wtorek, 31 marca 2020


Przemija postać tego świata (1Kor 7,31).

W cywilizacji „nomadycznej” pełnej dynamizmu, kreatywności i potencjału człowieka nowoczesności, nostalgia za wiecznością staje się jedynie pomrukiem ludzi słabych- prostaczków, marzycieli i religijnych fantastów. Tak chciałoby postrzegać tę rzeczywistość duża część tak zwanych oświeceniowych elit- poddanych bezwzględnie dyktatowi rozumu. Świat intelektualny poddany jest inercji, jest bezwładny wobec spadających na ludzkość zagrożeń. „Pustkowia”- tym słowem określano w średniowieczu krajobraz pandemiczny:  „miasta obracały się w ruiny, pustoszały wsie, pola zamieniały się w ugory pochłaniające domy... Z krajobrazu znikały ślady działalności człowieka i jego pobytu na ziemi... W społeczeństwie dręczonym wieloma lękami, trwogami, niepokojami, było wielu ludzi cierpiących na zaburzenia umysłowe, często bardzo silne...” tak opisywał naznaczony dżumą  świt średniowiecza historyk Vito Fumagalli. Obrazy z odległej historii stają się niezwykle bliskie naszemu spojrzeniu. Świat zamarł w gestach niepokoju, stracił wigor i zestarzał się w ciągu kilku miesięcy. Wyludnione miasta i przerażeni sterylni ludzie poddani dyktatowi coraz to nowych obostrzeń. Gospodarka stoi nad krawędzią przepaści a jedynymi dość stabilnie funkcjonującymi firmami są sieciowe sklepy i zakłady pogrzebowe. Stoimy przed faktem przemiany elementów tego świata. „Śmierć jest zjawiskiem jeszcze wewnątrz życia, jest najbardziej wstrząsającym zjawiskiem, graniczącym z transcendencją” (M. Bierdiajew). Od kilkunastu dni piszę o tąpnięciu biologii i wyostrzeniu perspektywy eschatologicznej. Świat musi zderzyć się z tajemnicami które tak świadomie wygnał na peryferie wiedzy, kultury i duchowości; zastąpił płytkimi dysonansami psychologicznymi. „Faktem jest, że psychologia zdetronizowała teologię. Jednak w dzień pogrzebu, kiedy stoimy przed otwartym grobem, ogarnia nas zakłopotanie. Co powiedzieć matce, która straciła córkę, co powiedzieć zapłakanemu ojcu ? Tak  oto brutalnie zostajemy postawieni wobec pytania o sens, a raczej uświadamiamy sobie brak tego pytania w dzisiejszym zlaicyzowanym świecie”( L. Ferry). Być może niektórym pobrzmiewają z dzieciństwa katechizmowe formuły, które rozsupłane przynoszą otuchę i nadzieję. „Wszystko na tym świecie ma swój koniec”- pisał w Dekameronie  Giovanni  Boccaccio. Wszystko jest w niepokoju, poddane możliwemu napięciu w strukturach do których zbyt mocno przywykliśmy. „Czas śmierci to każda chwila”(T.S. Eliot). Doświadczamy tego namacalnie widząc przeładowane szpitale i ludzi bezradnych wobec nadchodzącej z ukrycia śmierci. Obecna sytuacja rodzi ludzi apokaliptycznych. Ludzi, których pytania przedzierają się poza banalną i utylitarną beztroskę życia; otwierają zaryglowane szczelnie horyzonty wiary. Bełkot nonszalanckich istnień wchodzi w strumień modlitwy. Jest to czas nawrócenia i adwentu. Mój przyjaciel w każdej rozmowie telefonicznej określa ten stan jako „dopust Boży”- choć w sposób bardzo zawoalowany próbuje go uzasadniać; myślenie laika wertującego pośpiesznie Biblię ku pokrzepieniu serca. Boimy się wirusa, a jeszcze bardziej drżymy na myśl o eksperymentach biotechnologicznych- „o igraszkach mogących unicestwić planetę w jej całości”(P. Sloterdijk). Pierwsza myśl o którą się rozbija nasze poczucie pewności to świadomość śmierci i to, co po niej nastanie.  Apokalipsa, rozumiana jako objawienie czegoś tajemniczego i katastroficznego (choć teologia woli widzieć w tym terminie: wezwanie do natchnienia i przemiany życia- świętą tęsknotę za Obecnością). „Życie i śmierć nie są wzajemnie wykluczającymi się przeciwieństwami, lecz przeplatają się ze sobą- rozmyślał o tych sprawach K. Ware- Całość naszego ludzkiego istnienia jest mieszaniną umierania i powstawania z martwych: „wyglądamy na umierających, a oto żyjemy”(2 Kor 6,9). Za kilkanaście dni będziemy antycypować w liturgii Paschę Pana- Jego przejście ze śmierci do życia. Chrześcijanom przez całe wieki towarzyszyła świadomość, że w noc Paschy On może przyjść powtórnie. Przyjdzie, a co napawa smutkiem, kościoły będą puste. Ponieważ ci, którzy mają stać wyprostowani i pełni wesela, będą przestraszeni i zaryglowani w swoich domach. Noc, która powinna eksplodować od siły życia, będzie przedłużać smutek wielkiego piątku.

