Jutro będziemy przeżywać niezwykle malowniczą w swoim
wymiarze zewnętrznym Uroczystość
Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Wyniesiemy ze świątyni Najświętszy
Sakrament i będziemy wędrować ulicami miasta. Będą flesze aparatów
fotograficznych, dzieci sypiące kwiatki, kobiety pięknie wystrojone, jedna
przez drugą będą się prześcigały jak tu estetycznie przykuć oko przemierzających
drogę ludzi. Panowie wyprostowani i wypachnieni jak najlepsza perfumeria… wszystko takie wypełnione splendorem… tajemniczością Kogoś kto jest niesiony w złotej monstrancji.
Jednocześnie warto przebić się myślami przez ten cały, a jakże piękny folklor.
Przecież chodzi tu o Boga, który dał Siebie jako Miłość. W ten dzień powracają
słowa z Ostatniej Wieczerzy, z cudownej a jednocześnie pełnej tajemniczości
uczty pożegnalnej którą Chrystus wyprawił swoim uczniom. Oni czuli że jest
to szczególna chwila, wyjątkowa i jedyna… sprawowana w wieczór Paschy. To
wydarzenie obwieszcza cierpienie Pana, Mesjasza. Podobnie jak przełamywany został
ten święty chleb, tak ciało Jezusa zostanie wydane za życie świata… Zostało
wydane z moje i twoje życie. Uroczystość którą będziemy przeżywać jest
przedłużeniem tego co dokonało się w Wielki Czwartek. Dwa sakramenty miłości:
Kapłaństwo i Eucharystia, stanowiące krwiobieg życia wspólnoty Kościoła. Bierzcie, to jest Ciało moje, które za was
będzie wydane. Ten kielich jest Nowym Przymierzem we Krwi mojej. Czyńcie to,
ile razy pić będziecie na moją pamiątkę. Ojciec Aleksander Mień komentując
te słowa napisał: „Tak oto dokonała się Pascha Przymierza, zawartego we krwi
Baranka. Jezus rozmyślnie zachował w obrzędzie symbolikę ofiary, ponieważ
wszystkie starożytne ołtarze były wołaniem ku niebu i wyrażały pragnienie
obcowania człowieka z Najwyższym. Ostatnia Wieczerza Chrystusa jednoczyła
wiernych z Nim, z wcielonym Synem Bożym.” Bóg w tym wydarzeniu dokonał transfuzji
krwi do żył (życie..miłość..)prowadzących do naszego serca, chciał zamieszkać i pozostać
z nami w tabernakulum naszych serc. Każda Liturgia na którą przychodzimy jest
uobecnieniem tej wielkiej Miłości-misterium obdarowania serca. To jest tak
jakbyśmy weszli do „wehikułu czasu”, to co dokonało się dwa tysiące lat temu z
uczniami w Sali na górze, dokonuje się tu i teraz, na każdym ołtarzu świata… Bóg
staje się Pokarmem aby móc posilić każdego z nas. Może uchwycenie tego
wydarzenia w taki sposób pozwoli nam w postawie uwielbienia i błogosławieństwa
przejść ulicami naszych miast, aby zobaczyć Boga, nasycić Nim swój wzrok i
napełnić serce… tylko wtedy zrozumiemy na czym polega miłość. Chcemy z miłością
modlić się słowami św. Tomasza z Akwinu: O
święta Uczto, na której przyjmujemy Chrystusa, odnawiamy pamięć Jego męki, duszę napełniamy łaską i otrzymujemy zadatek
przyszłej chwały.
środa, 18 czerwca 2014
sobota, 7 czerwca 2014
Kościół po raz kolejny w pokorze serca pragnie
doświadczyć bogactwa daru Pięćdziesiątnicy.
Piszę pokornie z tym mocnym akcentem na wewnętrzną dyspozycyjność, uniżenie i otwartość, to wszystko dokonuje się w modlitwie przyzywania, tak jak to czynił Chrystus: Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, aby z wami był na zawsze (J 14, 16). To wołanie z głębin ludzkiego jestestwa aby Duch Święty urzeczywistnił Miłość. Tak głęboko o tym napisał o. Matta el-Maskine „Obietnica Ojca, ze ześle nam Ducha Świętego, została dotrzymana i proces przybrania za synów, wielokrotnie obiecanego przez Pana i oczekiwanego przez uczniów, dobiegł końca, gdy Syn przygotował w samym sobie wszystko, co było konieczne do tego. Uczniowie byli zgromadzeni w Sali na górze, zgodnie nakazem Chrystusa, aby tam czekać na obietnicę Ojca, i wszyscy trawli na modlitwie. Wtedy obietnica została spełniona przez namaszczenie ogniem…” Również my dzisiejszego dnia każdy na swój własny sposób w wieczerniku swojego domu, wielu młodych zgromadzonych w wigilię na polach lednickich w miejscu początku chrztu, na ziemi uchrystusowienia naszych przodków i dziejów historii. Z Wieczernika każdy powinien wyjść inny, nie wiem jaki...ale lepszy jako człowiek i świadek wiary. To pewnie trudne zadanie szczególnie dzisiaj w sercu dziwnego świata, w swoistym Babel globalizacji, która nie przybliża i nie otwiera na drugich… gdzie języki się pomieszały i w polifonii krzyku współczesności zakładającej słuchawki na uszy i pędzi się Bóg wie gdzie, w takiej atmosferze nie można uchwycić wiatru, gwałtownego szumu z Nieba, chcącego odnawiać oblicze ziemi tworzącego życie Parakleta. Duch Święty zstępuje na świat, wyraża się przez swoje dary i charyzmaty, urzeczywistnia się w serdecznym uśmiechu każdego dziecka, miłości ludzi i szczerym pragnieniu dawania dobra. Okrywa Go wielka tajemnica… O tej Tajemnicy sformułowanej jako modlitwa i antidotum na ból świata napisze Simone Weil „Wzywać Ducha Świętego zwyczajnie i po prostu; wołanie, krzyk. Podobnie kiedy jest się u kresu pragnienia, kiedy jest się chorym z pragnienia, nie wyobraża się sobie czynności picia w odniesieniu do siebie ani czynności picia ogólnie. Wyobraża się sobie tylko wodę, wodę samą w sobie, lecz ten obraz wody jest niczym krzyk całej istoty”. Chyba jeszcze nigdy jak dzisiaj człowiek jest tak mocno spragniony Wody (łaski Ducha Świętego), zmęczony i bezradny, zagubiony i kołaczącym sercem człowiek pragnie zaspokoić największe pragnienie. Kiedy otworzymy nasze wnętrze i pozwolimy się mimo naszej grzeszności poprowadzić przez pustynię, doświadczymy święta o którym niewiarygodnie napisał Exupery w Małym Księciu kiedy jego mały bohater doszedł strudzony do wyczekiwanej długo studni aby wreszcie zaspokoić swoje pragnienie: „Zrozumiałem już, czego szukał. Podniosłem wiadro do jego warg. Pił, mając oczy zamknięte. To było tak piękne jak święto. To było czymś więcej niż pożywieniem. Ta woda była zrodzona z marszu pod gwiazdami, ze śpiewu bloku, z wysiłku mych ramion. Sprawiała radość w sercu-jak podarek…” Zstąpienie Ducha Świętego to wyjątkowe dla każdego święto, które wypełnia...odnawia...przeobraża i przebóstwia.
