środa, 18 czerwca 2014

BÓG KTÓRY STAŁ SIĘ POKARMEM


 
Jutro będziemy przeżywać niezwykle malowniczą w swoim wymiarze zewnętrznym  Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Wyniesiemy ze świątyni Najświętszy Sakrament i będziemy wędrować ulicami miasta. Będą flesze aparatów fotograficznych, dzieci sypiące kwiatki, kobiety pięknie wystrojone, jedna przez drugą będą się prześcigały jak tu estetycznie przykuć oko przemierzających drogę ludzi. Panowie wyprostowani i wypachnieni jak najlepsza perfumeria… wszystko takie wypełnione splendorem… tajemniczością Kogoś kto jest niesiony w złotej monstrancji. Jednocześnie warto przebić się myślami przez ten cały, a jakże piękny folklor. Przecież chodzi tu o Boga, który dał Siebie jako Miłość. W ten dzień powracają słowa z Ostatniej Wieczerzy, z cudownej a jednocześnie pełnej tajemniczości uczty pożegnalnej którą Chrystus wyprawił swoim uczniom. Oni czuli że jest to szczególna chwila, wyjątkowa i jedyna… sprawowana w wieczór Paschy. To wydarzenie obwieszcza cierpienie Pana, Mesjasza. Podobnie jak przełamywany został ten święty chleb, tak ciało Jezusa zostanie wydane za życie świata… Zostało wydane z moje i twoje życie. Uroczystość którą będziemy przeżywać jest przedłużeniem tego co dokonało się w Wielki Czwartek. Dwa sakramenty miłości: Kapłaństwo i Eucharystia, stanowiące krwiobieg życia wspólnoty Kościoła. Bierzcie, to jest Ciało moje, które za was będzie wydane. Ten kielich jest Nowym Przymierzem we Krwi mojej. Czyńcie to, ile razy pić będziecie na moją pamiątkę. Ojciec Aleksander Mień komentując te słowa napisał: „Tak oto dokonała się Pascha Przymierza, zawartego we krwi Baranka. Jezus rozmyślnie zachował w obrzędzie symbolikę ofiary, ponieważ wszystkie starożytne ołtarze były wołaniem ku niebu i wyrażały pragnienie obcowania człowieka z Najwyższym. Ostatnia Wieczerza Chrystusa jednoczyła wiernych z Nim, z wcielonym Synem Bożym.” Bóg w tym wydarzeniu dokonał transfuzji krwi do żył (życie..miłość..)prowadzących  do naszego serca, chciał zamieszkać i pozostać z nami w tabernakulum naszych serc. Każda Liturgia na którą przychodzimy jest uobecnieniem tej wielkiej Miłości-misterium obdarowania serca. To jest tak jakbyśmy weszli do „wehikułu czasu”, to co dokonało się dwa tysiące lat temu z uczniami w Sali na górze, dokonuje się tu i teraz, na każdym ołtarzu świata… Bóg staje się Pokarmem aby móc posilić każdego z nas. Może uchwycenie tego wydarzenia w taki sposób pozwoli nam w postawie uwielbienia i błogosławieństwa przejść ulicami naszych miast, aby zobaczyć Boga, nasycić Nim swój wzrok i napełnić serce… tylko wtedy zrozumiemy na czym polega miłość. Chcemy z miłością modlić się słowami św. Tomasza z Akwinu: O święta Uczto, na której przyjmujemy Chrystusa,  odnawiamy pamięć Jego męki,  duszę napełniamy łaską i otrzymujemy zadatek przyszłej chwały.


 



sobota, 7 czerwca 2014



Kościół po raz kolejny w pokorze serca pragnie doświadczyć bogactwa daru Pięćdziesiątnicy.
Piszę pokornie z tym mocnym akcentem na wewnętrzną dyspozycyjność, uniżenie i otwartość, to wszystko dokonuje się w modlitwie przyzywania, tak jak to czynił Chrystus: Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, aby z wami był na zawsze (J 14, 16). To wołanie z głębin ludzkiego jestestwa aby Duch Święty urzeczywistnił Miłość.  Tak głęboko o tym napisał o. Matta el-Maskine „Obietnica Ojca, ze ześle nam Ducha Świętego, została dotrzymana i proces przybrania za synów, wielokrotnie obiecanego przez Pana i oczekiwanego przez uczniów, dobiegł końca, gdy Syn przygotował w samym sobie wszystko, co było konieczne do tego. Uczniowie byli zgromadzeni w Sali na górze, zgodnie nakazem Chrystusa, aby tam czekać na obietnicę Ojca, i wszyscy trawli na modlitwie. Wtedy obietnica została spełniona przez namaszczenie ogniem…” Również my dzisiejszego dnia każdy na swój własny sposób w wieczerniku swojego domu, wielu młodych zgromadzonych w wigilię na polach lednickich w miejscu początku chrztu, na ziemi uchrystusowienia naszych przodków i dziejów historii. Z Wieczernika każdy powinien wyjść inny, nie wiem jaki...ale lepszy jako człowiek i świadek wiary. To pewnie trudne zadanie szczególnie dzisiaj w sercu dziwnego świata, w swoistym Babel globalizacji, która nie przybliża i nie otwiera na drugich… gdzie języki się pomieszały i w polifonii krzyku współczesności zakładającej słuchawki na uszy i pędzi się Bóg wie gdzie, w takiej atmosferze nie można  uchwycić wiatru, gwałtownego szumu z Nieba, chcącego odnawiać oblicze ziemi tworzącego życie Parakleta. Duch Święty zstępuje na świat, wyraża się przez swoje dary i charyzmaty, urzeczywistnia się w serdecznym uśmiechu każdego dziecka, miłości ludzi i szczerym pragnieniu dawania dobra. Okrywa Go wielka tajemnica… O tej Tajemnicy sformułowanej jako modlitwa i antidotum na ból świata napisze Simone Weil „Wzywać Ducha Świętego zwyczajnie i po prostu; wołanie, krzyk. Podobnie kiedy jest się u kresu pragnienia, kiedy jest się chorym z pragnienia, nie wyobraża się sobie czynności picia w odniesieniu do siebie ani czynności picia ogólnie. Wyobraża się sobie tylko wodę, wodę samą w sobie, lecz ten obraz wody jest niczym krzyk całej istoty”. Chyba jeszcze nigdy jak dzisiaj człowiek jest tak mocno spragniony Wody (łaski Ducha Świętego), zmęczony i bezradny, zagubiony i kołaczącym sercem człowiek pragnie zaspokoić największe pragnienie. Kiedy otworzymy nasze wnętrze i pozwolimy się mimo naszej grzeszności poprowadzić przez pustynię, doświadczymy święta o którym niewiarygodnie napisał Exupery  w Małym Księciu kiedy jego mały bohater doszedł strudzony do wyczekiwanej długo studni aby wreszcie zaspokoić swoje pragnienie: „Zrozumiałem już, czego szukał. Podniosłem wiadro do jego warg. Pił, mając oczy zamknięte. To było tak piękne jak święto. To było czymś więcej niż pożywieniem. Ta woda była zrodzona z marszu pod gwiazdami, ze śpiewu bloku, z wysiłku mych ramion. Sprawiała radość w sercu-jak podarek…” Zstąpienie Ducha Świętego to wyjątkowe dla każdego święto, które wypełnia...odnawia...przeobraża i przebóstwia.


sobota, 17 maja 2014


Pragnę przywołać esej pt. "Katedra symbol Europy", napisany przed laty przez wybitnego uczonego, poetę i historyka sztuki, Księdza Profesora Janusza Pasierba. Tekst był pisany ponad dwadzieścia lat temu, ale nic nie traci ze swojej mądrości i świeżości myśli. Autor snuje rozważania o fenomenie kulturowym jaki jest Katedra- specjalnie napisałem przez duże K. abyśmy poczuli gdzie są nasze korzenie...Katedra to symbol, a może nawet coś więcej, warto się dzisiaj zdumieć nad tym fenomenem zrodzonym w sercu Europy i ludzkiej wyobraźni z gruntu chrześcijańskiej.