poniedziałek, 30 marca 2020


Ps 146 

 Pan przywraca wzrok ociemniałym,
Pan dźwiga poniżonych.
Pan kocha sprawiedliwych,
 

Pandemia jest możliwym ujawnieniem chaosu i paraliżującej wśród zatrzymanych w czterech ścianach ludzi nudy. Wielu nie potrafi przeżywać twórczo czasu- ciągle byli w pędzie- kołowrotku aktywności. Czas uległ spowolnieniu, a wielu ludzi odczuwa bardzo namacalnie klaustrofobiczne zatrzymanie w mikroprzestrzeni mieszkania. Spacer po internecie i przesuwające się obrazy w telewizji mogą zmęczyć, stłamsić i pozbawić witalności nasze ciała. Wielu zapomniało czym jest słowo drukowane i już od lat nie miało w rękach książki. Oczy nabrzmiałe od obrazów zaczynają łzawić, a zmęczenie staje się bardziej dokuczliwe niż najcięższa fizyczna praca. W obawie przed pustką poszukujemy różnych zajęć- aktywności, aby nie umrzeć z pilotem w ręku w fotelu. „Nuda jest jedną z twarzy śmierci”- pisał J. Green. Jest to doskonały moment na przebudzenie życia wewnętrznego; skoncentrowanie się na przestrzeni serca. Spotkanie z Tajemnicą przeobraża człowieka i otaczający świat. Psalmista w jakimś urzekającym- wewnętrznie fascynującym uniesieniu serca, opowiada o Bogu zatroskanym o los człowieka. Tylko człowiek doświadczający bezpośrednio i namacalnie Jego obecności, może utkać tak słowny podziw. Trzeba nam twórczo kalkować ten podziw człowieka wiary; otwierać szeroko bramę serca i wytężać spojrzenie poza to, co z gruntu pozorne i banalne. Bóg jest fascynującym towarzyszem na drodze naszego życia- i nie jest to truizm, ale pewnik. On staje w środku naszych wydarzeń- dobrych, spajających nas w poczuciu rozlewającego się bez miary szczęścia oraz tych trudnych potrafiących rozsypać nas na drobne kawałeczki, niczym rozbita tafla szkła. Kiedy zabraknie nam jakichkolwiek argumentów i serce zostanie wypłukane z poczucia sensu- pozostaje jedynie wiara. „Wiara nie jest olśniewającą pewnością; ma swoje ciemne noce, a także wielkie przestrzenie światła” (Y. Chauffin). To świadomość, że nie jestem sam; On wraz ze mną zstępuje w otchłanie i niepewności, rozświetla nieznane szlaki, zasklepia rany miłością, jak będzie trzeba przytuli i włoży na ramiona- to antropomorfizmy, ale tylko one oddają w spektrum miłości, unaoczniają wychodzenie Boga ku człowiekowi. „Ze mną byłeś, a ja nie byłem z Tobą”- napisze w szczerym wyznaniu św. Augustyn odkrywając, że nigdy nie był sam w swoim duchowym zmaganiu. Bóg, który się nie potrafi zmęczyć człowiekiem, znudzić nim, czy wzgardzić..., jedynie potrafi dawać miłość w nadmiarze. Nie ma piękniejszego obrazu Boga niż w chrześcijaństwie. „To przejście od sekretu do tajemnicy, od ambiwalencji do krzyża ożywiającego pozwala świadomości duchowej rozszyfrować istnienie rzeczy jako radość i cud”- pisał O. Clement. Chrześcijaństwo jest nieustannym świętem piękna i podniosłej radości; kontemplacją Miłości, wobec której milknie całe stworzenie. Chrześcijaństwo jest religią mówiącą o człowieku jako bycie wolnym i nieustannie otwartym na łaskę. Dlatego Hezychiusz z Synaju- dojrzały w wierze mnich, pozostawia nam subtelną wskazówkę: „Obszary naszego serca zawsze powinno przenikać Imię Jezusa Chrystusa, niczym błyskawica przenikająca sklepienie podczas nadchodzącego deszczu. Wołajmy wytrwale, jak Dawid, mówiąc: „Panie Jezu Chryste !” Niech ochrypnie nam głos, a nasze duchowe oczy niech nie przestaną pokładać nadziei w Panu Bogu naszym.”

