W cywilizacji
„nomadycznej” pełnej dynamizmu, kreatywności i potencjału człowieka
nowoczesności, nostalgia za wiecznością staje się jedynie pomrukiem ludzi
słabych- prostaczków, marzycieli i religijnych fantastów. Tak chciałoby
postrzegać tę rzeczywistość duża część tak zwanych oświeceniowych elit-
poddanych bezwzględnie dyktatowi rozumu. Świat intelektualny poddany jest
inercji, jest bezwładny wobec spadających na ludzkość zagrożeń. „Pustkowia”-
tym słowem określano w średniowieczu krajobraz pandemiczny: „miasta obracały się w ruiny, pustoszały
wsie, pola zamieniały się w ugory pochłaniające domy... Z krajobrazu znikały
ślady działalności człowieka i jego pobytu na ziemi... W społeczeństwie
dręczonym wieloma lękami, trwogami, niepokojami, było wielu ludzi cierpiących
na zaburzenia umysłowe, często bardzo silne...” tak opisywał naznaczony
dżumą świt średniowiecza historyk Vito
Fumagalli. Obrazy z odległej historii stają się niezwykle bliskie naszemu spojrzeniu.
Świat zamarł w gestach niepokoju, stracił wigor i zestarzał się w ciągu kilku
miesięcy. Wyludnione miasta i przerażeni sterylni ludzie poddani dyktatowi
coraz to nowych obostrzeń. Gospodarka stoi nad krawędzią przepaści a jedynymi
dość stabilnie funkcjonującymi firmami są sieciowe sklepy i zakłady pogrzebowe.
Stoimy przed faktem przemiany elementów tego świata. „Śmierć jest zjawiskiem
jeszcze wewnątrz życia, jest najbardziej wstrząsającym zjawiskiem, graniczącym
z transcendencją” (M. Bierdiajew). Od kilkunastu dni piszę o tąpnięciu biologii
i wyostrzeniu perspektywy eschatologicznej. Świat musi zderzyć się z
tajemnicami które tak świadomie wygnał na peryferie wiedzy, kultury i
duchowości; zastąpił płytkimi dysonansami psychologicznymi. „Faktem jest, że
psychologia zdetronizowała teologię. Jednak w dzień pogrzebu, kiedy stoimy
przed otwartym grobem, ogarnia nas zakłopotanie. Co powiedzieć matce, która
straciła córkę, co powiedzieć zapłakanemu ojcu ? Tak oto brutalnie zostajemy postawieni wobec
pytania o sens, a raczej uświadamiamy sobie brak tego pytania w dzisiejszym
zlaicyzowanym świecie”( L. Ferry). Być może niektórym pobrzmiewają z
dzieciństwa katechizmowe formuły, które rozsupłane przynoszą otuchę i nadzieję.
„Wszystko na tym świecie ma swój koniec”- pisał w Dekameronie Giovanni Boccaccio. Wszystko jest w niepokoju, poddane
możliwemu napięciu w strukturach do których zbyt mocno przywykliśmy. „Czas
śmierci to każda chwila”(T.S. Eliot). Doświadczamy tego namacalnie widząc
przeładowane szpitale i ludzi bezradnych wobec nadchodzącej z ukrycia śmierci. Obecna
sytuacja rodzi ludzi apokaliptycznych. Ludzi, których pytania przedzierają się
poza banalną i utylitarną beztroskę życia; otwierają zaryglowane szczelnie
horyzonty wiary. Bełkot nonszalanckich istnień wchodzi w strumień modlitwy. Jest
to czas nawrócenia i adwentu. Mój przyjaciel w każdej rozmowie telefonicznej
określa ten stan jako „dopust Boży”- choć w sposób bardzo zawoalowany próbuje
go uzasadniać; myślenie laika wertującego pośpiesznie Biblię ku pokrzepieniu
serca. Boimy się wirusa, a jeszcze bardziej drżymy na myśl o eksperymentach
biotechnologicznych- „o igraszkach mogących unicestwić planetę w jej
całości”(P. Sloterdijk). Pierwsza myśl o którą się rozbija nasze poczucie
pewności to świadomość śmierci i to, co po niej nastanie. Apokalipsa, rozumiana jako
objawienie czegoś tajemniczego i katastroficznego (choć teologia woli widzieć w
tym terminie: wezwanie do natchnienia i przemiany życia- świętą tęsknotę za
Obecnością). „Życie i śmierć nie są wzajemnie wykluczającymi się
przeciwieństwami, lecz przeplatają się ze sobą- rozmyślał o tych sprawach K.