Kate­dra. Słowo, któ­rego obco­ści nie odczu­wamy w żad­nym języku euro­pej­skim, cho­ciaż wiąże nas z Gre­cją. Ozna­czało tam sie­dzibę, lego­wi­sko, krze­sło, sie­dze­nie (także w ana­to­micz­nym sen­sie), bazę kolumny. O ile w sta­ro­żyt­no­ści pogań­skiej mogło okre­ślać sie­dze­nie bez­czynne, w dobie Nowego Przy­mie­rza stało się nazwą sie­dzi­ska dla nauczy­ciela. Krze­sło tego, kto uczy, zaczęło ozna­czać miej­sce, gdzie się naucza: kościół biskupa. Potem był to kościół biskupi i kró­lew­ski, kościół miej­ski, ale jak soczewka odbi­ja­jący w sobie życie oko­licy, wsi, rol­ni­ków i myśli­wych, ich pracę jako «zaję­cia mie­sięcy». Mia­sto Boga wypeł­niały sym­bole odnie­sione do kosmosu i do czło­wieka. Zna­cze­nie miały strona prawa i lewa i strony świata, gdzie połu­dnie i wschód ozna­czały Chry­stusa – «Słońce spra­wie­dli­wo­ści», Ducha Świę­tego i żar wiary, a zachód i pół­noc – Anty­chry­sta, sza­tana, kró­le­stwo ciem­no­ści, także złych ludzi. Rzut odzwier­cie­dlał ciało ludz­kie, ciało Chry­stusa: pre­zbi­te­rium odpo­wia­dało gło­wie, tran­sept – roz­krzy­żo­wa­nym ramio­nom, nawy sta­no­wiły kor­pus – cor­pus. Bryła kamien­nych cio­sów sym­bo­li­zo­wała wspól­notę, a wierni dopa­so­wani do sie­bie przez miłość byli „żywymi kamie­niami” – homi­nes quadrati. Gdy kolumn było dwa­na­ście, przy­po­mi­nały one apo­sto­łów, okna – nauczy­cieli wiary, kazno­dzie­jów, a serce świą­tyni – ołtarz – ozna­czał samego Zba­wi­ciela, jego betle­jem­ski żłó­bek lub jero­zo­lim­ski grób. Tu, w obrę­bie świę­tego kręgu, pano­wał święty porzą­dek, kosmos. Każdy był na swoim miej­scu: biskup, władca, kano­nicy, wierni podzie­leni na męż­czyzn i kobiety. Była tu Jero­zo­lima i Rzym, labi­rynt i łaciń­ska jasność.


W śre­dnio­wie­czu Europa była tam, pokąd się­gały kate­dry. Naj­da­lej na wschód wysu­nięte pre­zbi­te­rium kate­dralne ma Gnie­zno. Przez ten pierw­szy, co do rangi, kościół kraju zaczę­li­śmy nale­żeć do «głów­nego lądu», bowiem gdzie kate­dra, tam była Europa. Z kate­dry wyszły pod­sta­wowe insty­tu­cje two­rzące kul­turę euro­pej­ską. Przez wieki kwi­tły w jej cie­niu szkoły kate­dralne. Gdy powstały uni­wer­sy­tety, pro­fe­so­ro­wie, jak biskupi w swo­ich świą­ty­niach, zasie­dli na kate­drach, i tak jest do dziś, na wieczną tych związ­ków pamiątkę.


W kate­drze nauczał biskup, ale uczyła także archi­tek­tura, rzeźba i malar­stwo. Od dawna koja­rzono kate­drę z summą wie­dzy, a rów­no­cze­śnie z arcy­dzie­łem sztuki. Dla Wik­tora Hugo ostat­nią kate­drą była twór­czość Szek­spira, a dla współ­cze­snego nam Geo­r­gesa Duby – Boska kome­dia Dantego.


Tak jak ongiś kate­dry wyra­stały ponad mia­sta i orien­to­wały wędrow­ców, ponie­waż góro­wały nad oko­licą, tak dziś górują ponad histo­rią. Wra­camy do nic, szu­ka­jąc swo­ich korzeni. Uczone stu­dia poświę­cili im Gun­ter Pand­mann, Hein­rich Dit­t­mar, Geo­r­ges Duby, Frie­drich Hobius, Hans Sedl­mayr, Otto von Sim­son, nie licząc auto­rów mono­gra­fii poszcze­gól­nych świą­tyń. Mnożą się albumy i wydaw­nic­twa popu­larne. Kul­tura masowa, choć pra­gnie wcią­gnąć kate­dry na obszar swo­jej sym­bo­liki, staje przed nimi onie­śmie­lona: można powie­dzieć tury­stom, ile scho­dów pro­wa­dzi na wieżę, ale trudno okre­ślić, jak ona wysoko sięga.


Zło­tym wie­kiem katedr było gotyc­kie i kato­lic­kie śre­dnio­wie­cze. Emble­ma­tycz­nie uka­zują to dzieje kate­dry w Kolo­nii. Jej budowę, roz­po­czętą w roku 1248, prze­rwały w roku 1560 rene­sans i refor­ma­cja. W wieku XVIII kate­dra prze­sta­nie być zna­kiem wyłącz­nie reli­gij­nym i sta­nie się także świec­kim sym­bo­lem kul­tu­ro­wym, zwią­za­nym z histo­rią Europy, poczy­na­jąc od wiel­kiej rewo­lu­cji fran­cu­skiej, aż po nasze dni. Wiek XIX, odkry­wa­jąc gotyk, pod­nie­sie kate­drę na wyżyny mitu.