Piszę pokornie z tym mocnym akcentem na wewnętrzną dyspozycyjność, uniżenie i otwartość, to wszystko dokonuje się w modlitwie przyzywania, tak jak to czynił Chrystus: Ja zaś będę prosił Ojca, a innego Pocieszyciela da wam, aby z wami był na zawsze (J 14, 16). To wołanie z głębin ludzkiego jestestwa aby Duch Święty urzeczywistnił Miłość. Tak głęboko o tym napisał o. Matta el-Maskine „Obietnica Ojca, ze ześle nam Ducha Świętego, została dotrzymana i proces przybrania za synów, wielokrotnie obiecanego przez Pana i oczekiwanego przez uczniów, dobiegł końca, gdy Syn przygotował w samym sobie wszystko, co było konieczne do tego. Uczniowie byli zgromadzeni w Sali na górze, zgodnie nakazem Chrystusa, aby tam czekać na obietnicę Ojca, i wszyscy trawli na modlitwie. Wtedy obietnica została spełniona przez namaszczenie ogniem…” Również my dzisiejszego dnia każdy na swój własny sposób w wieczerniku swojego domu, wielu młodych zgromadzonych w wigilię na polach lednickich w miejscu początku chrztu, na ziemi uchrystusowienia naszych przodków i dziejów historii. Z Wieczernika każdy powinien wyjść inny, nie wiem jaki...ale lepszy jako człowiek i świadek wiary. To pewnie trudne zadanie szczególnie dzisiaj w sercu dziwnego świata, w swoistym Babel globalizacji, która nie przybliża i nie otwiera na drugich… gdzie języki się pomieszały i w polifonii krzyku współczesności zakładającej słuchawki na uszy i pędzi się Bóg wie gdzie, w takiej atmosferze nie można uchwycić wiatru, gwałtownego szumu z Nieba, chcącego odnawiać oblicze ziemi tworzącego życie Parakleta. Duch Święty zstępuje na świat, wyraża się przez swoje dary i charyzmaty, urzeczywistnia się w serdecznym uśmiechu każdego dziecka, miłości ludzi i szczerym pragnieniu dawania dobra. Okrywa Go wielka tajemnica… O tej Tajemnicy sformułowanej jako modlitwa i antidotum na ból świata napisze Simone Weil „Wzywać Ducha Świętego zwyczajnie i po prostu; wołanie, krzyk. Podobnie kiedy jest się u kresu pragnienia, kiedy jest się chorym z pragnienia, nie wyobraża się sobie czynności picia w odniesieniu do siebie ani czynności picia ogólnie. Wyobraża się sobie tylko wodę, wodę samą w sobie, lecz ten obraz wody jest niczym krzyk całej istoty”. Chyba jeszcze nigdy jak dzisiaj człowiek jest tak mocno spragniony Wody (łaski Ducha Świętego), zmęczony i bezradny, zagubiony i kołaczącym sercem człowiek pragnie zaspokoić największe pragnienie. Kiedy otworzymy nasze wnętrze i pozwolimy się mimo naszej grzeszności poprowadzić przez pustynię, doświadczymy święta o którym niewiarygodnie napisał Exupery w Małym Księciu kiedy jego mały bohater doszedł strudzony do wyczekiwanej długo studni aby wreszcie zaspokoić swoje pragnienie: „Zrozumiałem już, czego szukał. Podniosłem wiadro do jego warg. Pił, mając oczy zamknięte. To było tak piękne jak święto. To było czymś więcej niż pożywieniem. Ta woda była zrodzona z marszu pod gwiazdami, ze śpiewu bloku, z wysiłku mych ramion. Sprawiała radość w sercu-jak podarek…” Zstąpienie Ducha Świętego to wyjątkowe dla każdego święto, które wypełnia...odnawia...przeobraża i przebóstwia.
sobota, 17 maja 2014
Pragnę przywołać esej pt. "Katedra symbol Europy", napisany przed laty przez wybitnego uczonego, poetę i historyka sztuki, Księdza Profesora Janusza Pasierba. Tekst był pisany ponad dwadzieścia lat temu, ale nic nie traci ze swojej mądrości i świeżości myśli. Autor snuje rozważania o fenomenie kulturowym jaki jest Katedra- specjalnie napisałem przez duże K. abyśmy poczuli gdzie są nasze korzenie...Katedra to symbol, a może nawet coś więcej, warto się dzisiaj zdumieć nad tym fenomenem zrodzonym w sercu Europy i ludzkiej wyobraźni z gruntu chrześcijańskiej.
Katedra. Słowo, którego obcości
nie odczuwamy w żadnym języku europejskim, chociaż wiąże nas z Grecją.
Oznaczało tam siedzibę, legowisko, krzesło, siedzenie (także w anatomicznym
sensie), bazę kolumny. O ile w starożytności pogańskiej mogło określać
siedzenie bezczynne, w dobie Nowego Przymierza stało się nazwą siedziska
dla nauczyciela. Krzesło tego, kto uczy, zaczęło oznaczać miejsce, gdzie
się naucza: kościół biskupa. Potem był to kościół biskupi i królewski,
kościół miejski, ale jak soczewka odbijający w sobie życie okolicy, wsi,
rolników i myśliwych, ich pracę jako «zajęcia miesięcy». Miasto Boga
wypełniały symbole odniesione do kosmosu i do człowieka. Znaczenie miały
strona prawa i lewa i strony świata, gdzie południe i wschód oznaczały Chrystusa
– «Słońce sprawiedliwości», Ducha Świętego i żar wiary, a zachód i północ
– Antychrysta, szatana, królestwo ciemności, także złych ludzi. Rzut
odzwierciedlał ciało ludzkie, ciało Chrystusa: prezbiterium odpowiadało
głowie, transept – rozkrzyżowanym ramionom, nawy stanowiły korpus – corpus.