Ware- Całość naszego ludzkiego istnienia jest mieszaniną umierania i
powstawania z martwych: „wyglądamy na umierających, a oto żyjemy”(2 Kor 6,9). Za
kilkanaście dni będziemy antycypować w liturgii Paschę Pana- Jego przejście ze
śmierci do życia. Chrześcijanom przez całe wieki towarzyszyła świadomość, że w
noc Paschy On może przyjść powtórnie. Przyjdzie, a co napawa smutkiem, kościoły
będą puste. Ponieważ ci, którzy mają stać wyprostowani i pełni wesela, będą
przestraszeni i zaryglowani w swoich domach. Noc, która powinna eksplodować od
siły życia, będzie przedłużać smutek wielkiego piątku.
wtorek, 31 marca 2020
poniedziałek, 30 marca 2020
Pan przywraca wzrok ociemniałym,
Pan dźwiga poniżonych.
Pan kocha sprawiedliwych,
Pan dźwiga poniżonych.
Pan kocha sprawiedliwych,
Pandemia jest możliwym ujawnieniem
chaosu i paraliżującej wśród zatrzymanych w czterech ścianach ludzi nudy. Wielu
nie potrafi przeżywać twórczo czasu- ciągle byli w pędzie- kołowrotku
aktywności. Czas uległ spowolnieniu, a wielu ludzi odczuwa bardzo namacalnie
klaustrofobiczne zatrzymanie w mikroprzestrzeni mieszkania. Spacer po
internecie i przesuwające się obrazy w telewizji mogą zmęczyć, stłamsić i
pozbawić witalności nasze ciała. Wielu zapomniało czym jest słowo drukowane i
już od lat nie miało w rękach książki. Oczy nabrzmiałe od obrazów zaczynają
łzawić, a zmęczenie staje się bardziej dokuczliwe niż najcięższa fizyczna
praca. W obawie przed pustką poszukujemy różnych zajęć- aktywności, aby nie
umrzeć z pilotem w ręku w fotelu. „Nuda jest jedną z twarzy śmierci”- pisał J.
Green. Jest to doskonały moment na przebudzenie życia wewnętrznego;
skoncentrowanie się na przestrzeni serca. Spotkanie z Tajemnicą przeobraża
człowieka i otaczający świat. Psalmista w jakimś urzekającym- wewnętrznie
fascynującym uniesieniu serca, opowiada o Bogu zatroskanym o los człowieka.
Tylko człowiek doświadczający bezpośrednio i namacalnie Jego obecności, może utkać
tak słowny podziw. Trzeba nam twórczo kalkować ten podziw człowieka wiary;
otwierać szeroko bramę serca i wytężać spojrzenie poza to, co z gruntu pozorne
i banalne. Bóg jest fascynującym towarzyszem na drodze naszego życia- i nie
jest to truizm, ale pewnik. On staje w środku naszych wydarzeń- dobrych,
spajających nas w poczuciu rozlewającego się bez miary szczęścia oraz tych
trudnych potrafiących rozsypać nas na drobne kawałeczki, niczym rozbita tafla
szkła. Kiedy zabraknie nam jakichkolwiek argumentów i serce zostanie wypłukane
z poczucia sensu- pozostaje jedynie wiara. „Wiara nie jest olśniewającą
pewnością; ma swoje ciemne noce, a także wielkie przestrzenie światła” (Y.