Wielka rewo­lu­cja fran­cu­ska potrak­to­wała kate­dry jak sym­bole ancien regime: z jed­na­kową siłą ude­rzyła w tron i w ołtarz. Na fasa­dzie kate­dry Notre Dame ścięto głowy biblij­nym kró­lom. Ale to nie rewo­lu­cja wymy­śliła taką iden­ty­fi­ka­cję sacrum i pro­fa­num. To już śre­dnio­wieczni legi­ści gło­sili, że rex Fran­co­rum est quidam Deus cor­po­ra­lis, i jesz­cze Cha­te­au­briand w Odzie ku czci Karola X w 1824 roku powtó­rzy, że władca Fran­cji to «kapłan i król w jed­nej oso­bie». Teraz, w dobie rewo­lu­cji, arcy­bi­skup Paryża składa wraz z dwoma innymi bisku­pami swoje insy­gnia i wyrzeka się kapłań­stwa, podob­nie jak uczy­niło to pięć szó­stych spo­śród trzy­dzie­stu tysięcy księży fran­cu­skich. Wcze­śniej, tysiące księży, któ­rzy nie zło­żyli przy­sięgi na kon­sty­tu­cję, została w różny spo­sób stra­co­nych lub depor­to­wa­nych. W kate­drze Notre Dame odbyła się inau­gu­ra­cja nowego Kultu Rozumu. Był dzień 10 listo­pada 1793 roku, kiedy w kate­drze usta­wiono kon­struk­cję w kształ­cie skały, na któ­rej wzno­siła się budowla przy­po­mi­na­jąca antyczną świą­ty­nię. U pod­nóża i na zbo­czach tej góry stały dziew­częta, które na widok «bogini Rozumu», która wyszła ze świą­tyni, zain­to­no­wały hymn uwiel­bie­nia. Aktorka odgry­wa­jąca rolę bogini ubrana była w szaty trój­ko­lo­rowe: na białą szatę miała narzu­cony nie­bie­ski płaszcz, a na gło­wie – czer­wony cze­pek. Zasia­dała na tro­nie okry­tym zie­lo­nym aksa­mi­tem, a wyzna­czony mówca oznaj­mił, że: oto fana­tyzm reli­gijny ustą­pił miej­sca spra­wie­dli­wo­ści i praw­dzie. Odtąd nie będzie już wię­cej księży, bogów i wie­rzeń, prócz tych, jakie Natura obja­wiła ludz­ko­ści. Tę swo­istą litur­gię powta­rzano i poza Pary­żem. Wiele fran­cu­skich katedr prze­kształ­cono w «świą­ty­nie Rozumu», a Char­tes ledwo unik­nęło zbu­rze­nia. Jed­nak inter­wen­cja w klu­bie jako­bi­nów spo­wo­do­wała, że Kon­went Naro­dowy zabro­nił dal­szego prze­śla­do­wa­nia ugo­do­wego Kościoła «kon­sty­tu­cyj­nego», zamy­ka­nia świą­tyń i pro­pa­gandy bez­boż­nic­twa. Stop­niowo księża wycho­dzą z kon­spi­ra­cji, pod­czas któ­rej odpra­wiali Msze w domach pry­wat­nych i sto­do­łach, a wierni łączyli się z tymi nabo­żeń­stwami duchowo, czę­sto na wielką odle­głość (tzw. «Msze ślepe»), i wra­cają do świą­tyń. Kate­dry oży­wają. Reszty dokona póź­niej kon­kor­dat napo­le­oń­ski z dnia 15 lipca 1801 roku i les lois de Sepa­ra­tion (1905, 1907 i 1908). Z sym­bolu monar­chii i reak­cji kate­dra staje się sym­bo­lem narodowym.


Kiedy młody Goethe, prze­cho­ro­waw­szy się i ze względu na nie­przy­jem­nie ukła­da­jące się sto­sunki z ojcem pra­gnący opu­ścić rodzinny dom we Frank­fur­cie, przy­bywa do Stras­burga z zamia­rem kon­ty­nu­owa­nia roz­po­czę­tych w Lip­sku i prze­rwa­nych w 1768 roku stu­diów, led­wie złoży swe rze­czy w obe­rży «Pod Duchem», pierw­sze swe kroki kie­ruje do kate­dry. Jesz­cze w dro­dze, kiedy dojeż­dżał do mia­sta, poka­zy­wali mu ją, widoczną z daleka, towa­rzy­sze podróży. Wpa­try­wał się w nią «spory kawał drogi» – teraz doszło do głosu «gorące pra­gnie­nie» ujrze­nie jej z bli­ska. «Gdy­bym teraz – cytuję cią­gle księgę IX Zmy­śle­nia i prawdy – nagle w wąskiej uliczce zoba­czył ten gigan­tyczny gmach, a potem na bar­dzo wąskim pla­cyku zbyt bli­sko przed nim sta­ną­łem, dozna­łem oso­bli­wego wra­że­nia, któ­rego jed­nak na razie myślą objąć nie mogłem: wchło­ną­łem je tylko w sie­bie, bo pilno mi było wejść na górę, by pochwy­cić jesz­cze peł­nię sło­necz­nego bla­sku, która miała mi nagle obja­wić obraz roz­le­głego żyznego kraju», który podzi­wia jak czy­stą kartę, gdzie mają się zapi­sać przy­szłe rado­ści i smutki. Dopiero po zej­ściu sta­nął Goethe «przez pewien czas w kon­tem­pla­cji przed tym wspa­nia­łym gma­chem; ale nie wtedy, ani póź­niej nie mogłem – wyzna – pojąć, czemu to cudo archi­tek­tury, które było dla mnie czymś nie­sa­mo­wi­tym i powinno było mnie prze­ra­zić, wyda­wało mi się jed­no­cze­śnie, dzięki swej szla­chet­nej w liniach kom­po­zy­cji oraz pre­cy­zji wyko­na­nia cał­kiem pro­ste, a nawet przy­jemne dla oka. Nie sta­ra­łem się wcale docie­kać, na czym ta sprzecz­ność polega, lecz pod­da­wa­łem się spo­koj­nie wra­że­niom, jakie ten zdu­mie­wa­jący zaby­tek przez samo swe ist­nie­nie na mnie wywie­rał». Jakże zna­mienne są dla okresu «burzy i naporu» (Sturm und Drang) oba te uczu­cia: kla­sy­cy­stycz­nej nie­chęci i roman­tycz­nej fascy­na­cji śre­dnio­wiecz­nym zabyt­kiem! Do tego prze­ży­cia odwoła się dwu­krot­nie, pisząc nie o gotyc­kiej, a o nie­miec­kiej archi­tek­tu­rze w roku 1772 i 1823.


(…)


Młody Goethe wyznaje, że do tej pory z goty­kiem koja­rzyły mu się «nie­okre­ślo­ność, bez­ład, nie­na­tu­ral­ność, kle­ce­nie, łata­nie, prze­ła­do­wa­nie» ozdo­bami. Wspo­mina, że kiedy po raz pierw­szy zbli­żał się do kate­dry w Stras­burgu, oba­wiał się «widoku szpet­nego, zje­żo­nego potwora», tym­cza­sem doznał nie­ocze­ki­wa­nego uczu­cia, któ­rym «mógł się roz­ko­szo­wać i upa­jać, ale nie mógł go zro­zu­mieć ni wyja­śnić». Było to wra­że­nie har­mo­nii wielu czę­ści, napeł­nia­jące «nie­biań­sko – ziem­ską roz­ko­szą»! Prze­ży­wał je wie­lo­kroć, wra­ca­jąc w róż­nych porach dnia, by podzi­wiać «wiel­kiego ducha naszych star­szych braci», nie­miec­kich arty­stów. Arcy­dzieło «sztuki cha­rak­te­ry­stycz­nej» jest two­rem narodu i epoki, ale przede wszyst­kim geniu­sza, wiel­kiego twórcy, dzie­łem porów­ny­wal­nym do cudow­nych two­rów natury. Jeśli dla geniu­sza «szko­dliw­sze od prze­kła­dów są zasady», to dla odbiorcy dzieła – teo­ria «pięk­no­du­chów» w rodzaju Sulzera.