niedziela, 29 marca 2020


J 11, 25

 Ja Jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie.


Wskrzeszenie Przyjaciela- to jedna z najbardziej głębokich i emocjonalnych scen Ewangelii; przełamująca widmo unicestwienia ludzkiego bytu. Poruszająca serce wiadomość o śmierci przyjaciela, spotęgowana wzruszeniem sióstr Marty i Mari, a następnie cud- zwrócone życie, pozostanie w pamięci wszystkich świadków tego wydarzenia. Jakże plastycznie odtwarzał tę scenę w wyobraźni Roman Brandstaetter: „Cisza zapanowała w dolinie kości. Tylko donośny głos Pana przyzywał jednego człowieka, przyzywał go po imieniu..., przyzywał Eleazara, przyzywał jego martwe, rozkładające się imię, obumarłe litery imienia, ich nędzną przemijalność, ich proch, i każdą literę powoływał do życia, pobudzał jej krwiobieg..., a potem w to imię już scalone i związane w jedną całość tchnął swój oddech i imię poczęło ożywać, i otwarło się na przyjęcie powracającej duszy... Eleazar poruszył się.” Wydaje się, że owo wskrzeszenie silniej oddziaływało na wyobraźnię chrześcijan niż cuda, które dokonały się wcześniej. Sztuka wielokrotnie starała się oddać zadziwiająca wielkość tej sceny powrotu umarłego do życia. Temat ten intrygował pierwszych wyznawców Chrystusa tak mocno, że odcisnął się w malarskich przedstawieniach na ścianach katakumb. Obraz historyczny, który zaczął pełnić funkcję symbolu- nadzieja nowego życia. W wyzwolonym z ramion śmierci Łazarzu, chrześcijanie dostrzegali nade wszystko, wizję ich osobistego zmartwychwstania. W katakumbach naliczono aż czterdzieści takich przedstawień, a najstarsze mogły już powstać w II wieku. To wydarzenie bardzo szybko zostało przetransponowane do ikonografii wschodniej. Ikona bardzo dokładnie oddaje przekaz Ewangelii. Mamy obraz przeniesiony na deskę, opatrzony symbolicznymi elementami i spowity blaskiem światłości, którą wyraża złoto. To opowieść o życiu i uczestniczeniu na nowo w życiu Boga. Chrystus płacze nad każdym z nas, jak płakał nad grobem Przyjaciela. Chce również nas przywrócić do życia, nie tylko ziemskiego, ale do życia w całej pełni- doprowadzić do zmartwychwstania życia duchowego (przebóstwienie). Wyrażają to teksty liturgii godzin: „Ty jesteś Życiem, Panie, i prawdziwą Światłością, Łazarza wezwałeś i wskrzesiłeś go, jako wszechmocny we wszystkim okazałeś się, jako Bóg żywych i martwych”. Przejdźmy teraz do tego, co