Bryła kamiennych ciosów symbolizowała wspólnotę, a wierni dopasowani
do siebie przez miłość byli „żywymi kamieniami” – homines quadrati.
Gdy kolumn było dwanaście, przypominały one apostołów, okna – nauczycieli
wiary, kaznodziejów, a serce świątyni – ołtarz – oznaczał samego Zbawiciela,
jego betlejemski żłóbek lub jerozolimski grób. Tu, w obrębie świętego
kręgu, panował święty porządek, kosmos. Każdy był na swoim miejscu: biskup,
władca, kanonicy, wierni podzieleni na mężczyzn i kobiety. Była tu Jerozolima
i Rzym, labirynt i łacińska jasność.
W średniowieczu Europa była
tam, pokąd sięgały katedry. Najdalej na wschód wysunięte prezbiterium
katedralne ma Gniezno. Przez ten pierwszy, co do rangi, kościół kraju zaczęliśmy
należeć do «głównego lądu», bowiem gdzie katedra, tam była Europa. Z katedry
wyszły podstawowe instytucje tworzące kulturę europejską. Przez wieki
kwitły w jej cieniu szkoły katedralne. Gdy powstały uniwersytety, profesorowie,
jak biskupi w swoich świątyniach, zasiedli na katedrach, i tak jest do
dziś, na wieczną tych związków pamiątkę.
W katedrze nauczał biskup, ale
uczyła także architektura, rzeźba i malarstwo. Od dawna kojarzono katedrę
z summą wiedzy, a równocześnie z arcydziełem sztuki. Dla Wiktora Hugo
ostatnią katedrą była twórczość Szekspira, a dla współczesnego nam Georgesa
Duby – Boska komedia Dantego.
Tak jak ongiś katedry wyrastały
ponad miasta i orientowały wędrowców, ponieważ górowały nad okolicą, tak
dziś górują ponad historią. Wracamy do nic, szukając swoich korzeni.
Uczone studia poświęcili im Gunter Pandmann, Heinrich Dittmar, Georges
Duby, Friedrich Hobius, Hans Sedlmayr, Otto von Simson, nie licząc autorów
monografii poszczególnych świątyń. Mnożą się albumy i wydawnictwa popularne.
Kultura masowa, choć pragnie wciągnąć katedry na obszar swojej symboliki,
staje przed nimi onieśmielona: można powiedzieć turystom, ile schodów prowadzi
na wieżę, ale trudno określić, jak ona wysoko sięga.
Złotym wiekiem katedr było
gotyckie i katolickie średniowiecze. Emblematycznie ukazują to dzieje
katedry w Kolonii. Jej budowę, rozpoczętą w roku 1248, przerwały w roku
1560 renesans i reformacja. W wieku XVIII katedra przestanie być znakiem wyłącznie religijnym
i stanie się także świeckim symbolem kulturowym, związanym z historią
Europy, poczynając od wielkiej rewolucji francuskiej, aż po nasze dni.
Wiek XIX, odkrywając
gotyk, podniesie katedrę na wyżyny mitu.
Wielka rewolucja francuska
potraktowała katedry jak symbole ancien regime: z jednakową siłą
uderzyła w tron i w ołtarz. Na fasadzie katedry Notre Dame ścięto głowy
biblijnym królom. Ale to nie rewolucja wymyśliła taką identyfikację
sacrum i profanum. To już średniowieczni legiści głosili, że rex Francorum
est quidam Deus corporalis, i jeszcze Chateaubriand w Odzie
ku czci Karola X w 1824 roku powtórzy, że władca Francji to «kapłan i król w
jednej osobie». Teraz, w dobie rewolucji, arcybiskup Paryża składa wraz z
dwoma innymi biskupami swoje insygnia i wyrzeka się kapłaństwa, podobnie
jak uczyniło to pięć szóstych spośród trzydziestu tysięcy księży francuskich.
Wcześniej, tysiące księży, którzy nie złożyli przysięgi na konstytucję,
została w różny sposób straconych lub deportowanych. W katedrze Notre
Dame odbyła się inauguracja nowego Kultu Rozumu. Był dzień 10 listopada
1793 roku, kiedy w katedrze ustawiono konstrukcję w kształcie skały, na
której wznosiła się budowla przypominająca antyczną świątynię. U podnóża
i na zboczach tej góry stały dziewczęta, które na widok «bogini Rozumu»,
która wyszła ze świątyni, zaintonowały hymn uwielbienia. Aktorka odgrywająca
rolę bogini ubrana była w szaty trójkolorowe: na białą szatę miała narzucony
niebieski płaszcz, a na głowie – czerwony czepek. Zasiadała na tronie
okrytym zielonym aksamitem, a wyznaczony mówca oznajmił, że: oto fanatyzm
religijny ustąpił miejsca sprawiedliwości i prawdzie. Odtąd nie będzie
już więcej księży, bogów i wierzeń, prócz tych, jakie Natura objawiła ludzkości.
Tę swoistą liturgię powtarzano i poza Paryżem. Wiele francuskich katedr
przekształcono w «świątynie Rozumu», a Chartes ledwo uniknęło zburzenia.
Jednak interwencja w klubie jakobinów spowodowała, że Konwent Narodowy
zabronił dalszego prześladowania ugodowego Kościoła «konstytucyjnego»,
zamykania świątyń i propagandy bezbożnictwa. Stopniowo księża wychodzą
z konspiracji, podczas której odprawiali Msze w domach prywatnych i stodołach,
a wierni łączyli się z tymi nabożeństwami duchowo, często na wielką odległość
(tzw. «Msze ślepe»), i wracają do świątyń. Katedry ożywają. Reszty dokona
później konkordat napoleoński z dnia 15 lipca 1801 roku i les lois de
Separation (1905, 1907 i 1908). Z symbolu monarchii i reakcji katedra
staje się symbolem narodowym.
Kiedy młody Goethe, przechorowawszy
się i ze względu na nieprzyjemnie układające się stosunki z ojcem pragnący
opuścić rodzinny dom we Frankfurcie, przybywa do Strasburga z zamiarem
kontynuowania rozpoczętych w Lipsku i przerwanych w 1768 roku studiów,
ledwie złoży swe rzeczy w oberży «Pod Duchem», pierwsze swe kroki kieruje
do katedry. Jeszcze w drodze, kiedy dojeżdżał do miasta, pokazywali mu
ją, widoczną z daleka, towarzysze podróży. Wpatrywał się w nią «spory kawał
drogi» – teraz doszło do głosu «gorące pragnienie» ujrzenie jej z bliska.
