy nas być,
a ich nie ma. Jakże dramatyczne zdają się słowa Ciorana sytuującego człowieka
pomiędzy śmiercią a wiecznością, tak upragnioną- a odległą: „Istnieje wieczność
prawdziwa, pozytywna, rozciągająca się poza czasem i istnieje też inna,
negatywna, fałszywa, która mieści się po jego
jednej stronie i ta w której giniemy daleko od zbawienia.” Ewangelia
czytana przez chrześcijan w czasie otwiera serca i oczy na
nadzieję pełną nieśmiertelności. Krzyż na który spoglądamy jest
najbardziej dramatycznym znakiem śmierci, staje się jednocześnie kluczem
otwierającym portal wieczności; wyjaśniającym tym samym prawdę o ludzkiej
nieśmiertelności i przeznaczeniu do życia w Bogu. „Przez krzyż przychodzi na
świat radość zmartwychwstania”- głosi z euforią paschalną jeden z tekstów
liturgicznych. Po zwycięstwie Chrystusa na krzyżu, zdeptaniu paraliżującego
świat lęku przed unicestwieniem –
chłodem i ciemnością śmierci, chrześcijaństwo postrzega wszystko w pełni
życia- duchowej wiosny, gdzie w centrum Raju na nowo rozkwita drzewo życia.
„Tylko chrześcijaństwo akceptuje tragizm śmierci i spogląda jej prosto w twarz,
ponieważ Bóg przechodzi tę drogę po to, by ją unicestwić, a wszyscy idą za Nim”
(P. Evdokimov). Thanatos już nie zagląda tragicznie człowiekowi w oczy, ale
jest zawstydzony, bowiem odebrana została mu władza nad śmiertelnikiem. Lęk
został unicestwiony bezpowrotnie. Ludzie podtrzymujący blask lampy oliwnej
wejdą radośnie w świetlisty tunel; uczepią się skrzydeł anielskich i na skraju
mroku ujrzą strugę światła, którą tak fantazyjnie wymalował Bosch. Człowiek
wiary nie stoi już na krawędzi otchłani, widzi okiem wewnętrznym „miejsce
ochłody, nasycenia i radości.” Proklamuje to troparion śpiewany w czasie
liturgii Wielkiego Piątku: „W grobie ciałem, w otchłani duszą jako Bóg, w raju
zaś z łotrem, na tronie z Ojcem i Duchem byłeś Chryste, wszystko napełniający,
Ty którego żadne słowo opisać nie może.” Drogą chrześcijanina jest
urzeczywistnione i przekraczające zawiasy czasu zmartwychwstanie. „W cudzie
zmartwychwstania nie ma przymusu dowodu- powie M. Bierdiajew- nie można o nim
widzieć, odkrywa się on temu, kto uwierzył i pokochał.” Wiara wyzwala z lęku i
sprawia że z oczu spadają łuski, a horyzont który staje się dostrzegalny jest
nowym porankiem w czasie którego wschodzi Słońce Życia. „I jak w Adamie wszyscy
umierają, tak też w Chrystusie wszyscy będą ożywieni” (1Kor 15, 22).