Chauffin). To świadomość, że nie jestem sam; On wraz ze mną zstępuje w
otchłanie i niepewności, rozświetla nieznane szlaki, zasklepia rany miłością,
jak będzie trzeba przytuli i włoży na ramiona- to antropomorfizmy, ale tylko
one oddają w spektrum miłości, unaoczniają wychodzenie Boga ku człowiekowi. „Ze
mną byłeś, a ja nie byłem z Tobą”- napisze w szczerym wyznaniu św. Augustyn
odkrywając, że nigdy nie był sam w swoim duchowym zmaganiu. Bóg, który się nie
potrafi zmęczyć człowiekiem, znudzić nim, czy wzgardzić..., jedynie potrafi
dawać miłość w nadmiarze. Nie ma piękniejszego obrazu Boga niż w
chrześcijaństwie. „To przejście od sekretu do tajemnicy, od ambiwalencji do
krzyża ożywiającego pozwala świadomości duchowej rozszyfrować istnienie rzeczy
jako radość i cud”- pisał O. Clement. Chrześcijaństwo jest nieustannym świętem
piękna i podniosłej radości; kontemplacją Miłości, wobec której milknie całe
stworzenie. Chrześcijaństwo jest religią mówiącą o człowieku jako bycie wolnym
i nieustannie otwartym na łaskę. Dlatego Hezychiusz z Synaju- dojrzały w wierze
mnich, pozostawia nam subtelną wskazówkę: „Obszary naszego serca zawsze powinno
przenikać Imię Jezusa Chrystusa, niczym błyskawica przenikająca sklepienie
podczas nadchodzącego deszczu. Wołajmy wytrwale, jak Dawid, mówiąc: „Panie Jezu
Chryste !” Niech ochrypnie nam głos, a nasze duchowe oczy niech nie przestaną
pokładać nadziei w Panu Bogu naszym.”
niedziela, 29 marca 2020
Ja Jestem zmartwychwstaniem i życiem. Kto we Mnie wierzy, choćby i umarł, żyć będzie.
Wskrzeszenie Przyjaciela- to
jedna z najbardziej głębokich i emocjonalnych scen Ewangelii; przełamująca
widmo unicestwienia ludzkiego bytu. Poruszająca serce wiadomość o śmierci
przyjaciela, spotęgowana wzruszeniem sióstr Marty i Mari, a następnie cud-
zwrócone życie, pozostanie w pamięci wszystkich świadków tego wydarzenia. Jakże
plastycznie odtwarzał tę scenę w wyobraźni Roman Brandstaetter: „Cisza
zapanowała w dolinie kości. Tylko donośny głos Pana przyzywał jednego
człowieka, przyzywał go po imieniu..., przyzywał Eleazara, przyzywał jego
martwe, rozkładające się imię, obumarłe litery imienia, ich nędzną
przemijalność, ich proch, i każdą literę powoływał do życia, pobudzał jej
krwiobieg..., a potem w to imię już scalone i związane w jedną całość tchnął
swój oddech i imię poczęło ożywać, i otwarło się na przyjęcie powracającej
duszy... Eleazar poruszył się.” Wydaje się, że owo wskrzeszenie silniej
oddziaływało na wyobraźnię chrześcijan niż cuda, które dokonały się wcześniej.
Sztuka wielokrotnie starała się oddać zadziwiająca wielkość tej sceny powrotu
umarłego do życia. Temat ten intrygował pierwszych wyznawców Chrystusa tak
mocno, że odcisnął się w malarskich przedstawieniach na ścianach katakumb.
Obraz historyczny, który zaczął pełnić funkcję symbolu- nadzieja nowego życia.
W wyzwolonym z ramion śmierci Łazarzu, chrześcijanie dostrzegali nade wszystko,
wizję ich osobistego zmartwychwstania. W katakumbach naliczono aż czterdzieści
takich przedstawień, a najstarsze mogły już powstać w II wieku. To wydarzenie
bardzo szybko zostało przetransponowane do ikonografii wschodniej. Ikona bardzo
dokładnie oddaje przekaz Ewangelii. Mamy obraz przeniesiony na deskę, opatrzony
symbolicznymi elementami i spowity blaskiem światłości, którą wyraża złoto. To
opowieść o życiu i uczestniczeniu na nowo w życiu Boga. Chrystus płacze nad
każdym z nas, jak płakał nad grobem Przyjaciela. Chce również nas przywrócić do
życia, nie tylko ziemskiego, ale do życia w całej pełni- doprowadzić do
zmartwychwstania życia duchowego (przebóstwienie). Wyrażają to teksty liturgii
godzin: „Ty jesteś Życiem, Panie, i prawdziwą Światłością, Łazarza wezwałeś i
wskrzesiłeś go, jako wszechmocny we wszystkim okazałeś się, jako Bóg żywych i
martwych”. Przejdźmy teraz do tego, co przedstawia ikona. Pozwólmy aby naszą
wyobraźnię poprowadził tekst objaśniający sztukę malarską- jakim jest Hermeneia: „Góra o dwu wierzchołkach,
poza nią ledwo majaczący gród, z którego bramy wychodzą Żydzi, widoczni tylko
do pasa spoza góry, płaczący. Przed górą grób, z którego jakiś człowiek
zdejmuje płytę; pośrodku stoi Łazarz, a inny człowiek odwija z niego całun.