«Gdybym teraz – cytuję ciągle księgę IX Zmyślenia i prawdy – nagle w wąskiej uliczce zobaczył
ten gigantyczny gmach, a potem na bardzo wąskim placyku zbyt blisko przed
nim stanąłem, doznałem osobliwego wrażenia, którego jednak na razie
myślą objąć nie mogłem: wchłonąłem je tylko w siebie, bo pilno mi było wejść
na górę, by pochwycić jeszcze pełnię słonecznego blasku, która miała mi
nagle objawić obraz rozległego żyznego kraju», który podziwia jak czystą
kartę, gdzie mają się zapisać przyszłe radości i smutki. Dopiero po zejściu
stanął Goethe «przez pewien czas w kontemplacji przed tym wspaniałym gmachem;
ale nie wtedy, ani później nie mogłem – wyzna – pojąć, czemu to cudo architektury,
które było dla mnie czymś niesamowitym i powinno było mnie przerazić,
wydawało mi się jednocześnie, dzięki swej szlachetnej w liniach kompozycji
oraz precyzji wykonania całkiem proste, a nawet przyjemne dla oka. Nie
starałem się wcale dociekać, na czym ta sprzeczność polega, lecz poddawałem
się spokojnie wrażeniom, jakie ten zdumiewający zabytek przez samo swe
istnienie na mnie wywierał». Jakże znamienne są dla okresu «burzy i naporu»
(Sturm und Drang) oba te uczucia: klasycystycznej niechęci i romantycznej
fascynacji średniowiecznym zabytkiem! Do tego przeżycia odwoła się dwukrotnie,
pisząc nie o gotyckiej, a o niemieckiej architekturze w roku 1772 i 1823.
(…)
Młody Goethe wyznaje, że do tej
pory z gotykiem kojarzyły mu się «nieokreśloność, bezład, nienaturalność,
klecenie, łatanie, przeładowanie» ozdobami. Wspomina, że kiedy po raz
pierwszy zbliżał się do katedry w Strasburgu, obawiał się «widoku szpetnego,
zjeżonego potwora», tymczasem doznał nieoczekiwanego uczucia, którym
«mógł się rozkoszować i upajać, ale nie mógł go zrozumieć ni wyjaśnić».
Było to wrażenie harmonii wielu części, napełniające «niebiańsko –
ziemską rozkoszą»! Przeżywał je wielokroć, wracając w różnych porach
dnia, by podziwiać «wielkiego ducha naszych starszych braci», niemieckich
artystów. Arcydzieło «sztuki charakterystycznej» jest tworem narodu i
epoki, ale przede wszystkim geniusza, wielkiego twórcy, dziełem porównywalnym
do cudownych tworów natury. Jeśli dla geniusza «szkodliwsze od przekładów
są zasady», to dla odbiorcy dzieła – teoria «pięknoduchów» w rodzaju
Sulzera.
(…)
Tymczasem Goethe zwiedził już
katedrę w Mediolanie, której styl zniekształciły «późniejsze zmiany»,
dopiero katedra kolońska dała mu przeżycie porównywalne z tym, jakiego
doznał przed laty w Strasburgu, przeżycie niepokoju, nie dającego się
nawet określić. Było to wrażenie «czegoś niedoskonałego, niesamowitego,
gdzie właśnie to, co nieukończone, przypomina nam o ograniczoności
człowieka, skoro tylko ośmiela się stworzyć coś ponad swoje możliwości».
(…)
Można by powiedzieć, że w XIX wieku dojdzie do symbolicznej wojny katedr. Stulecie
to stworzy mit katedry. Stanie się to we Francji za sprawą Wiktora Hugo,
którego Katedra Notre Dame wyjdzie w 1831 roku. Mit ten nie nabrałby
jednak konkretyzacji i siły bez «filozofa – konserwatora»,
Viollet-le-Duca, który zapożyczył swoją wiedzę od Ludwika Viteta, konserwatora
zabytków, autora monografii o katedrze Notre Dame (1845). O ile wizja Wiktora
Hugo wiąże się z falą nostalgii za średniowiecznym chrystianizmem, opiewanym
przez Rene Chateaubrianda w jego Geniuszu chrześcijaństwa, to Vitet dopatruje
się w katedrze wyrazu laicyzacji społeczności miejskiej.
Viollet-le-Duc dopowie, że katedry były wzniesionym w kamieniu protestem
miast przeciw feudałom, że były kamiennym krzykiem ludu o wolność. Posłużył
się tu przykładem katedry w Laon: zburzenie chóru z półokrągłym obejściem
i zastąpienie go długim prostokątnym prezbiterium miało, jego zdaniem,
służyć… zgromadzeniom ludowym. Z tych fantastycznych, nie opartych na
gruntownych badaniach źródłowych, twierdzeń narodziła się jednak – jak
słusznie podkreśla Alain Erlande-Brandenbourg – nowa wizja katedry jako
symbolu «czystego», odpreparowanego od kontekstu, wyniesionego ponad
otoczenie, a jakie katedra zawsze tuliła do siebie i pragnęła spirytualizować.
Konsekwencją stało się zniszczenie otoczenia katedry, to co Bernard
Huet, czyniąc aluzję do tytułu sztuki Eliota, nazwał «morderstwem obok katedry».
Tak stało się z Notre Dame i wieloma katedrami Europy. Pisał o tym już Wiktor
Hugo, opisując zniszczenie przez purystów, fanatyków gotyku, otoczenia
Notre Dame.
Katedra Notre Dame jest nie
tylko hymnem ku czci katedry, ale i realistycznym opisem jej losów. W pełnym
uwielbienia opisie Hugo «sędziwa królowa naszych katedr, swoisty twór człowieka,
potężny i płodny niczym twór boski», odznacza się takimi przymiotnikami,
jak: «rozmaitość i wiecznotrwałość». Hugo zauważa to samo, co w Strasburgu
dostrzegł Goethe: powagę i potęgę, która przeraża: quae mole sua terrorem
incutit spectantibus. Onieśmielający majestat nie powstrzymał jednak
profanatorów, tych wszystkich, co oszpecili lub ogołocili ten zabytek.