(…)


Tym­cza­sem Goethe zwie­dził już kate­drę w Medio­la­nie, któ­rej styl znie­kształ­ciły «póź­niej­sze zmiany», dopiero kate­dra koloń­ska dała mu prze­ży­cie porów­ny­walne z tym, jakiego doznał przed laty w Stras­burgu, prze­ży­cie nie­po­koju, nie dają­cego się nawet okre­ślić. Było to wra­że­nie «cze­goś nie­do­sko­na­łego, nie­sa­mo­wi­tego, gdzie wła­śnie to, co nie­ukoń­czone, przy­po­mina nam o ogra­ni­czo­no­ści czło­wieka, skoro tylko ośmiela się stwo­rzyć coś ponad swoje możliwości».


(…)


Można by powie­dzieć, że w XIX wieku doj­dzie do sym­bo­licz­nej wojny katedr. Stu­le­cie to stwo­rzy mit kate­dry. Sta­nie się to we Fran­cji za sprawą Wik­tora Hugo, któ­rego Kate­dra Notre Dame wyj­dzie w 1831 roku. Mit ten nie nabrałby jed­nak kon­kre­ty­za­cji i siły bez «filo­zofa – kon­ser­wa­tora», Viollet-​le-​Duca, który zapo­ży­czył swoją wie­dzę od Ludwika Viteta, kon­ser­wa­tora zabyt­ków, autora mono­gra­fii o kate­drze Notre Dame (1845). O ile wizja Wik­tora Hugo wiąże się z falą nostal­gii za śre­dnio­wiecz­nym chry­stia­ni­zmem, opie­wa­nym przez Rene Cha­te­au­brianda w jego Geniu­szu chrze­ści­jań­stwa, to Vitet dopa­truje się w kate­drze wyrazu laicy­za­cji spo­łecz­no­ści miej­skiej. Viollet-​le-​Duc dopo­wie, że kate­dry były wznie­sio­nym w kamie­niu pro­te­stem miast prze­ciw feu­da­łom, że były kamien­nym krzy­kiem ludu o wol­ność. Posłu­żył się tu przykładem kate­dry w Laon: zbu­rze­nie chóru z pół­okrą­głym obej­ściem i zastą­pie­nie go dłu­gim pro­sto­kąt­nym pre­zbi­te­rium miało, jego zda­niem, słu­żyć… zgro­ma­dze­niom ludo­wym. Z tych fan­ta­stycz­nych, nie opar­tych na grun­tow­nych bada­niach źró­dło­wych, twier­dzeń naro­dziła się jed­nak – jak słusz­nie pod­kre­śla Alain Erlande-​Brandenbourg – nowa wizja kate­dry jako sym­bolu «czy­stego», odpre­pa­ro­wa­nego od kon­tek­stu, wynie­sio­nego ponad oto­cze­nie, a jakie kate­dra zawsze tuliła do sie­bie i pra­gnęła spi­ry­tu­ali­zo­wać. Kon­se­kwen­cją stało się znisz­cze­nie oto­cze­nia kate­dry, to co Ber­nard Huet, czy­niąc alu­zję do tytułu sztuki Eliota, nazwał «mor­der­stwem obok kate­dry». Tak stało się z Notre Dame i wie­loma kate­drami Europy. Pisał o tym już Wik­tor Hugo, opi­su­jąc znisz­cze­nie przez pury­stów, fana­ty­ków gotyku, oto­cze­nia Notre Dame.


Kate­dra Notre Dame jest nie tylko hym­nem ku czci kate­dry, ale i reali­stycz­nym opi­sem jej losów. W peł­nym uwiel­bie­nia opi­sie Hugo «sędziwa kró­lowa naszych katedr, swo­isty twór czło­wieka, potężny i płodny niczym twór boski», odzna­cza się takimi przy­miot­ni­kami, jak: «roz­ma­itość i wiecz­no­tr­wa­łość». Hugo zauważa to samo, co w Stras­burgu dostrzegł Goethe: powagę i potęgę, która prze­raża: quae mole sua ter­ro­rem incu­tit spec­tan­ti­bus. Onie­śmie­la­jący maje­stat nie powstrzy­mał jed­nak pro­fa­na­to­rów, tych wszyst­kich, co oszpe­cili lub ogo­ło­cili ten zaby­tek. Są nimi «archi­tekci, arty­ści naszych dni», a także «arcy­bi­skupi – wan­dale, któ­rzy oszpe­cili swoją kate­drę tyn­kami barwy żół­tej, jaką kat zama­lo­wy­wał ongiś budynki zhań­bione zbrod­nią». A «mody zro­biły wię­cej złego niż rewo­lu­cje» – cią­gnie Hugo, pięt­nu­jąc także bar­ba­rzyń­ców w togach pro­fe­so­rów. Poeta dosko­nale czuje gotyk, jego ary­sto­te­liczną pasję eks­pe­ry­men­to­wa­nia: kate­dra nie jest «budowlą jed­no­litą, okre­śloną, skoń­czoną», i dzięki temu może być sym­bo­lem o wiele pojem­niej­szym niż dzieło jed­no­lite: «jest to budowla okresu przej­ścio­wego, rów­no­cze­śnie opac­two romań­skie, kościół filo­zo­ficzny (…), sztuka gotycka, sztuka saksońska (…) jest [ona] wśród sta­rych kościo­łów Paryża czymś w rodzaju Chi­mery – ma głowę jed­nego, koń­czyny dru­giego, grzbiet trze­ciego. To wszystko mówi nam, jak bar­dzo pier­wot­nym zja­wi­skiem jest archi­tek­tura (…), [że] naj­wspa­nial­sze osią­gnię­cia tej sztuki są bar­dziej dzie­łami spo­łe­czeństw niż jed­no­stek, że rodzą się one raczej z pracy ludów niż wytry­skają z geniu­sza jed­nostki, że jest to wkład całego narodu, spu­ści­zna stu­leci». Kate­dra jest więc sym­bo­lem syn­te­ty­zu­ją­cym czas («czas jest archi­tek­tem») i prze­strzeń, sym­bo­lem dyna­micz­nym, zna­kiem sta­wa­nia się. Jest ona dzie­łem czło­wieka, ale przy­po­mi­na­ją­cym dzia­ła­nie przy­rody, przy­wo­dzi bowiem na myśl skały, rośliny i zwie­rzęta: ten «wielki sym­bol archi­tek­tury, wieża Babel, ma kształt ula».