Naprzeciwko niego stoi Chrystus, jedną ręką błogosławiący go, w drugiej trzyma
zwój, z którego mówi: „Łazarzu wyjdź na zewnątrz !” Za Chrystusem apostołowie;
ku Jego stopom pochylają się Marta i Maria (J 11,1-44)”. Podobnie jak Chrystus
na górze Tabor na oczach trzech wybranych uczniów ukazał się w swojej boskiej
chwale- przyobleczony w światłość, aby ich umocnić przed czekającym Go i ich
trudnym doświadczeniem przyjęcia Krzyża, także tutaj ukazuje swoją boską moc i
godność, prosząc swojego Ojca, poprzez prośbę o przywrócenie życia, aby w ten
sposób, wskazując na własną śmierć i zmartwychwstanie, wzmocnić serca uczniów w
wierze i nadziei. Jezus jawi się jako ten, który jest Panem życia. Wszystko w
ikonie jest skoncentrowane na energicznym geście Jezusa. Z jaką siłą wymusza na
stojących blisko pieczary, aby usunęli kamień i wychodzącego rozwiązali z
krepujących go bandaży. Niezwykła dramaturgia chwili; jest tak bardzo
realistyczna, że na widok wychodzącego człowieka widownia na wielu
przedstawieniach zatyka nosy- ponieważ czuć jeszcze odór śmierci i cielesnego rozkładu.
„Któż widział, któż słyszał, aby powstał zmarły cuchnący człowiek ?
Wstrząsnąłeś bramami i skruszyłeś okowy, rozpadają się więzy martwego na głos
mocy Chrystusowej, a otchłań gorzko płacze wzdycha woła do swoich: Biada mi,
skąd i jakiż to głos ożywia zmarłych”. Teksty liturgiczne i ikona, opowiadają
nam o Chrystusie jako Tym, który nie pozostaje obojętny na przyszły los
człowieka. Bóg pełen dobroci i miłości do rodzaju ludzkiego- Człowiekolubiec. „Dla Łazarza także
śmierć jest tylko przejściem, jest wydarzeniem, które nie przerywa ciągu życia:
światło poza bramami nocy obiecane jest tym, którzy wierzą. Przywołanie do
życia Łazarza jest ostatecznym świadectwem bóstwa Chrystusowego, jest także
zapowiedzią o ileż większego cudu, zapowiedzią ostatecznego zwycięstwa, jakie
odniesie Jezus nad śmiercią”. Tak naprawdę to każdy z nas jest Łazarzem,
oczekującym na swój poranek zmartwychwstania. Pan przyjdzie, aby nas obudzić !
piątek, 27 marca 2020
Myślę, że można spojrzeć
na izolację w sposób niezwykle pozytywny. Jeśli wyłączymy wszelką elektronikę
to wejdziemy w doświadczenie pustyni- samotni- miejsca dla niektórych ludzi
bardzo terapeutycznego. „W tajemnicy każdego człowieka istnieje wewnętrzny
krajobraz z nietkniętymi równinami, z wąwozami milczenia, z niedostępnymi
górami z ukrytymi ogrodami”(A. Exupery). W odosobnieniu można odkryć zbawienną
wartość milczenia- słowa, które zaczyna rozbrzmiewać wewnątrz nas. „W ciszy
mowa wstrzymuje oddech i wypełnia się ponownie pierwotnym życiem”- pisał M.