Są nimi «architekci, artyści naszych dni», a także «arcybiskupi – wandale,
którzy oszpecili swoją katedrę tynkami barwy żółtej, jaką kat zamalowywał
ongiś budynki zhańbione zbrodnią». A «mody zrobiły więcej złego niż rewolucje»
– ciągnie Hugo, piętnując także barbarzyńców w togach profesorów.
Poeta doskonale czuje gotyk, jego arystoteliczną pasję eksperymentowania:
katedra nie jest «budowlą jednolitą, określoną, skończoną», i dzięki temu
może być symbolem o wiele pojemniejszym niż dzieło jednolite: «jest to
budowla okresu przejściowego, równocześnie opactwo romańskie, kościół
filozoficzny (…), sztuka gotycka, sztuka saksońska (…) jest [ona] wśród starych
kościołów Paryża czymś w rodzaju Chimery – ma głowę jednego, kończyny drugiego,
grzbiet trzeciego. To wszystko mówi nam, jak bardzo pierwotnym zjawiskiem
jest architektura (…), [że] najwspanialsze osiągnięcia tej sztuki są bardziej
dziełami społeczeństw niż jednostek, że rodzą się one raczej z pracy ludów
niż wytryskają z geniusza jednostki, że jest to wkład całego narodu, spuścizna
stuleci». Katedra jest więc symbolem syntetyzującym czas («czas jest
architektem») i przestrzeń, symbolem dynamicznym, znakiem stawania
się. Jest ona dziełem człowieka, ale przypominającym działanie przyrody,
przywodzi bowiem na myśl skały, rośliny i zwierzęta: ten «wielki symbol
architektury, wieża Babel, ma kształt ula».
«Katedry w gruncie rzeczy nie
istnieją, lecz stają się» – mówi Hugo – a tym, co w nich trwa, jest chrześcijańska
koncepcja: «wszystkie te różnice (stylistyczne) dotyczą tylko
powierzchni budowli. Sztuka zmieniła skórę. Lecz plan i zasada chrześcijańskiego
kościoła nie zostały naruszone z tej przyczyny (…), skoro zapewnione i zabezpieczone
zostały warunki dla wypełnienia religijnego obrzędu – architektura może
robić wszystko, co się jej podoba (…), stąd to bierze się cudowna rozmaitość
zewnętrzna tych gmachów, u których podstaw leży tak wielki ład i jednolitość.
Pień drzewa jest niezmienny, liście są kapryśnie różnorodne».
Jedna katedra jest symbolem
całego miasta (…), w niej są obecne wszystkie jego kościoły, ale i coś więcej:
«to, co powiedzieliśmy o katedrze paryskiej – trzeba powiedzieć o wszystkich
średniowiecznych kościołach chrześcijaństwa». Katedra symbolizuje
więc całe chrześcijańskie i europejskie universum historyczne.
Ten znak został jednak zakwestionowany:
«księga zabije gmach». Katedra była księgą, którą wynalazek druku uczyni
zbędną.
(…)
Aż do wieku XV wszystko było zapisywane w kamieniu. Teraz «architektura
zostaje zdetronizowana. Miejsce kamiennych liter Orfeusza zajmą ołowiane
litery Guttenberga». I tu Hugo zaczyna opłakiwać architekturę, której
kształt «teokratyczny» przed chwilą oskarżał. Od renesansu począwszy,
architektura przestaje wyrażać społeczeństwo, a my, Europejczycy, to
«zachodzące słońce», jakim było odrodzenie, «bierzemy za jutrzenkę». Cóż
się stało? Oto «geniusz gotycki zgasł na zawsze na widnokręgu sztuki, architektura
traci blask». Jej ostatnim, zrozpaczonym obrońcą był… Michał Anioł. Obecnie
wszędzie widać «objawy wyczerpania i osłabienia – niechaj nikt się nie
łudzi, architektura umarła, umarła bezpowrotnie, zabita przez drukowaną
książkę», ponieważ «książka tak szybko gotowa, tak niewiele kosztuje i tak
daleko dociera [cóż za świetny opis mass mediów! — przyp. J. St. P.], podczas
gdy każda katedra to miliard».
Jedno jednak pozostaje: wartości
symboliczne, choć zmieniają się ich treści. Katedra – księga nie przestaje
być «czytana» (…). Kiedy próbujemy stworzyć jeden obraz ze wszystkich,
«wytworów druku», jakie się od Guttenberga po nasze dni pojawiły, «czyż
całość ta nie staje przed nami niby ogromna, wsparta na całym świecie
budowla?» Jest to nawa wieża Babel, której szczyt gubi się w chmurach.
Książka – katedra – oto nowy emblemat Europy. Będzie tak dopóty, dopóki nie
zdewaluują go elektroniczne środki przekazu w XX wieku. Przez pięć wieków cała ludzkość była zajęta
budowaniem królestwa druku, tego nowego gmachu o tysiącu pięter. Były tu,
jak w gotyckiej katedrze, mroczne kaplice, «jaskinie nauki i krzewiące się
na zewnątrz arabeski, rozety i koronki» sztuki. Powstała nowa harmonia, równie
zaskakująca jak tamta, gotycka. «Od katedry Szekspira po meczet Byrona
tysiąc wieżyczek tłoczy się bezładnie na tej metropolii powszechnej
myśli. U fundamentów gmachu wypisano kilka starych tytułów ludzkości,
których nie zanotowała architektura»: to Homer, Biblia, Wedy i Nibelungi.
Podobnie jak ongiś średniowieczna katedra, «ów cudowny budynek jest
zresztą zawsze nieskończony», podobnie jak ona jest on dziełem wielkich
anonimowych mas: «cała ludzkość stoi na rusztowaniach».
Póki co, w XIX wieku książki próbują ratować katedry. Papierowa
wieża Babel próbuje ocalić kamienne średniowieczne miasto Boga. Mnożą się
dzieła. Powstaje teoria i filozofia konserwacji. Nigdy też literatura
piękna, poeci i powieściopisarze nie czynili tyle, co w tym stuleciu, na
rzecz architektury.
(…)
Kiedy Marcel Proust pisze 16
sierpnia 1904 roku w «Figaro» o «śmierci katedr», jeszcze przez 10 lat katedry
europejskie, zwłaszcza francuskie, będą raczej zagrożone powolnym umieraniem,
niż tragiczną śmiercią. Ta rozwinie nad nimi swój płomienny sztandar podczas
I wojny światowej, w latach 1914–1918. W 1916 roku padnie jej ofiarą katedra
w Reims i stanie się takim samym symbolem jak Verdun. W czasie I wojny
światowej rodzi się katedra – męczennica, reduta ducha narodowego, broniącego
się przed najazdem nowych Hunów, pod jej rozdartymi sklepieniami pojednają
się republikanie i ultramontanie, socjaliści i katolicy.