sobota, 26 października 2019
Bardzo wiele miejsca w
moich wcześniejszych rozważaniach poświęciłem filozoficzno-teologicznemu i
artystycznemu pojmowaniu piękna. Chciałbym tym razem zatrzymać się na
obecnością prawdy w kulturze. Obszerna epistemologia próbowała zrozumieć
rzeczywistość prawdy i naświetlić ją z różnych perspektyw- w mniej lub bardziej
udany sposób. Filozofowie rozgrzewali umysły; łamali pióra próbując rozwikłać
odwiecznie istniejące napięcie pomiędzy fałszem a prawdą, penetrując świat otaczającej
ich egzystencji, religii i sztuki. Od nasyconych blaskiem słońca greckich
akademii po idealistyczną filozofię współczesnych zagajników wiedzy,
rozprawiano o prawdzie- niczym o najpiękniejszej z kobiet panteonu etyki i jej powabnej
siostry estetyki. Już sam Platon artykułował prawdę jako wyzwolenie się
człowieka od pozorów- to znaczy od świata cieni, ku blaskowi promieni rozgrzewających
umysł szlachetnością oglądu rzeczywistości w całej pełni. A Ezop wytrawny
moralista przekonywał: „Marne jest życie ludzi, którzy kłamstwo stawiają wyżej
od prawdy.” Istnieje słuszne założenie, że każde społeczeństwo zanurzone w
falach własnej historii kształtuje swoją własną ideę prawdy, szukając jej
często po omacku i łapczywie. Już warstwa filologiczna słowa prawda implikuje fascynujących wachlarz
sensów i znaczeń. Hebrajski czasownik aman,
z którego wyłoniło się słowo emet, wskazuje
naprawdę przez pryzmat słownego fryzu określającego cnoty takie jak: odwaga,
pewność siebie lub bycie godnym zaufania. Prawda zatem stanowi fundament tego,
co jest trwałe i wypróbowane- gwarantujące poczucie stabilności. Takie myślenie
towarzyszyło ludziom wychowanym w kulturze Biblii, postrzegających prawdę jako niezachwianą
obecność Boga „On wypełnia wszystko i jest wszystkim”(Kabała). Dla Greków,
którzy byli bardziej sceptyczni słowo altheia,
którego używali na określenie prawdy, było grą dwóch jakby wykluczających
elementów, połączenia partykuły a oraz
lethos – zapomniany, ukryty. Prawda jest
więc tym, co człowiek odkrył, czego się nauczył. Nie bez przyczyny nad wejściem
do świątyni w Delfach widniała sentencja: „Poznaj człowieku samego siebie”-
inaczej mówiąc, poznaj siebie w świetle prawdy. Ta postawa jest diametralnie
różna od łacińskiego veritas lub
słowiańskiemu wiera- co jednoznacznie
wskazuje na rzeczywistość tajemnicy lub przenosi nas w sferę intuicji wiary. „Słodko
i przyjemnie jest mówić prawdę”- odpowiada w powieści Bułhakowa Mistrz i Małgorzata Piłatowi Joszua Ha-
Nocri. Żyjemy w świecie w którym fałsz serwuje się jako prawdę; tak bardzo
przekonująco że jesteśmy skorzy ją przyjąć za coś pewnego i niepodważalnego. Fałsz
stał się towarem na sprzedaż- sowicie opłacanym i wydestylowanym w instytucjach
zaufania społecznego. Mamy dzisiaj do czynienia z utylitarną etyką i płytką
moralnością żłobiącą umysły i serca ludzkie. Prawdy nie rozpatruje się już
organem jakiem jest sumienie, lecz rozrzedza się w nurcie adekwatnej do danej
sytuacji chwili. „Istnieje społeczne nagromadzenie się fałszu, przekształcające
się w normę społeczną”(M. Bierdiajew). Ludzie projektują nieprawdę o swoim
życiu, rodzinie, osiągnięciach zawodowych czy naukowych. „Tajemnica: słowo,
którym posługujemy się, aby zwodzić innych, wmawiać im, że jesteśmy od nich głębsi”
(E. Cioran). Chowają się jak ślimak w skorupie nieprawdziwych urojeń, aby nie
odpaść od zachłannego i przeświadczonego o swojej wyjątkowości stada. „Wnętrze
jest dla człowieka prywatnego całym wszechświatem. Gromadzi w nim wszystko, co
dalekie i przyszłe. Jego salon to loża w teatrze świata” (W. Benjamin). Ta „loża”
to również miejsce decyzji- zakłamywania rzeczywistości lub poruszania się w
blasku prawdy. W środku tej biegunowości stoi rozdarty człowiek ! Jeżeli poruszamy
się w ludzkiej egzystencji, to nie można pominąć obecności prawdy w kulturze. „Odprawiałbym