Picard. Wyludnione miasta stają się na powrót ogrodem w którym stają się
słyszalne kroki Przedwiecznego, a serca istot zaczynają drgać od nieopisanego
podniecenia. Człowiek zostaje uzdrowiony z powierzchowności i świadomości bycia
kimś ważnym. „Świat staje się piękny w wymiarach serca”(O. Elitis). Cztery
ściany mogą stać się przestrzenią odkrywania tajemnicy i procesem metanoi, która w chrześcijaństwie jest
zmianą w postrzeganiu i przeżywaniu dotychczasowej rzeczywistości. W taktach
ciszy zaczyna rozbrzmiewać eucharystyczny śpiew duszy. „Żyj każdym dniem tak,
jakbyś przeżywał całe swoje życie dla tego jednego dnia” (W. Rozanow). Umieranie
o którym tak silnie trąbią media, może stać się krajobrazem, który zaczniemy
rozumieć i przeżywać bez lęku- głębiej i subtelniej. „Całe chrześcijaństwo nie
jest niczym innym, jak zdobywaniem siły w Chrystusie i przez Chrystusa, siły w
obliczu życia i śmierci, zdobywania siły życia, dla której nie straszne
cierpienia i ciemność, siły realnie przemieniającej”(M. Bierdiajew). Człowiek
zaczyna wtedy być wrażliwym na pulsujące na zewnątrz życie i jako istota
krucha, „dostępuje zbawienia pomiędzy lękiem i nadzieją”- jak mawiał starzec
Ambroży z Optiny. Na życie zaczynają padać krople światła, rozpraszając ciemną
powłokę rezygnacji i zwątpienia. W izolacji dojrzewa pragnienie bycia częścią
wspólnoty- homo liturgicus- usakramentalnienia
bytu i synergii miłości. Przestajemy być więźniami poddanymi kaprysom losu i miażdżącej
sile natury, stając się społecznością naznaczoną pieczęcią Ducha. „Platońscy
jeńcy” skuci łańcuchami wychodzą na zewnątrz i zaczynają widzieć swoje twarze,
a w nich niczym w lustrze odbija się twarz Chrystusa zwycięzcy. Nagle wszystko
staje się świętem, i jak mówił św. Augustyn: „Bóg jest bliżej nas, niż my
siebie samych.”
czwartek, 26 marca 2020
To
wam powiedziałem, abyście pokój we Mnie mieli. Na świcie doznacie ucisku, ale
miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat (J 16, 33).
Najbardziej namacalnym
i pozawerbalnie narzucającym się odczuciem społecznym stał się strach. Można
się poczuć bezdomnym w tym uczuciu. Przeszywający, paraliżujący międzyludzkie
relacje; wyczuwalny szczególnie wtedy kiedy przekroczy się metr odległości
wobec najbliższej istoty. „W potęgę lekarzy wierzą jedynie zdrowi.” Lęk
podszyty milczeniem- niewyrażalnością odczuć wobec grasującego i odbierającego
tchnienie życia wirusa. „Bardziej zaraźliwy niż zaraza, jest strach
przekazywany w mgnieniu oka”- pisał M. Gogol. Bezpośredniość – oddech, słowo i
dotyk tego drugiego może wywołać strach,
a tym samym wycofanie i ucieczkę. Brzmią tu niezwykle wymownie zalecenia
sanitarne dawnego Tractatus de
pestilentia Pietra da Tossigna: „Należy starannie unikać, o ile to możliwe
debat publicznych, żeby oddechy nie mieszały się i by jedni nie zarażali
innych. Trzeba więc przebywać w samotności i unikać przychodzących z miejsca, w
którym powietrze jest zarażone.” Wybrałem się do osiedlowego sklepu po zakupy.
Nie byłem sam, kolejka ludzi wykupująca żywność długoterminową; człowiek na
człowieku. Jeden drugiego mierzył wzrokiem, a wszystko to przenikało
napastliwie odczuwalne milczenie. Blade spojrzenie ekspedientki, która
wychylając się za plastikowej przegrody wydaje lakoniczne informacje z
nadzieją, że długa kolejka skruszeje. Tylko panowie pijący chłodne piwo przed
sklepem zachowali wiecznie im towarzyszące poczucie humoru i aktywność do
twórczej aforystyki. „Śmierć mnie nie przeraża, ponieważ jestem pewien, że do
tej pory żyję”(G. Lecroix). Większość ludzi stała się posłuszna ze strachu, a
być może z konieczności. Skrzynka email napęczniała od ilości płodzonych
informacji i komunikatów. Jest ich więcej niż człowiek dziewiętnastego wieku
czytał w prasie przez cały rok. Strach przysparza panikę, a wraz z nią liczne-
społeczne automatyzmy kontroli (bezdyskusyjnie potrzebne). Epoka, w której
jesteśmy władni w tyle technologicznych instrumentów, kapitulujemy przed
panoszącym się wirusem; biologicznie selekcjonującym silnych od słabych. W
średniowieczu- „tym ciemnym”- w obliczu epidemii ludzie w kościołach padali na
twarze w akcie prostracji błagali Boga, aby pozwolił im z wiarą przyjąć tak
trudny krzyż. Potrafili swój ból przemienić w modlitwę pragnienia i zatopić
strach w ranach ukrzyżowanej Miłości. Dzisiaj kościoły są zamknięte, a pasterze
wywieszają tabliczki z napisem: „zostańcie w domach”- jakby powątpiewając w
Jego miłosierne i uzdrawiające westchnienie. Osnową leku staje się cisza- nie
jako modlitwa błagania, lecz obawa wystraszonej jednostki w tłumie. Irytuje
mnie ten wszechobecny kryzys wiary i podsycany w duszach lęk, który towarzyszy
chrześcijanom XXI wieku. Najniebezpieczniejszą rzeczą w tak uciążliwej
rzeczywistości jest obawa pójścia naprzód. „Nawet rozpacz, przez sam fakt, że
jest możliwa w świecie, staje się drogowskazem odsyłającym poza świat”(K.