Druga wojna światowa pomnoży
ilość katedr – męczennic. Będą to przede wszystkim katedry krajów zjednoczonych
w wielkiej koalicji antyhitlerowskiej. Zbombardowana katedra w Coventry
pozostanie ruiną, pomnikiem, do którego zostanie dobudowana nowa świątynia.
Alianci bombardowali o wiele celniej, oszczędzając na ogół zabytki: katedra
w Kolonii tkwiła na Renem przez pierwsze powojenne lata jak sczerniały
okręt na morzu gruzów miasta. Katedra w Gnieźnie została jeszcze przed
zniszczeniem w 1945 roku zbezczeszczona: umieszczono w niej na stoliku,
który miał imitować ołtarz, portret Hitlera. W Pelplinie urządzono w katedrze
promocję absolwentów szkoły policyjnej, przeciwko czemu zaprotestował
z Gdańska biskup Splett. Katedrę warszawską burzono i palono metodycznie:
po wojnie w jej murze umieszczono na straszną pamiątkę – gąsienicę, wymierzonego
w nią przez hitlerowców, «goliata»… Katedra św. Jana stała się pierwszą z
polskich katedr – męczennic; w jej dźwiganych z gruzów murach kazał się
pogrzebać pierwszy prymas, który przyszedł z Gniezna do Warszawy, kardynał
Hlond. Symboliczną rolę trzech polskich katedr, ofiar II wojny światowej, określa właściwie odbudowa:
wszystkie trzy – gnieźnieńską, warszawską i poznańską regotyzowano,
jakby szukając głębiej, pod powierzchnią, w dawności, korzeni jakże
potrzebnych w sytuacji, gdy miał się walić wszelki stary porządek. Katedra
warszawska zaczęła być miejscem pamięci. Zaczęto tu gromadzić pamiątki rzeczy
polskich, gdzie indziej zagrożonych czy niszczonych, jak choćby płytę upamiętniającą
Cmentarz Orląt. Będąc nekropolią (choć w stolicy będzie pod tym względem z
nią współzawodniczył kościół św. Krzyża, jak z Wawelem – Skałka), jest
znowu miejscem, gdzie obchodzi się wielkie rocznice i współczesne wydarzenia
narodowe.
(…)
Trudno jest dziś odróżnić w
wielu przypadkach turystów od pielgrzymów. Jeśli idzie o Polskę, nawet
turyści są w dużej mierze pielgrzymami, podczas gdy na zachodzie Europy
na ogół bywa odwrotnie. Jednego dnia, 1 maja 1987 roku, odwiedziło katedrę,
a raczej zwiedziło (choć jakie to zwiedzanie w takiej masie) 50 tysięcy osób
– odnotowujący to publicyści, podkreślają w imię prawdy, że tego dnia
muzea były zamknięte, a za wstęp do katedry się nie płaci.
Czy nie jest to ostanie wcielenie
katedry: czy stała się ona obiektem kultury masowej, symbolem ładnej i
szybkiej konsumpcji przelotnych estetycznych wrażeń? Czy są to wrażenia
wywołane dawnością obiektu, bo przecież wszyscy rozpaczliwie szukają
jakiegoś fundamentu? Czy jest to wyraz nostalgii za przeszłością?
Katedra europejska jest zjawiskiem
historycznym. W Europie nie buduje się nowych katedr. Nowe katedry powstają
w nowym świecie, można by tu wskazać Brazylię, Tokio, jakieś kraje misyjne.
Katedrami XX wieku stają
się, zwłaszcza gdy przybywa niestrudzony papież, place, stadiony, lotniska,
błonia.
(…)
Katedra Europa. Wynurzywszy
się z romantycznych mgieł XIX wieku jak okręt – widmo, katedra średniowieczna zolbrzymiała w
katedrę – nostalgię, katedrę – utopię. Czym tłumaczyć fakt, że my,
Polacy, po przejściu przez ogień i wodę drugiej wojny światowej, zapragnęliśmy
stworzyć swoją nową przeszłość, regotyzując katedry w Warszawie, Gnieźnie,
Poznaniu, jak nie pragnieniem podkreślenia naszej europejskiej przynależności?
Czymże innym jest jak nie marzeniem, utopią i projektem rekonstruowana
współcześnie w takim trudzie, na wzór średniowiecznego universum,
Europa? Europa zawsze była konstrukcją, dziełem kultury. Naturalnie biorąc,
istnieje tylko Eurazja. Europa nie jest wyodrębniona w sposób naturalny
od Azji. Jej granice od Wschodu wyznacza kultura. Europę zawsze trzeba było
tworzyć i budować, zapewniać jej ciągłość. I taka jest dziś: różnorodna
aż do niekształtności – to ją opisywał Wiktor Hugo, pisząc o katedrze –
nigdy nie ukończona, dziedziczona i zadawana jak najtrudniejsza lekcja
nowym pokoleniom, pełna odrębności, aż do niepodobieństwa, pomimo murów
i drutów naszego stulecia, zawsze jakoś jedna“.
czwartek, 23 stycznia 2014
chrześcijanie waleczne koguty
niedziela, 19 stycznia 2014

Nazajutrz zobaczył podchodzącego ku niemu Jezusa, i rzekł:
"Oto Baranek Boży, który gładzi grzechy świata" (J 1,29-34)
W Ewangelii to św. Jan Chrzciciel wskazuje na tak upragnionego
i długo oczekiwanego Syna Bożego. Nie waha się wyciągnąć dłoni w kierunku Jezusa i wypowiedzieć słowa które zapiszą się w najważniejszym momencie Eucharystii, tuż przed przyjęciem Świętych Postaci, to On-Baranek, ten którego szuka wasze serce.