wielkie, radosne święto, gdyby samo życie albo czyjeś przekonujące argumenty
wykazały mi, że się mylę” (K. Leontjew). Pojęcie prawdy w sztuce było od zawsze
silnie powiązane z mądrością, jako przenikliwością myślenia towarzyszącą
podejmowanym aktom twórczym. Już Hegel pisał: "Powołaniem sztuki jest ujawnianie prawdy." Prawda jest również silnie spleciona z wolnością,
której granica przechodzi przez wnętrze twórcy. Jeżeli dzisiejszy artysta
twierdzi, że w sztuce wszystko wolno- to w moim przekonaniu mija się z prawdą;
zakłamuje ją na użytek dobrze sprzedającego się towaru, czy skandalu mającemu
na celu podnieść słupki artystycznej rozpoznawalności. „Sztuką jest wszystko,
co za sztukę zostanie uznane.” Mamy więc do czynienia z relatywizującą
aktywnością twórcy. „Sztuka, jeśli chcesz znać jej definicję, jest działaniem
kryminalnym, ponieważ nie stosuje żadnych reguł”(J. Cage’a). Buntownicze
proklamowanie własnej, często bluźnierczej wolności. W tym zapętleniu trudno o
jasność postrzegania i wiarygodności. Człowiek rezygnuje z wielkich idei które
niegdyś zapładniały sztukę, stanowiły jej życiodajne soki, otwierały na
transcendencję. „Sztuka jako jasność wnętrza osoby” (Mu Xin). Jedynym remedium na ten stan rzeczy jest powrót
do rozumienia sztuki jako „przestrzeni uzupełniania braków” której wypadkową
jest ostatecznie piękno. "Istotna piękność, czy na płótnie, czy w marmurze, czy w poezji, niczym innym, jeno kształtem zewnętrznym prawdy"(Krasiński). Być może jest to właściwy czas, aby zawrócić i
rozważyć te rzeczywistości w świetle Ewangelii „poznacie prawdę, a prawda was
wyzwoli”- mówił Chrystus do ludzi łaknących prawdy. „Miłość jest bramą poznania
(gnozy)”- przekonywał Ewagriusz z Pontu. Miłość jest źródłem prawdy, być może
jedynym impulsem przekonującym człowieka do powrotu na ścieżkę prawdy. Na
koniec pouczenie świętego Augustyna: „Prawda nigdy się nie starzeje, nigdy się
nie zmienia, nigdy nie przestaje być prawdą, a w obliczu wszelkich przeszkód,
wykrętów, matactw i złorzeczeń zawsze tylko wzrasta i wzrasta.”
piątek, 25 października 2019
A
gdy schodzili z góry, przykazał im, aby nikomu nie rozpowiadali o tym, co
widzieli, za nim Syn Człowieczy nie powstanie z martwych
(Mk 9, 9).
Przemienienie Chrystusa
na górze Tabor było jedynie preludium do tego, co miało się wydarzyć w
najbliższej przyszłości. Bóg ujawnił się w swoich energiach i rozszerzył obszar
swojej obecności o tych uprzywilejowanych i oszołomionych świadków. Na szczycie
zrozumieli uczniowie, że wydarzenie utkane z czasu, przestrzeni i obecności emanującego
światłem Chrystusa jest zapowiedzią czegoś o wiele większego. Wszystkie
dotychczasowe momenty które mogły wydawać się jakąś emocjonalną aberracją,
niedowierzaniem czy powątpiewaniem- zostały napełnione sensem Obecności Jehoszuah.
Apostołowie weszli w epicentrum światła, ich zmysły nie mogły wytrzymać tego
nasycenia- energetyczności oglądu, a dusze nasyciły się szczęściem. Chcieli
stawiać namioty- pozwolić chwili trwać: „Dobrze, że tu jesteśmy”- woła
podekscytowany Piotr. Wstępowanie było fascynujące i mistagogiczne, ale zejście
może przysparzać już wiele trudności. Pobyt na górze trwał dosłownie chwilę-
kilka minut które zdawały się błogosławioną wiecznością- Chrystus, czyli to, co
„świat ma najpiękniejszego”- pisał W. Sołowjow. Teraz trzeba zejść na dół- stać
się częścią niziny, chropowatej ziemi, obszaru zmagań i cierpienia- krzyża. „Tam
gdzie Bóg znika, pojawia się nicość”(B. Welte). Zejście w nicość i obojętność
świata, staje się odważnym wyzwaniem dla tych, których oczy zaiskrzyły się od
nadmiaru światła i boją się „ciemności” w bliskości własnego teraz. Bezsilność wątpiących
! „W sytuacjach granicznych albo ukazuje się nicość, albo też daje się odczuć
to, co jest naprawdę, pomimo i ponad wszelkim znikającym byciem w świecie”(K.