przedstawia ikona. Pozwólmy aby naszą wyobraźnię poprowadził tekst objaśniający sztukę malarską- jakim jest Hermeneia: „Góra o dwu wierzchołkach, poza nią ledwo majaczący gród, z którego bramy wychodzą Żydzi, widoczni tylko do pasa spoza góry, płaczący. Przed górą grób, z którego jakiś człowiek zdejmuje płytę; pośrodku stoi Łazarz, a inny człowiek odwija z niego całun. Naprzeciwko niego stoi Chrystus, jedną ręką błogosławiący go, w drugiej trzyma zwój, z którego mówi: „Łazarzu wyjdź na zewnątrz !” Za Chrystusem apostołowie; ku Jego stopom pochylają się Marta i Maria (J 11,1-44)”. Podobnie jak Chrystus na górze Tabor na oczach trzech wybranych uczniów ukazał się w swojej boskiej chwale- przyobleczony w światłość, aby ich umocnić przed czekającym Go i ich trudnym doświadczeniem przyjęcia Krzyża, także tutaj ukazuje swoją boską moc i godność, prosząc swojego Ojca, poprzez prośbę o przywrócenie życia, aby w ten sposób, wskazując na własną śmierć i zmartwychwstanie, wzmocnić serca uczniów w wierze i nadziei. Jezus jawi się jako ten, który jest Panem życia. Wszystko w ikonie jest skoncentrowane na energicznym geście Jezusa. Z jaką siłą wymusza na stojących blisko pieczary, aby usunęli kamień i wychodzącego rozwiązali z krepujących go bandaży. Niezwykła dramaturgia chwili; jest tak bardzo realistyczna, że na widok wychodzącego człowieka widownia na wielu przedstawieniach zatyka nosy- ponieważ czuć jeszcze odór śmierci i cielesnego rozkładu. „Któż widział, któż słyszał, aby powstał zmarły cuchnący człowiek ? Wstrząsnąłeś bramami i skruszyłeś okowy, rozpadają się więzy martwego na głos mocy Chrystusowej, a otchłań gorzko płacze wzdycha woła do swoich: Biada mi, skąd i jakiż to głos ożywia zmarłych”. Teksty liturgiczne i ikona, opowiadają nam o Chrystusie jako Tym, który nie pozostaje obojętny na przyszły los człowieka. Bóg pełen dobroci i miłości do rodzaju ludzkiego- Człowiekolubiec. „Dla Łazarza także śmierć jest tylko przejściem, jest wydarzeniem, które nie przerywa ciągu życia: światło poza bramami nocy obiecane jest tym, którzy wierzą. Przywołanie do życia Łazarza jest ostatecznym świadectwem bóstwa Chrystusowego, jest także zapowiedzią o ileż większego cudu, zapowiedzią ostatecznego zwycięstwa, jakie odniesie Jezus nad śmiercią”. Tak naprawdę to każdy z nas jest Łazarzem, oczekującym na swój poranek zmartwychwstania. Pan przyjdzie, aby nas obudzić !