Jako ludzie wierzący jesteśmy w codzienności życia zaproszeni do szukania i adoracji Boga. Mam taką nieodpartą pokusę aby w kontekście tego fragmentu Ewangelii odwołać się do obrazu, jest nim Ołtarz gandawski, znany bardziej pod tytułem Adoracji Mistycznego Baranka autorstwa braci van Eyck. Ołtarz został zamówiony w 1420 roku przez zamożnych mieszczan Jodoka Vydta i jego zonę Elżbietę. Jest to pierwsze dzieło i nieprześcignione dzieło nowego stylu charakterystycznego dla rozwijającego się dumnie malarstwa niderlandzkiego. Ołtarz van Eycków jest tryptykiem, składa się z części środkowej i ruchomych skrzydeł bocznych. Kiedy otwieramy skrzydła jawi nam się w strefie górnej siedem obrazów. W środkowym przedstawieniu widzimy, siedzącego i tronującego, frontalnie przedstawionego Boga Ojca, w bogato bramowanej kapie, papieskiej tiarze na głowie, berło w dłoni, a prawą ręką czyni gest błogosławieństwa. Na dwóch obraz po bokach przedstawienia Boga-Ojca, znajdują się orędownicy: Matka Boska i św. Jan Chrzciciel-Prorok, oboje mają otwarte księgi. Dalej na prawo możemy dostrzec grupy aniołów, wykonujących muzykę na instrumentach. Mamy również obraz pierwszych prarodziców: Adama i Ewy. Dolna strefa to najbardziej mnie osobiście intrygujące duchowo i estetycznie przedstawienie Adoracji Baranka Mistycznego, po Jego bokach cztery grupy: sprawiedliwych sędziów, rycerzy Chrystusa, mnichów-pustelników oraz grono pielgrzymów, wszyscy oni skierowali swoje spojrzenie ku ołtarzowi na którym stoi Baranek. Ta adoracja stanowi odniesienie do Apokalipsy: ujrzałem rzeszę tak wielką, której nikt nie mógł zliczyć, ze wszystkich narodów i pokoleń i ludów i języków. Stojąc przed tronem i obliczem Baranka, przyodziani są w białe szaty i z palmami w ręku, wołali głosem donośnym...
Celem ludzkiego pielgrzymowania, drogi wiary ma stać się wieczna, jedyna i wypełniająca serce człowiecze, adoracja Chrystusa-Baranka, w Królestwie Niebieskim. To wszystko przed nami, ale warto wyruszyć w drogę, która wcale nie wydaje się przyjemna i łatwa, ale perspektywa końca będzie zapowiedzią szczęścia która się wypełni na ołtarzu miłości, kiedy nasze życie będzie w Bogu. Na tym obrazie jest również miejsce dla mnie i dla ciebie, blisko aniołów i strudzonych wędrowców których powiodła muzyka nieba i pragnienie życia wiecznego.
sobota, 11 stycznia 2014
Chrześcijanin jest jak ryba w wodzie
Chrześcijanie są jak ryby w wodzie tak w starożytnym Kościele św. Ambroży
określał wyznawców którzy przez sakrament chrztu zostali włączeni
w nurt życia. Ewangelie przekazują, że Zbawiciel wielokrotnie posłużył się
symbolem ryby. Pierwsi uczniowie których wezwał po imieniu, byli rybakami znad
jeziora Galilejskiego: "Pójdźcie za Mną, a uczynię was rybakami
ludzi"(Mt 4,19, Mk 1,17). Innym razem słyszymy słowa przynaglenia
wypowiedziane do Piotra: "Nie bój się, odtąd ludzi łowić będziesz"
(Łk 5,10). W eschatologicznej wizji końca dziejów, Sąd Ostateczny przedstawiony
zostaje jako obraz rybaka zagarniającego w swoją sieć dobre i złe
ryby; dobre zatrzymuje a złe odrzuca (Mt 13,47). Kiedy wielki tłum zgromadził
się aby słuchać Mistrza, zostają nakarmieni kilkoma rybami które przynosi
chłopiec, a po swoim zmartwychwstaniu na brzegu jeziora przygotowuje Pan
posiłek dla siedmiu swoich uczniów- pieczoną rybę na ogniu (J 21,9). Pierwsze
wspólnoty chrześcijan wraz z Radosną Nowiną przyjęły i szacunkiem otaczały
symbol ryby. Odniesieni go do chrztu narzucało się prawie samo z siebie, tym
bardziej że chrzest był rzeczywiście zanurzeniem w wodzie, kiedy wchodzili do
baptysterium byli jak ryby pływające w wodzie. Tertulian pisał: "My
natomiast rybki zgodnie z naszym Ichtys (Ryba) Jezusem Chrystusem
rodzimy się w wodzie i nie możemy się inaczej zbawić jak tylko przebywając w
wodzie". Wizerunki rybaka i ryby, przedstawiające kaznodzieję i
nawróconego, są jak najbardziej zrozumiałe. Istnieją jeszcze inne przyczyny
powszechności symbolu ryby w chrześcijaństwie. Najważniejsza z nich to
tajemniczy sens pięciu liter składających się na słowo ICHTHYS (Iesous
Christos Theou Yios Soter). Symbol ten znajduje się na sarkofagach,
tablicach nagrobnych i różnego rodzaju obiektach. Chrześcijanie nosili
zawieszone na szyi małe ryby z metalu, kamienia albo macicy perłowej z napisem:
"Zechciej zbawiać" lub "Zbawiaj". Równocześnie jednak
symbol ten zdawał się mieć dla chrześcijan pierwszych wieków tak wielką
wartość, że ukrywali jego znaczenie o wiele dłużej niż to zdarzało się w
przypadku innych symboli, do tego stopnia, że na ile można wnosić z dostępnych
przekazów, jeszcze w IV wieku żaden autor nie poddaje jego pełnego wyjaśnienia.
Po pierwsze więc i przede wszystkim ryba oznacza samego Chrystusa. Albowiem
Chrystus mógł w bezdennej otchłani tej śmiertelności niczym w głębinie
wód pozostać żywy, to jest trwać bez grzechu. św. Augusty porównuje to morze ludzkiego
życia do głębiny wód. W Wyznaniach opowiada zaś o "Rybie
podźwigniętej z głębiny", którą ludzkość spożywa na uczcie przygotowanej
przez Boga i którą wyciągnięto z głębin, aby nakarmić spragnioną ziemię. W
swoim komentarzu do tekstu Ewangelii Jana (21,9) symbolikę ryby pieczonej w
ogniu ujmuje krótko słowami: "Piscis assus, Christus passus" -
"Pieczona ryba jest cierpiącym Chrystusem". Niektórzy
wczesnochrześcijańscy autorzy nazywają czasami Pana naszego "Rybą
niebieską" (Ichthys ouranios). Spotyka się wizerunek statku,
symbolizujący Kościół, niesiony przez Rybę: Kościół wspiera się na Chrystusie,
swoim Założycielu. Gdy wizerunek ma przedstawiać Chrystusa pośród chrześcijan,
których On połączył przez Chrzest, widoczne są małe rybki zgromadzone wokół
jednej, większej, jak mówił o tym Tertulian: "Rodzimy się z wody, tak jak
nasza ryba Ichthys"i możemy być ocaleni jeżeli pozostaniemy w
wodzie". Najbardziej wymowna jest eucharystyczna symbolika ryby.