«Kate­dry w grun­cie rze­czy nie ist­nieją, lecz stają się» – mówi Hugo – a tym, co w nich trwa, jest chrze­ści­jań­ska kon­cep­cja: «wszyst­kie te róż­nice (sty­li­styczne) doty­czą tylko powierzchni budowli. Sztuka zmie­niła skórę. Lecz plan i zasada chrze­ści­jań­skiego kościoła nie zostały naru­szone z tej przy­czyny (…), skoro zapew­nione i zabez­pie­czone zostały warunki dla wypeł­nie­nia reli­gij­nego obrzędu – archi­tek­tura może robić wszystko, co się jej podoba (…), stąd to bie­rze się cudowna roz­ma­itość zewnętrzna tych gma­chów, u któ­rych pod­staw leży tak wielki ład i jed­no­li­tość. Pień drzewa jest nie­zmienny, liście są kapry­śnie różnorodne».


Jedna kate­dra jest sym­bo­lem całego mia­sta (…), w niej są obecne wszyst­kie jego kościoły, ale i coś wię­cej: «to, co powie­dzie­li­śmy o kate­drze pary­skiej – trzeba powie­dzieć o wszyst­kich śre­dnio­wiecz­nych kościo­łach chrze­ści­jań­stwa». Kate­dra sym­bo­li­zuje więc całe chrze­ści­jań­skie i euro­pej­skie uni­ver­sum historyczne.


Ten znak został jed­nak zakwe­stio­no­wany: «księga zabije gmach». Kate­dra była księgą, którą wyna­la­zek druku uczyni zbędną.


(…)


Aż do wieku XV wszystko było zapi­sy­wane w kamie­niu. Teraz «archi­tek­tura zostaje zde­tro­ni­zo­wana. Miej­sce kamien­nych liter Orfe­usza zajmą oło­wiane litery Gut­ten­berga». I tu Hugo zaczyna opła­ki­wać archi­tek­turę, któ­rej kształt «teo­kra­tyczny» przed chwilą oskar­żał. Od rene­sansu począw­szy, archi­tek­tura prze­staje wyra­żać spo­łe­czeń­stwo, a my, Euro­pej­czycy, to «zacho­dzące słońce», jakim było odro­dze­nie, «bie­rzemy za jutrzenkę». Cóż się stało? Oto «geniusz gotycki zgasł na zawsze na wid­no­kręgu sztuki, archi­tek­tura traci blask». Jej ostat­nim, zroz­pa­czo­nym obrońcą był… Michał Anioł. Obec­nie wszę­dzie widać «objawy wyczer­pa­nia i osła­bie­nia – nie­chaj nikt się nie łudzi, archi­tek­tura umarła, umarła bez­pow­rot­nie, zabita przez dru­ko­waną książkę», ponie­waż «książka tak szybko gotowa, tak nie­wiele kosz­tuje i tak daleko dociera [cóż za świetny opis mass mediów! — przyp. J. St. P.], pod­czas gdy każda kate­dra to miliard».


Jedno jed­nak pozo­staje: war­to­ści sym­bo­liczne, choć zmie­niają się ich tre­ści. Kate­dra – księga nie prze­staje być «czy­tana» (…). Kiedy pró­bu­jemy stwo­rzyć jeden obraz ze wszyst­kich, «wytwo­rów druku», jakie się od Gut­ten­berga po nasze dni poja­wiły, «czyż całość ta nie staje przed nami niby ogromna, wsparta na całym świe­cie budowla?» Jest to nawa wieża Babel, któ­rej szczyt gubi się w chmu­rach. Książka – kate­dra – oto nowy emble­mat Europy. Będzie tak dopóty, dopóki nie zde­wa­lu­ują go elek­tro­niczne środki prze­kazu w XX wieku. Przez pięć wie­ków cała ludz­kość była zajęta budo­wa­niem kró­le­stwa druku, tego nowego gma­chu o tysiącu pię­ter. Były tu, jak w gotyc­kiej kate­drze, mroczne kaplice, «jaski­nie nauki i krze­wiące się na zewnątrz ara­be­ski, rozety i koronki» sztuki. Powstała nowa har­mo­nia, rów­nie zaska­ku­jąca jak tamta, gotycka. «Od kate­dry Szek­spira po meczet Byrona tysiąc wie­ży­czek tłoczy się bez­ład­nie na tej metro­po­lii powszech­nej myśli. U fun­da­men­tów gma­chu wypi­sano kilka sta­rych tytu­łów ludz­ko­ści, któ­rych nie zano­to­wała archi­tek­tura»: to Homer, Biblia, Wedy i Nibe­lungi. Podob­nie jak ongiś śre­dnio­wieczna kate­dra, «ów cudowny budy­nek jest zresztą zawsze nie­skoń­czony», podob­nie jak ona jest on dzie­łem wiel­kich ano­ni­mo­wych mas: «cała ludz­kość stoi na rusztowaniach».


Póki co, w XIX wieku książki pró­bują rato­wać kate­dry. Papie­rowa wieża Babel pró­buje oca­lić kamienne śre­dnio­wieczne mia­sto Boga. Mnożą się dzieła. Powstaje teo­ria i filo­zo­fia kon­ser­wa­cji. Nigdy też lite­ra­tura piękna, poeci i powie­ścio­pi­sa­rze nie czy­nili tyle, co w tym stu­le­ciu, na rzecz architektury.


(…)


Kiedy Mar­cel Pro­ust pisze 16 sierp­nia 1904 roku w «Figaro» o «śmierci katedr», jesz­cze przez 10 lat kate­dry euro­pej­skie, zwłasz­cza fran­cu­skie, będą raczej zagro­żone powol­nym umie­ra­niem, niż tra­giczną śmier­cią. Ta roz­wi­nie nad nimi swój pło­mienny sztan­dar pod­czas I wojny świa­to­wej, w latach 1914–1918. W 1916 roku pad­nie jej ofiarą kate­dra w Reims i sta­nie się takim samym sym­bo­lem jak Ver­dun. W cza­sie I wojny świa­to­wej rodzi się kate­dra – męczen­nica, reduta ducha naro­do­wego, bro­nią­cego się przed najaz­dem nowych Hunów, pod jej roz­dar­tymi skle­pie­niami pojed­nają się repu­bli­ka­nie i ultra­mon­ta­nie, socja­li­ści i katolicy.