piątek, 27 marca 2020


Okrzyki radości i wybawienia w namiotach ludzi sprawiedliwych... (Ps 118, 15).

Myślę, że można spojrzeć na izolację w sposób niezwykle pozytywny. Jeśli wyłączymy wszelką elektronikę to wejdziemy w doświadczenie pustyni- samotni- miejsca dla niektórych ludzi bardzo terapeutycznego. „W tajemnicy każdego człowieka istnieje wewnętrzny krajobraz z nietkniętymi równinami, z wąwozami milczenia, z niedostępnymi górami z ukrytymi ogrodami”(A. Exupery). W odosobnieniu można odkryć zbawienną wartość milczenia- słowa, które zaczyna rozbrzmiewać wewnątrz nas. „W ciszy mowa wstrzymuje oddech i wypełnia się ponownie pierwotnym życiem”- pisał M. Picard. Wyludnione miasta stają się na powrót ogrodem w którym stają się słyszalne kroki Przedwiecznego, a serca istot zaczynają drgać od nieopisanego podniecenia. Człowiek zostaje uzdrowiony z powierzchowności i świadomości bycia kimś ważnym. „Świat staje się piękny w wymiarach serca”(O. Elitis). Cztery ściany mogą stać się przestrzenią odkrywania tajemnicy i procesem metanoi, która w chrześcijaństwie jest zmianą w postrzeganiu i przeżywaniu dotychczasowej rzeczywistości. W taktach ciszy zaczyna rozbrzmiewać eucharystyczny śpiew duszy. „Żyj każdym dniem tak, jakbyś przeżywał całe swoje życie dla tego jednego dnia” (W. Rozanow). Umieranie o którym tak silnie trąbią media, może stać się krajobrazem, który zaczniemy rozumieć i przeżywać bez lęku- głębiej i subtelniej. „Całe chrześcijaństwo nie jest niczym innym, jak zdobywaniem siły w Chrystusie i przez Chrystusa, siły w obliczu życia i śmierci, zdobywania siły życia, dla której nie straszne cierpienia i ciemność, siły realnie przemieniającej”(M. Bierdiajew). Człowiek zaczyna wtedy być wrażliwym na pulsujące na zewnątrz życie i jako istota krucha, „dostępuje zbawienia pomiędzy lękiem i nadzieją”- jak mawiał starzec Ambroży z Optiny. Na życie zaczynają padać krople światła, rozpraszając ciemną powłokę rezygnacji i zwątpienia. W izolacji dojrzewa pragnienie bycia częścią wspólnoty- homo liturgicus- usakramentalnienia bytu i synergii miłości. Przestajemy być więźniami poddanymi kaprysom losu i miażdżącej sile natury, stając się społecznością naznaczoną pieczęcią Ducha. „Platońscy jeńcy” skuci łańcuchami wychodzą na zewnątrz i zaczynają widzieć swoje twarze, a w nich niczym w lustrze odbija się twarz Chrystusa zwycięzcy. Nagle wszystko staje się świętem, i jak mówił św. Augustyn: „Bóg jest bliżej nas, niż my siebie samych.”

czwartek, 26 marca 2020


To wam powiedziałem, abyście pokój we Mnie mieli. Na świcie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat (J 16, 33).

Najbardziej namacalnym i pozawerbalnie narzucającym się odczuciem społecznym stał się strach. Można się poczuć bezdomnym w tym uczuciu. Przeszywający, paraliżujący międzyludzkie relacje; wyczuwalny szczególnie wtedy kiedy przekroczy się metr odległości wobec najbliższej istoty. „W potęgę lekarzy wierzą jedynie zdrowi.” Lęk podszyty milczeniem- niewyrażalnością odczuć wobec grasującego i odbierającego tchnienie życia wirusa. „Bardziej zaraźliwy niż zaraza, jest strach