Rzeczywiście wszędzie tam, gdzie spotyka się przedstawienie Eucharystii, czy to
pod postacią uczty, konsekracji, czy innego symbolu, niezmiennie towarzyszy mu
ryba. O "świętej uczcie ofiarnej jako rybie" mówi też znana
inskrypcja nagrobna Aberacjusza, biskupa Hierapolis we Frygii (II w.) Czytamy w
niej: "Wiara zaś wszędzie była mi przewodniczką. I zastawiała mi wszędzie
pokarm Rybę ze źródła, bardzo wielką, czystą, którą ujęła Dziewica
Niepokalana i (wiara) dawała ją przyjaciołom stale na pożywienie, mając wyborne
wino i zastawiając je zmieszane ( z wodą) jako też chleb". Język tego
napisu przestrzegający prawa tajemnicy wskazuje wyraźnie na tajemnicę
wcielenia. Przez "źródło' należy więc rozumieć element niebieskiej Ryby,
życie Trójcy Przenajświętszej, z której wieczne Słowo zstąpiło w łono Dziewicy.
"Wielka Ryba" jest przeciwstawieniem pisciculi, "małych
rybek", ukształtowanych na wzór tej wielkiej, która udziela życia łaski.
Pisał w IVw. Opat z Milewe pisał: "Chrystus jest Rybą, która zostaje
przywołana przy chrzcie i zanurzona w źródle". Inny napis nagrobny
pochodzi z Francji, z grobu Pektoriusza z Autun. Jest to akrostych w języku
greckim, którego początkowe litery tworzą słowo Ichthys Elpis- Jezus
Chrystus, Syn Boży, Zbawiciel, Nadzieja. W "wiecznych falach mądrości
ofiarowującej skarby", w "boskich wodach", które odmładzają
duszę, "boska rasa niebiańskiej ryby otrzymuje nieśmiertelność".
Następnie poemat zachęca do przyjmowania słodkiego niczym miód pokarmu
Zbawiciela świętych i do spożywania ICHTHYS, "którą trzymasz w
zagłębieniu dłoni". Bowiem wierni przyjmowali Komunię na prawą dłoń
skrzyżowaną na lewej, tak jak czynią to dzisiaj wspólnoty neokatechumenalne.
Jesteśmy rybkami płynącymi pod prąd, aby stać się wiarygodnymi
świadkami RYBY- Zbawiciela. Celem tej wyczerpującej podróży jest
niebiański staw do którego wpłyniemy aby zostać wyciągniętymi z wody przez ręce
Boga.
Chrzest- to sakrament mojego narodzenia do wiary.
Warto podjąć uważną refleksję nad momentem swoich narodzin, te fizyczne trudno
pamiętać...swoich kochanych rodziców trzeba pytać. Pomyśleć o moim zaistnieniu
jako człowieka wierzącego, o początku przygody jaką jest łaska wiary.
Najcudowniejszy moment w życiu człowieka kiedy się jest w łonie swojej mamy, pływa
się w wodach płodowych, czerpie się pokarm i ciepło. To naturalne środowisko
staje się przestrzenią rozwoju i wzrostu. Tak podobnie jest z innym łonem w
które zostajemy włączeni to Kościół-Matka. W jej wodach zostaje nam udzielone
życie, to narodziny w Bogu który czyni mnie przybranym swoim dzieckiem, co za
godność…jakie wybranie! Jesteśmy w tym matczynym łonie zanurzeni aby narodzić
się, jako nowe stworzenie. Chrzest staje się „kąpielą wieczności”,
odrodzeniem, całkowitym odnowienie tworzywa ludzkiego bytu na obraz Boga. Jest
to uzdrowienie naszej natury po grzechu Adama, uzdrowienie i obmycie w miłości
Jezusa. Jak powie jeden z teologów wschodnich: „Sakrament chrztu wyraża
symbolicznie całą krzywą zbawienia: potrójne zanurzenie obrazuje triduum i zstąpienie
do piekieł; wynurzenie jest powrotem do Dnia, który nie zna końca. Wartość wody
chrzcielnej płynie z oczyszczającej krwi Chrystusa, a u progu nowego życia
znajduje się Krzyż. Odrodzenie następuję z wody i Ducha Świętego”. Ojcowie
Kościoła powiedzą że, Kościół wznosi się na wodach…początkiem świata jest woda,
a początkiem Ewangelii Jordan. Jordan uważano za świętą rzekę i granicę Ziemi
Świętej, oddzielającą ją od gór Moabu i pustyni jordańskiej. To obmycie było
dla Żydów znakiem przyjęcia wiary, święte obmycia rytualne były często
praktyką, dlatego Jan Chrzciciel obmywał wodą za znak nawrócenia. Wielu pogan
którzy w Starym Testamencie doświadczając nawrócenia przychodziło najpierw aby
przystąpić do obmycia w Jordanie lub znanej z kart Ewangelii sadzawce Siloam,
nad którą to Jezus uzdrowił niewidomego do urodzenia. Podobnie w
chrześcijaństwie ale już w innym sensie teologicznym, każdy katechumen
zanurzony, czy polany wodą staje się chrześcijaninem, to znaczy należącym do
Chrystusa. Od tego momentu swoim życiem ma wyrażać postawę gotowości do walki
ze złem świata, wyrzekać się jednocześnie mocy nieprzyjaciela jakim jest demon.
Biała suknia w którą się przyobleka ma od tej pory symbolizować powrót do stanu
edenicznego, niewinności i łaski. Namaszczenie ma być wyrazem wybrania, obecnej
w nim mocy kapłańskiej i prorockiej Chrystusa. Po tym fakcie możemy tylko jedno
słowo wypowiedzieć z głębiny naszego serca: WIERZĘ- ponieważ z Chrystusem
zostałem zanurzony w wodach Jordanu, z Nim kroczę przez życie... wraz z Nim zostałem przybity do Krzyża, i wraz
z Nim wejdę do Raju w misterium Zmartwychwstania. Amen.
Subskrybuj:
Posty (Atom)