Jaspers).Pozostaje na dnie duszy jedynie nadzieja, że po paschalnej nocy, wzejdzie jeszcze intensywniej promieniujące boskością
Słońce. „Jak święta i uroczysta jest ta noc zbawienia- wyśpiewa liturgia –
Jasna zwiastunka promiennego dnia Zmartwychwstania. W niej światłość bezczasowa
z grobu cieleśnie wszystkim świeci.” Jego światłość przenika ściany zapieczętowanego
groby. Każda szczelina przepuszcza strugę życia, po chwili detonuje kamienny
głaz.. Soteriologia paschalis- nie
można zrozumieć zmartwychwstania Pana bez Jego odkupieńczej śmierci. Jego
śmierć miała stać się etapem zbawczej drogi ku uwielbieniu- świetlistości wielkanocnego
poranka. „Pochłonęło śmierć zwycięstwo”(1Kor 15,54). Przezwyciężony zostaje
tragiczny wymiar ludzkiej egzystencji, od tej pory wszystko zostaje napełnione
światłością. Na każdej ikonie Anastasis ukazany
jest pełen dynamizmu Chrystus- Piorun, intensyfikujący w sobie maksimum
świetlistości. Pan życia czyniący z otchłani piekieł – świat skąpany w świetle.
Silny i zdecydowanym ruchem dłoni wyrywa z piekieł zdumionych Adama i Ewę. „I samo
piekło staje się Kościołem”(H.U. Balthsar), miejscem przeistoczonym w którym nieobecność-
staje się jutrzenką.
środa, 23 października 2019
Bóg
przychodzi z Temanu, Święty z góry Paran. Majestat Jego okrywa niebiosa, a
ziemia pełna jest Jego chwały. Wspaniałość Jego podobna do światła, promienie z
rąk Mu tryskają, w nich to ukryta moc Jego (Ha 3, 3-4).
Myślę, że sztuka niesie
w sobie powiew wolności i świetlistości. Wyzwala człowieka od powszedniości,
bylejakości, kultury przyziemnych i banalnych doznań. Sztuka ratuje nas od
powierzchowności i obojętności na piękno, które niekiedy krzyczy, aby ktoś je
wreszcie dostrzegł. W sztuce zawiera się intensywność pierwiastka
dionizyjskiego i prometejskiego, a nade wszystko pulsowanie wieczności- które
chrześcijaństwo rozumie jako Paschę- czyli przejście ku światu przebóstwionemu.