przekazywany w mgnieniu oka”- pisał M. Gogol. Bezpośredniość – oddech, słowo i dotyk tego drugiego może wywołać strach,  a tym samym wycofanie i ucieczkę. Brzmią tu niezwykle wymownie zalecenia sanitarne dawnego Tractatus de pestilentia Pietra da Tossigna: „Należy starannie unikać, o ile to możliwe debat publicznych, żeby oddechy nie mieszały się i by jedni nie zarażali innych. Trzeba więc przebywać w samotności i unikać przychodzących z miejsca, w którym powietrze jest zarażone.” Wybrałem się do osiedlowego sklepu po zakupy. Nie byłem sam, kolejka ludzi wykupująca żywność długoterminową; człowiek na człowieku. Jeden drugiego mierzył wzrokiem, a wszystko to przenikało napastliwie odczuwalne milczenie. Blade spojrzenie ekspedientki, która wychylając się za plastikowej przegrody wydaje lakoniczne informacje z nadzieją, że długa kolejka skruszeje. Tylko panowie pijący chłodne piwo przed sklepem zachowali wiecznie im towarzyszące poczucie humoru i aktywność do twórczej aforystyki. „Śmierć mnie nie przeraża, ponieważ jestem pewien, że do tej pory żyję”(G. Lecroix). Większość ludzi stała się posłuszna ze strachu, a być może z konieczności. Skrzynka email napęczniała od ilości płodzonych informacji i komunikatów. Jest ich więcej niż człowiek dziewiętnastego wieku czytał w prasie przez cały rok. Strach przysparza panikę, a wraz z nią liczne- społeczne automatyzmy kontroli (bezdyskusyjnie potrzebne). Epoka, w której jesteśmy władni w tyle technologicznych instrumentów, kapitulujemy przed panoszącym się wirusem; biologicznie selekcjonującym silnych od słabych. W średniowieczu- „tym ciemnym”- w obliczu epidemii ludzie w kościołach padali na twarze w akcie prostracji błagali Boga, aby pozwolił im z wiarą przyjąć tak trudny krzyż. Potrafili swój ból przemienić w modlitwę pragnienia i zatopić strach w ranach ukrzyżowanej Miłości. Dzisiaj kościoły są zamknięte, a pasterze wywieszają tabliczki z napisem: „zostańcie w domach”- jakby powątpiewając w Jego miłosierne i uzdrawiające westchnienie. Osnową leku staje się cisza- nie jako modlitwa błagania, lecz obawa wystraszonej jednostki w tłumie. Irytuje mnie ten wszechobecny kryzys wiary i podsycany w duszach lęk, który towarzyszy chrześcijanom XXI wieku. Najniebezpieczniejszą rzeczą w tak uciążliwej rzeczywistości jest obawa pójścia naprzód. „Nawet rozpacz, przez sam fakt, że jest możliwa w świecie, staje się drogowskazem odsyłającym poza świat”(K. Jaspers). Potrzebna jest wspomniana uprzednio pedagogia nadziei. Ona pozwala przezwyciężyć strach. „Malować strach tak precyzyjnie, że mogę go dotknąć, a tym samym uczynić go nieskutecznym, usunąć go, skasować z mojego życia”- rozmyślał poeta Tahr Ben Jelloun.  Chrześcijanin nie może być człowiekiem lęku i rozpaczy. Żeby to pojąć w całej głębi, potrzebna jest mądrość wiary. „Obecnie najbardziej szalona wolność szuka ostatecznego przezwyciężenia śmierci, a to Chrystus jest jego źródłem. Dziś wolność nazywa się – Zmartwychwstanie”(O. Clement). Zrozumie to jedynie dojrzały człowiek nadziei- o świetlistym spojrzeniu w przyszłość. Ktoś kto przekuł lęk w tęsknotę !