Jaspers). Potrzebna jest wspomniana uprzednio pedagogia nadziei. Ona pozwala
przezwyciężyć strach. „Malować strach tak precyzyjnie, że mogę go dotknąć, a
tym samym uczynić go nieskutecznym, usunąć go, skasować z mojego życia”-
rozmyślał poeta Tahr Ben Jelloun. Chrześcijanin
nie może być człowiekiem lęku i rozpaczy. Żeby to pojąć w całej głębi,
potrzebna jest mądrość wiary. „Obecnie najbardziej szalona wolność szuka
ostatecznego przezwyciężenia śmierci, a to Chrystus jest jego źródłem. Dziś
wolność nazywa się – Zmartwychwstanie”(O. Clement). Zrozumie to jedynie dojrzały
człowiek nadziei- o świetlistym spojrzeniu w przyszłość. Ktoś kto przekuł lęk w
tęsknotę !
środa, 25 marca 2020
Bóg posłał anioła Gabriela do miasta w
Galilei, zwanego Nazaret, do Dziewicy poślubionej mężowi, imieniem Józef, z
rodu Dawida; a Dziewicy było na imię Maryja. Anioł wszedł do Niej i rzekł:
„Bądź pozdrowiona, pełna łaski, Pan z Tobą, błogosławiona jesteś między
niewiastami”…
Wielu chrześcijan
przeżywa zaskoczenie odkrywając, że w wielkopostnym kalendarzu przypada Święto
Zwiastowania. Niekiedy Zwiastowanie jeszcze głębiej wybrzmiewa w swoich
treściach będąc w bliskości tajemnicy Krzyża. Historia chrześcijaństwa
rozpoczyna się wbrew pozorom w pierwszym- najbardziej intymnym Nazaretańskim
Wieczerniku. Tam dokonuje się pierwsze
przyjęcie Boga przez człowieka; przyjęcie przez Kobietę- nową Ewę. To również
nasza izdebka przyjęcia Boga. Jak pisał w swoim poemacie Gerard Hopkins: „Nowy
Nazaret w nas, gdzie Ona dopiero ma począć, Jego poranek, południe i wieczór..”
Intymność i niezwykłą głębię momentu zwiastowania oddaje nawet werset Koranu:
„I oto powiedzieli aniołowie: „O Mario ! Zaprawdę, Bóg wybrał ciebie i uczynił
czystą, i wybrał ciebie ponad kobietami światów.” Chrześcijanie poszli w swojej
refleksji jeszcze dalej, bowiem teologiczne treści tego wydarzenia zawsze
wiązali z cudem Wcielenia. Główne znaczenie tego obchodu i duchowych treści
wybrzmiewających w liturgicznych celebracjach chrześcijańskiego Wschodu i
Zachodu było umocowane w przesłaniu Ewangelii św. Jana: Słowo stało się Ciałem (J
1,14), i stało się w chwili, w której jak powie św. Paweł: „Bóg posłał swojego
Syna, zrodzonego z Niewiasty” (Ga 4,4). Maryja sama będąc stworzeniem, została
wybrana na Tą, przez którą Logos
Stworzyciel zjednoczył się z ludzką naturą. Bóg wybierając Maryję nie tylko
przeciwstawił ją edenicznej Ewie, ale nade wszystko dostrzegając Jej wiarę i miłość
uczynił ją „Naczyniem Łaski” prezentującym grzesznemu światu Zbawiciela- nowego
Adama. Wyrażają to słowa św. Grzegorza z Nyssy: „…za pierwszym razem Bóg Logos
wziął proch z ziemi i ukształtował człowieka, ale tym razem wziął proch z
Dziewicy, i nie tylko ukształtował człowieka, ale ukształtował człowieka wokół
siebie samego”. Chrystus zatem przyszedł przez ciało Dziewicy, poczęty w sposób
cudowny „z nasienia Ojca”. Syn Boży wszedł w świat, stał się uczestnikiem
prawdziwego człowieczeństwa, samemu zaświadczając, iż został „zrodzony z
Niewiasty”. Jeżeli zatem pierwszy człowiek Adam nadał swej żonie imię Życie- Hava, Zoe, to druga Maryja stała się w
sposób najpełniejszy Matką wszystkich wierzących, dzięki wierze w Jej Syna.