Nie postrzegam jej roli jako błyskotliwego traktatu metafizycznego, czy rzeczywistości
tak uwodzącej zmysły, że może stanowić ucieczkę od otaczającej nas
rzeczywistości; choć taka pokusa rzecz jasna istnieje. Jestem przekonany na
swój sposób, że każdy człowiek ma w sobie jakąś predyspozycję i wolę do
przeżywania rzeczy naprawdę wzniosłych- stąd intensywność gromadzenia coraz to
nowych doznań zmysłowych. Być może doświadczanie dzieł sztuki jest owym
ingardenowskim wysiłkiem człowieka do przekraczania granic zwierzęcości tkwiącej
w naszej ułomnej i kruchej naturze. Nawet współczesna kultura serwowana w
produktach współczesności jakimi są galerie, stwarza namiastkę jakiegoś
substytutu życia na wyższym poziomie. Nosimy w sobie pragnienie postrzegania i
bycia postrzeżonym. „Wyobraźnia nie jest zdolnością tworzenia obrazów
rzeczywistości; to zdolność formowania obrazów, które wykraczają poza
rzeczywistość, śpiewają rzeczywistość” (G.Bachelard). Podobnie jest z
otaczającą nas kulturą obrazu. Poruszamy się w przestrzeni intensyfikującej
naszą wrażliwość, pamięć i międzyludzkie relacje. Nie jesteśmy do cna wyjałowieni,
czy zapętleni w krzykliwych i narzucających się zewsząd wytworach
postindustrialnego kiczu. Pulsuje w nas potrzeba przekraczania siebie. „Przyszłość
jest polem możliwego, twórczego aktu i korzystania z wolności” (L. Lavelle). Kiedy
sobie narzekam na brak transcendencji w kulturze to powracam do bizantyjskich i
ruskich ikon; średniowiecznych przedsionków o których tak rozrzewnienie często
piszę. Delektuję się estetyką ducha, odkrywam gwałtowny powiew darów i
charyzmatów- Ogień Pięćdziesiątnicy przechodzący przez wieki i mury rozlicznych
Wieczerników; który to zrodził pokornych artystów i dzieła tak przenikliwe
teologicznie, że pomimo upływu czasu ciągle wydają się świeże i energetyzujące
siłą piękna. W ikonach ogniskuje się intensywność ludzkich- religijnych doznań i
perypetie dusz łaknących Boga. One nie pozostają na powierzchni, lecz wchodzą w
głębię obrazu, wprowadzając widza w krainę przemienionych osób, spraw i rzeczy.
Siła ikony nie leży w intensywności barw i wierności kanonom tej cierpliwej malarskiej
profesji, lecz umiejętności jak najbardziej wnikliwego wstępowania w świat
Piękna i otwierania go przed oczami profanów. „Sztuka jest szlachetnym zmysłem,
dzięki któremu człowiek może wyrazić to, czego w inny sposób wyrazić nie można”-
pisał J. O. Gasset. Przypomina mi się w tym miejscu, taka symboliczna scena z
filmu Andrieja Tarkowskiego Andriej
Rublov, kiedy grupa ludwisarzy odlewa wielki dzwon po splądrowanej we
Włodzimierzu cerkwi. Jak wielka jest siła tego obrazu, opowiadającego że w
obliczu katastrofy ludzie potrafią się zintegrować wobec ważnych dla nich spraw
i idei. Kluczowa jest również rola samego Rublova, którego ikony stanowią świadectwo
duchowej wolności, pośród pożogi i zamętu trudnej historii Rusi. W jego ikonach
zawiera się ogień- promieniowanie świętości zamknięte w źrenicy oka Chrystusa,
jego spojrzeniu tak intensywnym że nie można oderwać wzroku od Niego. Z tych
dzieł emanuje światło rozpraszające ciemność niemożliwości poznania i
zrozumienia dogłębnie egzystencji ducha. Apofatyczność, wyrażona w niemocy
zapętlonych słów i nadmiar światła- złota obłaskawiającego przestrzeń ikony. Widzieć
Chrystusa, to dostrzec świat skąpany w świetle. „Blask, który zachwyca duszę,
wprowadza umysł w uniesienie. Blask ten może być groźny jak ogień lub błyskawica...,
ale może też pocieszać, radować i ogrzewać”(S.Awiernicew). Patrząc na Zbawiciela z Deesis zwieniogrodzkiej jesteśmy z nim twarzą w twarz; patrzmy w
jego oczy, czujemy się mu bliscy. „Panie przenikasz i znasz mnie... Z daleka
postrzegasz moje zamysły... Gdzie się oddalę przed duchem Twoim ? Gdzie ucieknę
od Twego oblicza ?” (Ps 139, 1-3.7). Łagodny i współczujący Zbawiciel, wypisany
miękkimi i płynnymi pociągnięciami pędzla. „Niezrównane piękno chłodu jasnych
kolorów ikony trzyma widza na uwięzi. Lazur, róż, błękit, przytłumione odcienie
fioletu i czerwieni są tak doskonale połączone ze złotym tłem, ze aż budzą
skojarzenie muzyczne. Rublov użył kolorów do ukazania cech duchowych” (A.