Druga wojna świa­towa pomnoży ilość katedr – męczen­nic. Będą to przede wszyst­kim kate­dry kra­jów zjed­no­czo­nych w wiel­kiej koali­cji anty­hi­tle­row­skiej. Zbom­bar­do­wana kate­dra w Coven­try pozo­sta­nie ruiną, pomni­kiem, do któ­rego zosta­nie dobu­do­wana nowa świą­ty­nia. Alianci bom­bar­do­wali o wiele cel­niej, oszczę­dza­jąc na ogół zabytki: kate­dra w Kolo­nii tkwiła na Renem przez pierw­sze powo­jenne lata jak sczer­niały okręt na morzu gru­zów mia­sta. Kate­dra w Gnieź­nie została jesz­cze przed znisz­cze­niem w 1945 roku zbez­czesz­czona: umiesz­czono w niej na sto­liku, który miał imi­to­wać ołtarz, por­tret Hitlera. W Pel­pli­nie urzą­dzono w kate­drze pro­mo­cję absol­wen­tów szkoły poli­cyj­nej, prze­ciwko czemu zapro­te­sto­wał z Gdań­ska biskup Splett. Kate­drę war­szaw­ską burzono i palono meto­dycz­nie: po woj­nie w jej murze umiesz­czono na straszną pamiątkę – gąsie­nicę, wymie­rzo­nego w nią przez hitle­row­ców, «goliata»… Kate­dra św. Jana stała się pierw­szą z pol­skich katedr – męczen­nic; w jej dźwi­ga­nych z gru­zów murach kazał się pogrze­bać pierw­szy pry­mas, który przy­szedł z Gnie­zna do War­szawy, kar­dy­nał Hlond. Sym­bo­liczną rolę trzech pol­skich katedr, ofiar II wojny świa­to­wej, okre­śla wła­ści­wie odbu­dowa: wszyst­kie trzy – gnieź­nień­ską, war­szaw­ską i poznań­ską rego­ty­zo­wano, jakby szu­ka­jąc głę­biej, pod powierzch­nią, w daw­no­ści, korzeni jakże potrzeb­nych w sytu­acji, gdy miał się walić wszelki stary porzą­dek. Kate­dra war­szaw­ska zaczęła być miej­scem pamięci. Zaczęto tu gro­ma­dzić pamiątki rze­czy pol­skich, gdzie indziej zagro­żo­nych czy nisz­czo­nych, jak choćby płytę upa­mięt­nia­jącą Cmen­tarz Orląt. Będąc nekro­po­lią (choć w sto­licy będzie pod tym wzglę­dem z nią współ­za­wod­ni­czył kościół św. Krzyża, jak z Wawe­lem – Skałka), jest znowu miej­scem, gdzie obcho­dzi się wiel­kie rocz­nice i współ­cze­sne wyda­rze­nia narodowe.


(…)


Trudno jest dziś odróż­nić w wielu przy­pad­kach tury­stów od piel­grzy­mów. Jeśli idzie o Pol­skę, nawet tury­ści są w dużej mie­rze piel­grzy­mami, pod­czas gdy na zacho­dzie Europy na ogół bywa odwrot­nie. Jed­nego dnia, 1 maja 1987 roku, odwie­dziło kate­drę, a raczej zwie­dziło (choć jakie to zwie­dza­nie w takiej masie) 50 tysięcy osób – odno­to­wu­jący to publi­cy­ści, pod­kre­ślają w imię prawdy, że tego dnia muzea były zamknięte, a za wstęp do kate­dry się nie płaci.


Czy nie jest to osta­nie wcie­le­nie kate­dry: czy stała się ona obiek­tem kul­tury maso­wej, sym­bo­lem ład­nej i szyb­kiej kon­sump­cji prze­lot­nych este­tycz­nych wra­żeń? Czy są to wra­że­nia wywo­łane daw­no­ścią obiektu, bo prze­cież wszy­scy roz­pacz­li­wie szu­kają jakie­goś fun­da­mentu? Czy jest to wyraz nostal­gii za przeszłością?


Kate­dra euro­pej­ska jest zja­wi­skiem histo­rycz­nym. W Euro­pie nie buduje się nowych katedr. Nowe kate­dry powstają w nowym świe­cie, można by tu wska­zać Bra­zy­lię, Tokio, jakieś kraje misyjne. Kate­drami XX wieku stają się, zwłasz­cza gdy przy­bywa nie­stru­dzony papież, place, sta­diony, lot­ni­ska, błonia.


(…)


Kate­dra Europa. Wynu­rzyw­szy się z roman­tycz­nych mgieł XIX wieku jak okręt – widmo, kate­dra śre­dnio­wieczna zol­brzy­miała w kate­drę – nostal­gię, kate­drę – uto­pię. Czym tłu­ma­czyć fakt, że my, Polacy, po przej­ściu przez ogień i wodę dru­giej wojny świa­to­wej, zapra­gnę­li­śmy stwo­rzyć swoją nową prze­szłość, rego­ty­zu­jąc kate­dry w War­sza­wie, Gnieź­nie, Pozna­niu, jak nie pra­gnie­niem pod­kre­śle­nia naszej euro­pej­skiej przy­na­leż­no­ści? Czymże innym jest jak nie marze­niem, uto­pią i pro­jek­tem rekon­stru­owana współ­cze­śnie w takim tru­dzie, na wzór śre­dnio­wiecz­nego uni­ver­sum, Europa? Europa zawsze była kon­struk­cją, dzie­łem kul­tury. Natu­ral­nie bio­rąc, ist­nieje tylko Eura­zja. Europa nie jest wyod­ręb­niona w spo­sób natu­ralny od Azji. Jej gra­nice od Wschodu wyzna­cza kul­tura. Europę zawsze trzeba było two­rzyć i budo­wać, zapew­niać jej cią­głość. I taka jest dziś: róż­no­rodna aż do nie­kształt­no­ści – to ją opi­sy­wał Wik­tor Hugo, pisząc o kate­drze – nigdy nie ukoń­czona, dzie­dzi­czona i zada­wana jak naj­trud­niej­sza lek­cja nowym poko­le­niom, pełna odręb­no­ści, aż do nie­po­do­bień­stwa, pomimo murów i dru­tów naszego stu­le­cia, zawsze jakoś jedna“.


 

czwartek, 23 stycznia 2014

chrześcijanie waleczne koguty

Będę pisał o kogutach ale w podtekście będę zdrowo i trzeźwo myślał o współczesnym etosie dzisiejszych wyznawców Chrystusa. Po raz kolejny odwołam się do sztuki, obraz mocniej działa niż słowo. Bardzo interesujące jest przedstawienie koguta walczącego z żółwiem, na mozaice podłogowej w bazylice świętego Teodora w Akwilei, wzniesionej tuż po Edykcie Mediolańskim Konstantyna Wielkiego ( ok. 343 r.). W tym przedstawieniu istotna jest zaciekła walka pomiędzy dwoma zwierzętami, kogut symbolizuje odwagę i spryt pierwszych chrześcijan podejmujących duchową walkę z przeciwnikiem, jakim jest demon- którego zwierzęcym ucieleśnieniem  jest żółw. Scena ta wprawdzie była kierowana do katechumenów przygotowujących się do przyjęcia chrztu i wyznania wiary, ale jest niezwykle aktualna w swoim przesłaniu również dla nas współczesnych chrześcijan, osadzonych w tej konkretnej rzeczywistości świata. Kogut jednocześnie symbolizuje światło które przynosi Chrystus- Zwycięzca, który pokonuje szatana, królestwo ciemności i grzech pętający rodzaj ludzki. Ta dekoracja mozaikowa w swoim jakże prostym przekazie uświadamia nam po raz kolejny o postawie która powinna cechować człowieka duchowego, jako wojownika, gwałtownika który walczy o sprawy Królestwa Bożego, który nie jest obojętny... nie stoi z boku i biernie przygląda się biegowi spraw. W swoim poczuciu rzeczywistości, chrześcijaństwo bierze na siebie niezwykłą odpowiedzialność za profil i jakość przepowiadania Ewangelii, obrony depozytu wiary i autentyczności osobistego życia. Jestem kogutem na ringu świata, drapieżnikiem uzbrojonym mocą z wysoka, wypełnionym światłem Ducha Świętego. Najgorsze jest to jak chrześcijanie zamiast być kogutami, stają się ospałymi kurami karmiącymi się z różnych poletek i ze stresowanymi jak te współczesne czekające w klatkach na śmierć. Mamy czerpać siłę do walki od Tego Który już jest Zwycięski, który zapewnił nas słowami: Jam zwyciężył świat !