„Dlatego więc słusznie i zgodnie z prawdą nazywamy świętą Maryję Matką Boga-
napisze św. Jan z Damaszku- A tytuł ten zawiera całą tajemnicę Wcielenia”.
Dlatego chrześcijanie od początku Kościoła odkrywali w Maryi również własną
Matkę i Orędowniczkę. Termin Theotokos był
pradawnym i zaszczytnym tytułem, używanym by okazać cześć Maryi i dobrze
udokumentowanym w najstarszych modlitwach. Wyrażają to słowa ciągle żywej
modlitwy pochodzącej z III wieku a powstałej w środowisku koptyjskim: „Pod
Twoją obronę uciekamy się, święta Boża Rodzicielko, naszymi prośbami racz nie
gardzić w potrzebach naszych, ale od wszelkich złych przygód racz nas wybawiać,
Panno chwalebna i błogosławiona”. Zwiastowanie w cieniu Krzyża- ta
korespondencja dwóch pozornie przeciwstawnych treści, stanowi jedno wielkie opowiadanie
o Odkupieniu człowieka. Koncentruje spojrzenie Kościoła na Oblubienicy i
Oblubieńcu- Maryi i Chrystusie. Ona była cichą, dyskretną towarzyszką dzieła
swego Syna- „Droga”, którą Zbawiciel pokonywał aby dojść do ludzi. Z oddali
brzmi w naszych uszach treść kontakionu Romanosa Melodosa: „Smutek serdeczny
dotyka mnie, o Dziecię. I nie mogę znieść myśli o przebywaniu w moich
komnatach, gdy Ty jesteś na krzyżu; Ja w domu, gdy Ty w grobie. Pozwól mi iść z
Tobą ! Twój widok uśmierza mój ból. Na to odpowiada Chrystus: Porzuć smutek,
Matko, porzuć go… Jesteś pośrodku mojej weselnej komnaty”. Ona była pod Krzyżem
w największym doświadczeniu wiary i miłości- pełna ufności- widząc historię
świata w miłości sączącej się z nabrzmiałych ran Jej Dziecka. „Ona cierpiała
wraz z Synem, i doświadczała duchowo Jego śmierci” (H. Balthasar). Otulona
blaskiem wielkanocnego poranka przytula Kościół czyniąc go swoim Nazaretem-
miejscem Zwiastowania, Wcielenia i Zmartwychwstania.
poniedziałek, 23 marca 2020
Nagi
wyszedłem z łona matki i nagi tam wrócę. Dał Pan i zabrał Pan. Niech będzie
imię Pańskie będzie błogosławione !(Hi 1, 20).
Psychoza pandemiczna
stawia społeczności ludzkie w obliczu największego z ukrytych podskórnie leków-
mianowicie śmierci. „Czyż wyraz tabu: śmierć, nie jest przede wszystkim tą
monosylabą niemożliwą do wymówienia, do nazwania, do wyjawienia, którą zwykły
człowiek przyzwyczajony do stanu niepewności, musi sobie wstydliwie owijać w
stosowne i przyzwoite peryfrazy”(P. Aries). Rzeczywistość napęczniała od wszechobecnego
lęku i fatalistycznych prognoz roznosi się szybciej niż wirus, totalnie
destabilizując myślenie i działanie człowieka. W Wiedzy radosnej Nietzsche pisał: „Czy dobrym, czy złym spojrzę
okiem na ludzi, zastaję ich przy tym samym dziele, wszystkich razem i każdego z
osobna: czynią to, co sprzyja zachowaniu rodzaju ludzkiego. A to zaprawdę nie z
uczucia miłości dla tego rodzaju, lecz po prostu, ponieważ nie ma w nich nic starszego,
silniejszego, bardziej nieubłaganego i nieprzezwyciężalnego nad ów instynkt-
ponieważ właśnie instynkt ten jest naszego rodzaju i stada istotą.” Nie wiem
czy reagujemy instynktownie, czy tylko odruchowo z troski o własne życie i
naszych bliskich szukamy dogodnej niszy w której można przeczekać biologiczną katastrofę.