Łazariew). Urokliwa jest ta kaligraficzność linii przez którą przebija
świetlistość Boga przyjaciela człowieka. „Jego świetlistość- powie P.
Evdokimov- jest już światłością Paruzji..., jest promieniem Ósmego Dnia, świadectwem
rozpoczętej eschatologii.”
niedziela, 20 października 2019
A
Jezus znowu w przypowieściach mówił do nich: „Królestwo niebieskie podobne jest
do króla, który wyprawił ucztę weselną swemu synowi. Posłał więc swoje sługi, żeby
zaproszonych zwołali na ucztę, lecz ci nie chcieli przyjść...
(Mt 22, 1- 14).
Zaskakujący jest sposób
w jaki Chrystus przybliża w przypowieści Królestwo niebieskie. „Zbawienna siła,
wychodząca z objawienia ewangelicznego, uwalnia ludzi od szarpiącego ich
strachu, samolubstwa, żądzy władzy, od nie znającej nasycenia żądzy życia” (M.
Bierdiajew). Mistrz z Nazaretu maluje słowem wizję wspólnoty zgromadzonej na
celebracji szczęścia- weselnych godów. Zaproszenia zostały rozesłane wszystkim,
biesiadna sala jest przygotowana należycie, stoły uginają się od nadmiaru wszystkiego,
co wystawne i smaczne. Pomimo tej podniosłej atmosfery i dobrej woli
Gospodarza, zaproszeni czynią mu afront i wypowiadają się brakiem czasu. „Gubiąc
się w biegu codziennych zajęć, człowiek traci swój czas”- pisał M. Heidegger.
Święto na które chciał zaprosić Bóg człowieka, przeobraża się w przestrzeń bez
odpowiedzi- pustkę i rezygnację od tego, co zdaje się być najważniejszym na
progu wieczności i ostatecznej odpowiedzi człowieka. Pierwsi na zaproszenie
odpowiadają niezrozumiałą obojętnością, banalnymi wymówkami, a nawet pełną
nadąsania irytacją. Mówiąc słowami Kierkegaarda: „Najbardziej wstrząsającą
rzeczą podarowaną ludziom jest wolność.” Nie możemy zostać zbawionymi bez Boga,
ale również Bóg nas nie zbawi bez naszej zgody. On może tylko prosić. Czy może
być coś ważniejszego, niż Królestwo Ojca ? Gospodarz jest tak bardzo poruszony,
że wysyła na ulicę sługi, aby zaprosili kogokolwiek: prostaczków, żebraków,
grzeszników- ludzi szemranych z marginesu. Królestwo Boże należy do ubogich,
tych którzy okazują się najbardziej wdzięcznymi; na ich twarzach rozbłysnął
uśmiech zapraszającego. „Uczta z przypowieści jest symbolem uczty
eschatologicznej. Nikt nie może wejść do królestwa Bożego bez zaproszenia. Pan
domu, którym jest sam Bóg, pragnie aby wszyscy stali się jej uczestnikami.
Zaproszenie jest Jego wspaniałym darem- darem zbawienia. Wszyscy otrzymują łaskę
uczestnictwa w życiu Boga”(W. Hryniewicz). Apokalipsa nazywa ucztę weselną
Godami Baranka (Ap 19,7; 21,9 ). Barankiem jest Chrystus, który przez swoje
posłuszeństwo Ojcu i oddanie w misterium liturgii, łączy się z Kościołem. Każda
Eucharystia jest przedsmakiem tej wyjątkowej Uczty. Liturgia pobrzeża serca
wierzących na wydarzenie- egzystencję w sercu Ojca. Liturgia to rzeka której wzburzonym
nurtem dopłyniemy do domu, gdzie niewymowna radość Gospodarza odzwierciedli się
w niezliczonych twarzach, które będą rozpromienione jak twarz jego umiłowanego Syna,
który „stał się sprawcą wiecznego zbawienia dla wszystkich, którzy Go słuchają”(Hbr
5,9).
sobota, 19 października 2019
A
wziąwszy pięć chlebów i dwie ryby spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo,
połamał chleby i dawał uczniom, by kładli przed nimi. Te dwie ryby rozdzielił
między wszystkich. Jedli wszyscy do sytości i zebrali jeszcze dwanaście pełnych
koszów ułomków i ostatki ryb (Mk 6,35- 44).