niedziela, 19 stycznia 2014


Nazajutrz zobaczył podchodzącego ku niemu Jezusa, i rzekł:
"Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata" (J 1,29-34)
W Ewangelii to św. Jan Chrzciciel wskazuje na tak upragnionego
i długo oczekiwanego Syna Bożego. Nie waha się wyciągnąć dłoni w kierunku Jezusa i wypowiedzieć słowa które zapiszą się w najważniejszym momencie Eucharystii, tuż przed przyjęciem Świętych Postaci, to On-Baranek, ten którego szuka wasze serce.
Jako ludzie wierzący jesteśmy w codzienności życia zaproszeni do szukania i adoracji Boga. Mam taką nieodpartą  pokusę aby w kontekście tego fragmentu Ewangelii odwołać się do obrazu, jest nim Ołtarz gandawski, znany bardziej pod tytułem Adoracji Mistycznego Baranka autorstwa braci van Eyck. Ołtarz został zamówiony w 1420 roku przez zamożnych mieszczan Jodoka Vydta i jego zonę Elżbietę. Jest to pierwsze dzieło i nieprześcignione dzieło nowego stylu charakterystycznego dla rozwijającego się dumnie malarstwa niderlandzkiego. Ołtarz van Eycków jest tryptykiem, składa się z części środkowej i ruchomych skrzydeł bocznych. Kiedy otwieramy skrzydła jawi nam się w strefie górnej siedem obrazów. W środkowym przedstawieniu widzimy, siedzącego i tronującego, frontalnie przedstawionego Boga Ojca, w bogato bramowanej kapie, papieskiej tiarze na głowie, berło w dłoni, a prawą ręką czyni gest błogosławieństwa.  Na dwóch obraz po bokach przedstawienia Boga-Ojca, znajdują się orędownicy: Matka Boska i św. Jan Chrzciciel-Prorok, oboje mają otwarte księgi. Dalej na prawo możemy dostrzec grupy aniołów, wykonujących muzykę na instrumentach. Mamy również obraz pierwszych prarodziców: Adama i Ewy. Dolna strefa to najbardziej mnie osobiście intrygujące duchowo i estetycznie przedstawienie Adoracji Baranka Mistycznego, po Jego bokach cztery grupy: sprawiedliwych sędziów, rycerzy Chrystusa, mnichów-pustelników oraz grono pielgrzymów, wszyscy oni skierowali swoje spojrzenie ku ołtarzowi na którym stoi Baranek. Ta adoracja stanowi odniesienie do Apokalipsy: ujrzałem rzeszę tak wielką, której nikt nie mógł zliczyć, ze wszystkich narodów i pokoleń i ludów i języków. Stojąc przed tronem i obliczem Baranka, przyodziani są w białe szaty i z palmami w ręku, wołali głosem donośnym... Celem ludzkiego pielgrzymowania, drogi wiary ma stać się wieczna, jedyna i wypełniająca serce człowiecze, adoracja Chrystusa-Baranka, w Królestwie Niebieskim. To wszystko przed nami, ale warto wyruszyć w drogę, która wcale nie wydaje się przyjemna i łatwa, ale perspektywa końca będzie zapowiedzią szczęścia która się wypełni na ołtarzu miłości, kiedy nasze życie będzie w Bogu. Na tym obrazie jest również miejsce dla mnie i dla ciebie, blisko aniołów i strudzonych wędrowców których powiodła muzyka nieba i pragnienie życia wiecznego.