środa, 25 marca 2020


Łk 1,26-38

Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł: „Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między niewiastami”… 

Wielu chrześcijan przeżywa zaskoczenie odkrywając, że w wielkopostnym kalendarzu przypada Święto Zwiastowania. Niekiedy Zwiastowanie jeszcze głębiej wybrzmiewa w swoich treściach będąc w bliskości tajemnicy Krzyża. Historia chrześcijaństwa rozpoczyna się wbrew pozorom w pierwszym- najbardziej intymnym Nazaretańskim Wieczerniku. Tam  dokonuje się pierwsze przyjęcie Boga przez człowieka; przyjęcie przez Kobietę- nową Ewę. To również nasza izdebka przyjęcia Boga. Jak pisał w swoim poemacie Gerard Hopkins: „Nowy Nazaret w nas, gdzie Ona dopiero ma począć, Jego poranek, południe i wieczór..” Intymność i niezwykłą głębię momentu zwiastowania oddaje nawet werset Koranu: „I oto powiedzieli aniołowie: „O Mario ! Zaprawdę, Bóg wybrał ciebie i uczynił czystą, i wybrał ciebie ponad kobietami światów.” Chrześcijanie poszli w swojej refleksji jeszcze dalej, bowiem teologiczne treści tego wydarzenia zawsze wiązali z cudem Wcielenia. Główne znaczenie tego obchodu i duchowych treści wybrzmiewających w liturgicznych celebracjach chrześcijańskiego Wschodu i Zachodu było umocowane w przesłaniu Ewangelii św. Jana:   Słowo stało się Ciałem (J 1,14), i stało się w chwili, w której jak powie św. Paweł: „Bóg posłał swojego Syna, zrodzonego z Niewiasty” (Ga 4,4). Maryja sama będąc stworzeniem, została wybrana na Tą, przez którą Logos Stworzyciel zjednoczył się z ludzką naturą. Bóg wybierając Maryję nie tylko przeciwstawił ją edenicznej Ewie, ale nade wszystko dostrzegając Jej wiarę i miłość uczynił ją „Naczyniem Łaski” prezentującym grzesznemu światu Zbawiciela- nowego Adama. Wyrażają to słowa św. Grzegorza z Nyssy: „…za pierwszym razem Bóg Logos wziął proch z ziemi i ukształtował człowieka, ale tym razem wziął proch z Dziewicy, i nie tylko ukształtował człowieka, ale ukształtował człowieka wokół siebie samego”. Chrystus zatem przyszedł przez ciało Dziewicy, poczęty w sposób cudowny „z nasienia Ojca”. Syn Boży wszedł w świat, stał się uczestnikiem prawdziwego człowieczeństwa, samemu zaświadczając, iż został „zrodzony z Niewiasty”. Jeżeli zatem pierwszy człowiek Adam nadał swej żonie imię Życie- Hava, Zoe, to druga Maryja stała się w sposób najpełniejszy Matką wszystkich wierzących, dzięki wierze w Jej Syna. „Dlatego więc słusznie i zgodnie z prawdą nazywamy świętą Maryję Matką Boga- napisze św. Jan z Damaszku- A tytuł ten zawiera całą tajemnicę Wcielenia”. Dlatego chrześcijanie od początku Kościoła odkrywali w Maryi również własną Matkę i Orędowniczkę. Termin Theotokos był pradawnym i zaszczytnym tytułem, używanym by okazać cześć Maryi i dobrze udokumentowanym w najstarszych modlitwach. Wyrażają to słowa ciągle żywej modlitwy pochodzącej z III wieku a powstałej w środowisku koptyjskim: „Pod Twoją obronę uciekamy się, święta Boża Rodzicielko, naszymi prośbami racz nie gardzić w potrzebach naszych, ale od wszelkich złych przygód racz nas wybawiać, Panno chwalebna i błogosławiona”. Zwiastowanie w cieniu Krzyża- ta korespondencja dwóch pozornie przeciwstawnych treści, stanowi jedno wielkie opowiadanie o Odkupieniu człowieka. Koncentruje spojrzenie Kościoła na Oblubienicy i Oblubieńcu- Maryi i Chrystusie. Ona była cichą, dyskretną towarzyszką dzieła swego Syna- „Droga”, którą Zbawiciel pokonywał aby dojść do ludzi. Z oddali brzmi w naszych uszach treść kontakionu Romanosa Melodosa: „Smutek serdeczny dotyka mnie, o Dziecię. I nie mogę znieść myśli o przebywaniu w moich komnatach, gdy Ty jesteś na krzyżu; Ja w domu, gdy Ty w grobie. Pozwól mi iść z Tobą ! Twój widok uśmierza mój ból. Na to odpowiada Chrystus: Porzuć smutek, Matko, porzuć go… Jesteś pośrodku mojej weselnej komnaty”. Ona była pod Krzyżem w największym doświadczeniu wiary i miłości- pełna ufności- widząc historię świata w miłości sączącej się z nabrzmiałych ran Jej Dziecka. „Ona cierpiała wraz z Synem, i doświadczała duchowo Jego śmierci” (H. Balthasar). Otulona blaskiem wielkanocnego poranka przytula Kościół czyniąc go swoim Nazaretem- miejscem Zwiastowania, Wcielenia i Zmartwychwstania. 

poniedziałek, 23 marca 2020


Nagi wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę. Dał Pan i zabrał Pan. Niech będzie imię Pańskie będzie błogosławione !(Hi 1, 20).