Od najdawniejszych
czasów spożywanie posiłku było dla człowieka najważniejszą czynnością-
podtrzymującą substancję jego ciała, aż po doświadczenie numinosum przez posiłek będący czynnością rytualną; aktem
przekraczającym sferę zwyczajności, a otwierającym na sacrum- Obecność. Opisany
w Ewangelii cud rozmnożenia chlebów i ryb, staje się zapowiedzią
chrześcijańskiej liturgii communio ludzkości
z Chrystusem. Wszystko w tym opisie zdaje się przesadzone, wyolbrzymione i
nieprawdopodobne, tak jakby ewangelista chciał skoncentrować uwagę odbiorców na
czymś niezwykle istotnym, kluczowym dla ludzi przenikniętych płomieniem wiary i
poruszonych namacalnością cudu. Każde słowo rezonuje otwierając na cud, przez
który trzeba się przebić zmysłami i otworzyć serce na zachwyt. Kościół
pierwszych wieków jednoznacznie interpretował ten fragment Ewangelii jako
zapowiedź Eucharystii- wydarzenia Wieczernika antycypowanego nieprzerwanie w
gestach i rytach wspólnoty przenikniętej tęsknotą i miłością za Panem- „dawaj
nam zawsze tego chleba”(J 6,34). Ojcowie Kościoła za pomocą symboli opisywali
głębię misteryjnej obecności Chrystusa w materii tego świata. Symbole realne
przez które uobecnia się prawdziwy byt Boga- Jego życiodajne Ciało i Krew.
Niezwykły paradoks Wcielenia: życie Boga zostaje dane do spożycia. Ukrzyżowane i
zmartwychwstałe ciało Baranka łączy się ciałem człowieka, aby je przebóstwić. „Jedzenie
Boga jest też ukrytym pragnieniem człowieka, złaknionego absolutu i pełni”(P.
Bockel). To Życie wydane do spożycia musi intrygować człowieka, poruszać go,
przeistaczać do wymiaru głębszego niż otaczająca go codzienność. Ołtarz serca
staje się stołem Posiłku, gdzie komunia Trójcy Świętej jest nieustannie dawana
w Ciele Chrystusa, po to jednak, aby się nią dzielić z innymi- nasycać świat
ułomkami miłości. „Człowiek staje się Bogiem w tej mierze, w jakiej Bóg staje
się człowiekiem”- przekonywał św. Maksym Wyznawca. Eucharystia jest wydarzeniem
takiej wymiany, najwyższego poziomu duchowej intensywności; uchrystusowienia
człowieka i rozlania się Ducha Świętego przenikającego każde włókno naszego
ciała. „Dostojny, piękny, jesteś blaskiem świata. Moja dusza jest chora z
miłości do Ciebie” (Yedid nefesz). W Boskiej liturgii Pan staje się za każdym
razem wszystkim w nas, „ku swemu początkowi, który nie zna końca”(św. Grzegorz
z Nyssy). Liturgia jest syntezą czasu i przestrzeni. Bijącym gejzerem miłości;
antycypacją zmartwychwstania człowieka. Tu wszystko jest w ruchu ku pełni
istnienia: „Jestem cząstką Twego światła i również uczestniczę w chwale- pisał
św. Symeon Nowy Teolog- Rozjaśnia się
oblicze moje tak jak mego Oblubieńca i wszystkie moje członki stają się
nośnikami światła. Więc staję się w końcu piękniejszy niż ci, którzy są piękni.”
Subskrybuj:
Posty (Atom)