Myślę, że wielu ludziom brakuje pedagogii nadziei. Przypominają mi się przed laty przeczytane słowa
H.S. Kushnera- żydowskiego rabina, który po stracie własnego syna musiał
zrewidować osobiście przeżyte cierpienie i własny stosunek do Boga. Musiał
nauczyć się odkrywać nadzieję, po utraconej nadziei. „Widziałem ludzi
załamujących się pod ciężarem tragedii. Widziałem małżeństwa rozpadające się po
śmierci dziecka, ponieważ rodzice winili się wzajemnie za niedopilnowanie czy
za przekazanie uszkodzonego genu lub po prostu wspólna pamięć przeżytych chwil
była zbyt bolesna. Widziałem ludzi uszlachetnionych przez cierpienie, ale
widziałem też wielu zgorzkniałych i cynicznych... Jeśli Bóg chce nas
doświadczyć, musi od dawna wiedzieć, że wielu z nas nie wytrzymuje próby. Jeśli
chce nam dawać tylko takie ciężary, które jesteśmy wstanie unieść- zbyt często widziałem
jak się myli w obliczeniach.” Na ekranach naszych telewizorów i komputerów
patrzymy śmierci prosto w oczy. Śmierci skradającej się w szpitalach dla tych
którym zabrakło rurek z tlenem, i tej w zaciszu domowych ścian- poza oczami ciekawskich
gapiów. Dostrzegamy paski informacyjne o kolejnych śmieciach zamkniętych w
numerycznych statystykach. Są one bardziej przerażające niż cała średniowieczna
i pełna makabry retoryka ucząca pokornego przechodzenia na drugą stronę. Czym
jest śmierć ? „Jest to ustanie procesu, który jest nam szczególnie nie znany-
procesu życia”(J.G. Smitch). Takie hiobowe doświadczenia pozostawiają ogromne
wąwozy cierpienia, często pretensji oraz zwątpienia w miłość. Jednak w
chrześcijaństwie istnieje odwaga, aby przyjąć i błogosławić cierpienie.
Istnieje tajemnica śmierci i charyzmat „radosnego konania.” To może brzmieć
śmiesznie w uszach tych, którym liczne dramatyczne wydarzenia podcięły skrzydła
i powaliły na kolana. Cierpienie uszlachetnia- tak je przez całe wieki
postrzegali przeniknięci ufnością chrześcijanie. Cierpienie i śmierć wyzwolone od
trwogi: „Dla nas śmierć będzie radością”(św. Serafin z Sarowa). Chrześcijanie,
nie pozostawiali oni na marginesie egzystencji pytania: dlaczego ?- lecz
potrafili poszybować wyżej- dostrzec w tym „mowę krzyża”- „Aż Chrystus w was
się ukształtuje”(Ga 2,20). Hiobowie są wśród nas- jedni zamknięci jak ślimak w
skorupie, sparaliżowani lękiem przed mogącym nadejść pełnym niepewności jutrem.
Są również Hiobowie przynoszący nadzieję, ludzie pochylający się nad chorymi-
współcześni samarytanie- którzy spacerując po cienkiej linii ryzyka, stają się
piewcami miłości i wiary w życie. Ludzie udręczeni cierpieniem z wypisaną na
twarzy nadzieją, kiedy tylko staje się możliwe uratowanie kolejnego życia. Opowiadanie
o Hiobie ostatecznie kończy się dobrze. Nadzieja triumfuje ! Spróbujmy zaufać Temu który Zbawia. W starożytnym
tekście pt. Ody Salomona, rezonują
słowa pełne nadziei: „Ulituj się nad nami, Synu Boży, i okaż nam łaskę.
Wyprowadź nas stąd, z tego miejsca ciemności, i otwórz nam bramę, byśmy przez
nią wyszli ku Tobie.”
Subskrybuj:
Posty (Atom)