sobota, 11 stycznia 2014

Chrześcijanin jest jak ryba w wodzie





Chrześcijanie są jak ryby w wodzie tak w starożytnym Kościele św. Ambroży określał  wyznawców  którzy przez sakrament chrztu zostali włączeni w nurt życia. Ewangelie przekazują, że Zbawiciel wielokrotnie posłużył się symbolem ryby. Pierwsi uczniowie których wezwał po imieniu, byli rybakami znad jeziora Galilejskiego: "Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami ludzi"(Mt 4,19, Mk 1,17). Innym razem słyszymy słowa przynaglenia wypowiedziane do Piotra: "Nie bój się, odtąd ludzi łowić będziesz" (Łk 5,10). W eschatologicznej wizji końca dziejów, Sąd Ostateczny przedstawiony zostaje jako obraz rybaka  zagarniającego w swoją sieć dobre i złe ryby; dobre zatrzymuje a złe odrzuca (Mt 13,47). Kiedy wielki tłum zgromadził się aby słuchać Mistrza, zostają nakarmieni kilkoma rybami które przynosi chłopiec, a po swoim zmartwychwstaniu na brzegu jeziora przygotowuje Pan posiłek dla siedmiu swoich uczniów- pieczoną rybę na ogniu (J 21,9). Pierwsze wspólnoty chrześcijan wraz z Radosną Nowiną przyjęły i szacunkiem otaczały symbol ryby. Odniesieni go do chrztu narzucało się prawie samo z siebie, tym bardziej że chrzest był rzeczywiście zanurzeniem w wodzie, kiedy wchodzili do baptysterium byli jak ryby pływające w wodzie. Tertulian pisał: "My natomiast rybki zgodnie z naszym Ichtys (Ryba) Jezusem Chrystusem rodzimy się w wodzie i nie możemy się inaczej zbawić jak tylko przebywając w wodzie". Wizerunki rybaka i ryby, przedstawiające kaznodzieję i nawróconego, są jak najbardziej zrozumiałe. Istnieją jeszcze inne przyczyny powszechności symbolu ryby w chrześcijaństwie. Najważniejsza z nich to tajemniczy sens pięciu liter składających się na słowo ICHTHYS (Iesous Christos Theou Yios Soter). Symbol ten znajduje się na sarkofagach, tablicach nagrobnych i różnego rodzaju obiektach. Chrześcijanie nosili zawieszone na szyi małe ryby z metalu, kamienia albo macicy perłowej z napisem: "Zechciej zbawiać" lub "Zbawiaj". Równocześnie jednak symbol ten zdawał się mieć dla chrześcijan pierwszych wieków tak wielką wartość, że ukrywali jego znaczenie o wiele dłużej niż to zdarzało się w przypadku innych symboli, do tego stopnia, że na ile można wnosić z dostępnych przekazów, jeszcze w IV wieku żaden autor nie poddaje jego pełnego wyjaśnienia. Po pierwsze więc i przede wszystkim ryba oznacza samego Chrystusa. Albowiem Chrystus mógł w bezdennej otchłani tej śmiertelności niczym w głębinie wód pozostać żywy, to jest trwać bez grzechu. św. Augusty porównuje to morze ludzkiego życia do głębiny wód. W Wyznaniach opowiada zaś o "Rybie podźwigniętej z głębiny", którą ludzkość spożywa na uczcie przygotowanej przez Boga i którą wyciągnięto z głębin, aby nakarmić spragnioną ziemię. W swoim komentarzu do tekstu Ewangelii Jana (21,9) symbolikę ryby pieczonej w ogniu ujmuje krótko słowami: "Piscis assus, Christus passus" - "Pieczona ryba jest cierpiącym Chrystusem". Niektórzy wczesnochrześcijańscy autorzy nazywają czasami Pana naszego "Rybą niebieską" (Ichthys ouranios). Spotyka się wizerunek statku, symbolizujący Kościół, niesiony przez Rybę: Kościół wspiera się na Chrystusie, swoim Założycielu. Gdy wizerunek ma przedstawiać Chrystusa pośród chrześcijan, których On połączył przez Chrzest, widoczne są małe rybki zgromadzone wokół jednej, większej, jak mówił o tym Tertulian: "Rodzimy się z wody, tak jak nasza ryba Ichthys"i możemy być ocaleni jeżeli pozostaniemy w wodzie". Najbardziej wymowna jest eucharystyczna symbolika ryby. Rzeczywiście wszędzie tam, gdzie spotyka się przedstawienie Eucharystii, czy to pod postacią uczty, konsekracji, czy innego symbolu, niezmiennie towarzyszy mu ryba. O "świętej uczcie ofiarnej jako rybie" mówi też znana inskrypcja nagrobna Aberacjusza, biskupa Hierapolis we Frygii (II w.) Czytamy w niej: "Wiara zaś wszędzie była mi przewodniczką. I zastawiała mi wszędzie pokarm Rybę ze źródła, bardzo wielką, czystą, którą ujęła Dziewica Niepokalana i (wiara) dawała ją przyjaciołom stale na pożywienie, mając wyborne wino i zastawiając je zmieszane ( z wodą) jako też chleb". Język tego napisu przestrzegający prawa tajemnicy wskazuje wyraźnie na tajemnicę wcielenia. Przez "źródło' należy więc rozumieć element niebieskiej Ryby, życie Trójcy Przenajświętszej, z której wieczne Słowo zstąpiło w łono Dziewicy. "Wielka Ryba" jest przeciwstawieniem pisciculi, "małych rybek", ukształtowanych na wzór tej wielkiej, która udziela życia łaski. Pisał w IVw. Opat z Milewe pisał: "Chrystus jest Rybą, która zostaje przywołana przy chrzcie i zanurzona w źródle". Inny napis nagrobny pochodzi z Francji, z grobu Pektoriusza z Autun. Jest to akrostych w języku greckim, którego początkowe litery tworzą słowo Ichthys Elpis- Jezus Chrystus, Syn Boży, Zbawiciel, Nadzieja. W "wiecznych falach mądrości ofiarowującej skarby", w "boskich wodach", które odmładzają duszę, "boska rasa niebiańskiej ryby otrzymuje nieśmiertelność". Następnie poemat zachęca do przyjmowania słodkiego niczym miód pokarmu Zbawiciela świętych i do spożywania ICHTHYS, "którą trzymasz w zagłębieniu dłoni". Bowiem wierni przyjmowali Komunię na prawą dłoń skrzyżowaną na lewej, tak jak czynią to dzisiaj wspólnoty neokatechumenalne. Jesteśmy rybkami płynącymi pod prąd, aby stać się wiarygodnymi   świadkami  RYBY- Zbawiciela. Celem tej wyczerpującej podróży jest niebiański staw do którego wpłyniemy aby zostać wyciągniętymi z wody przez ręce Boga.

 

 



 


 


 


 


 


 


 


 



Chrzest- to sakrament mojego narodzenia do wiary. Warto podjąć uważną refleksję nad momentem swoich narodzin, te fizyczne trudno pamiętać...swoich kochanych rodziców trzeba pytać. Pomyśleć o moim zaistnieniu jako człowieka wierzącego, o początku przygody jaką jest łaska wiary. Najcudowniejszy moment w życiu człowieka kiedy się jest w łonie swojej mamy, pływa się w wodach płodowych, czerpie się pokarm i ciepło. To naturalne środowisko staje się przestrzenią rozwoju i wzrostu. Tak podobnie jest z innym łonem w które zostajemy włączeni to Kościół-Matka. W jej wodach zostaje nam udzielone życie, to narodziny w Bogu który czyni mnie przybranym swoim dzieckiem, co za godność…jakie wybranie! Jesteśmy w tym matczynym łonie zanurzeni aby narodzić się,  jako nowe stworzenie. Chrzest staje się „kąpielą wieczności”, odrodzeniem, całkowitym odnowienie tworzywa ludzkiego bytu na obraz Boga. Jest to uzdrowienie naszej natury po grzechu Adama, uzdrowienie i obmycie w miłości Jezusa. Jak powie jeden z teologów wschodnich: „Sakrament chrztu wyraża symbolicznie całą krzywą zbawienia: potrójne zanurzenie obrazuje triduum i zstąpienie do piekieł; wynurzenie jest powrotem do Dnia, który nie zna końca. Wartość wody chrzcielnej płynie z oczyszczającej krwi Chrystusa, a u progu nowego życia znajduje się Krzyż. Odrodzenie następuję z wody i Ducha Świętego”. Ojcowie Kościoła powiedzą że, Kościół wznosi się na wodach…początkiem świata jest woda, a początkiem Ewangelii Jordan. Jordan uważano za świętą rzekę i granicę Ziemi Świętej, oddzielającą ją od gór Moabu i pustyni jordańskiej. To obmycie było dla Żydów znakiem przyjęcia wiary, święte obmycia rytualne były często praktyką, dlatego Jan Chrzciciel obmywał wodą za znak nawrócenia. Wielu pogan którzy w Starym Testamencie doświadczając nawrócenia przychodziło najpierw aby przystąpić do obmycia w Jordanie lub znanej z kart Ewangelii sadzawce Siloam, nad którą to Jezus uzdrowił niewidomego do urodzenia. Podobnie w chrześcijaństwie ale już w innym sensie teologicznym, każdy katechumen zanurzony, czy polany wodą staje się chrześcijaninem, to znaczy należącym do Chrystusa. Od tego momentu swoim życiem ma wyrażać postawę gotowości do walki ze złem świata, wyrzekać się jednocześnie mocy nieprzyjaciela jakim jest demon. Biała suknia w którą się przyobleka ma od tej pory symbolizować powrót do stanu edenicznego, niewinności i łaski. Namaszczenie ma być wyrazem wybrania, obecnej w nim mocy kapłańskiej i prorockiej Chrystusa. Po tym fakcie możemy tylko jedno słowo wypowiedzieć z głębiny naszego serca: WIERZĘ- ponieważ z Chrystusem zostałem zanurzony w wodach Jordanu, z Nim kroczę przez życie... wraz z Nim zostałem przybity do Krzyża, i wraz z Nim wejdę do Raju w misterium Zmartwychwstania. Amen.