Psychoza pandemiczna stawia społeczności ludzkie w obliczu największego z ukrytych podskórnie leków- mianowicie śmierci. „Czyż wyraz tabu: śmierć, nie jest przede wszystkim tą monosylabą niemożliwą do wymówienia, do nazwania, do wyjawienia, którą zwykły człowiek przyzwyczajony do stanu niepewności, musi sobie wstydliwie owijać w stosowne i przyzwoite peryfrazy”(P. Aries). Rzeczywistość napęczniała od wszechobecnego lęku i fatalistycznych prognoz roznosi się szybciej niż wirus, totalnie destabilizując myślenie i działanie człowieka. W Wiedzy radosnej Nietzsche pisał: „Czy dobrym, czy złym spojrzę okiem na ludzi, zastaję ich przy tym samym dziele, wszystkich razem i każdego z osobna: czynią to, co sprzyja zachowaniu rodzaju ludzkiego. A to zaprawdę nie z uczucia miłości dla tego rodzaju, lecz po prostu, ponieważ nie ma w nich nic starszego, silniejszego, bardziej nieubłaganego i nieprzezwyciężalnego nad ów instynkt- ponieważ właśnie instynkt ten jest naszego rodzaju i stada istotą.” Nie wiem czy reagujemy instynktownie, czy tylko odruchowo z troski o własne życie i naszych bliskich szukamy dogodnej niszy w której można przeczekać biologiczną katastrofę. Myślę, że wielu ludziom brakuje pedagogii nadziei.  Przypominają mi się przed laty przeczytane słowa H.S. Kushnera- żydowskiego rabina, który po stracie własnego syna musiał zrewidować osobiście przeżyte cierpienie i własny stosunek do Boga. Musiał nauczyć się odkrywać nadzieję, po utraconej nadziei. „Widziałem ludzi załamujących się pod ciężarem tragedii. Widziałem małżeństwa rozpadające się po śmierci dziecka, ponieważ rodzice winili się wzajemnie za niedopilnowanie czy za przekazanie uszkodzonego genu lub po prostu wspólna pamięć przeżytych chwil była zbyt bolesna. Widziałem ludzi uszlachetnionych przez cierpienie, ale widziałem też wielu zgorzkniałych i cynicznych... Jeśli Bóg chce nas doświadczyć, musi od dawna wiedzieć, że wielu z nas nie wytrzymuje próby. Jeśli chce nam dawać tylko takie ciężary, które jesteśmy wstanie unieść- zbyt często widziałem jak się myli w obliczeniach.” Na ekranach naszych telewizorów i komputerów patrzymy śmierci prosto w oczy. Śmierci skradającej się w szpitalach dla tych którym zabrakło rurek z tlenem, i tej w zaciszu domowych ścian- poza oczami ciekawskich gapiów. Dostrzegamy paski informacyjne o kolejnych śmieciach zamkniętych w numerycznych statystykach. Są one bardziej przerażające niż cała średniowieczna i pełna makabry retoryka ucząca pokornego przechodzenia na drugą stronę. Czym jest śmierć ? „Jest to ustanie procesu, który jest nam szczególnie nie znany- procesu życia”(J.G. Smitch). Takie hiobowe doświadczenia pozostawiają ogromne wąwozy cierpienia, często pretensji oraz zwątpienia w miłość. Jednak w chrześcijaństwie istnieje odwaga, aby przyjąć i błogosławić cierpienie. Istnieje tajemnica śmierci i charyzmat „radosnego konania.” To może brzmieć śmiesznie w uszach tych, którym liczne dramatyczne wydarzenia podcięły skrzydła i powaliły na kolana. Cierpienie uszlachetnia- tak je przez całe wieki postrzegali przeniknięci ufnością chrześcijanie. Cierpienie i śmierć wyzwolone od trwogi: „Dla nas śmierć będzie radością”(św. Serafin z Sarowa). Chrześcijanie, nie pozostawiali oni na marginesie egzystencji pytania: dlaczego ?- lecz potrafili poszybować wyżej- dostrzec w tym „mowę krzyża”- „Aż Chrystus w was się ukształtuje”(Ga 2,20). Hiobowie są wśród nas- jedni zamknięci jak ślimak w skorupie, sparaliżowani lękiem przed mogącym nadejść pełnym niepewności jutrem. Są również Hiobowie przynoszący nadzieję, ludzie pochylający się nad chorymi- współcześni samarytanie- którzy spacerując po cienkiej linii ryzyka, stają się piewcami miłości i wiary w życie. Ludzie udręczeni cierpieniem z wypisaną na twarzy nadzieją, kiedy tylko staje się możliwe uratowanie kolejnego życia. Opowiadanie o Hiobie ostatecznie kończy się dobrze. Nadzieja triumfuje ! Spróbujmy zaufać Temu który Zbawia.  W starożytnym tekście pt. Ody Salomona, rezonują słowa pełne nadziei: „Ulituj się nad nami, Synu Boży, i okaż nam łaskę. Wyprowadź nas stąd, z tego miejsca ciemności, i otwórz nam bramę, byśmy przez nią wyszli ku Tobie.”