piątek, 6 lutego 2015

Mk 6,14-29
 Król Herod posłyszał o Jezusie, gdyż Jego imię nabrało rozgłosu, i mówił: „Jan Chrzciciel powstał z martwych i dlatego moce cudotwórcze działają w nim”. Inni zaś mówili: „To jest Eliasz”; jeszcze inni utrzymywali, że to prorok, jak jeden z dawnych proroków. Herod, słysząc to, twierdził: „To Jan, którego kazałem ściąć, zmartwychwstał”. Ten bowiem Herod kazał pochwycić Jana i związanego trzymał w więzieniu z powodu Herodiady, żony brata swego Filipa, którą wziął za żonę. Jan bowiem wypominał Herodowi: „Nie wolno ci mieć żony twego brata”. A Herodiada zawzięła się na niego i rada byłaby go zgładzić, lecz nie mogła. Herod bowiem czuł lęk przed Janem, znając go jako męża prawego i świętego, i brał go w obronę. Ilekroć go posłyszał, odczuwał duży niepokój, a przecież chętnie go słuchał. Otóż chwila sposobna nadeszła, kiedy Herod w dzień swoich urodzin wyprawił ucztę swym dostojnikom, dowódcom wojskowym i osobom znakomitym w Galilei. Gdy córka tej Herodiady weszła i tańczyła, spodobała się Herodowi i współbiesiadnikom. Król rzekł do dziewczęcia: „Proś mię, o co chcesz, a dam ci”. Nawet jej przysiągł: „Dam ci, o co tylko poprosisz, nawet połowę mojego królestwa”. Ona wyszła i zapytała swą matkę: „O co mam prosić?” Ta odpowiedziała: „O głowę Jana Chrzciciela”. Natychmiast weszła z pośpiechem do króla i prosiła: „Chcę, żebyś mi zaraz dał na misie głowę Jana Chrzciciela”. A król bardzo się zasmucił, ale przez wzgląd na przysięgę i na biesiadników nie chciał jej odmówić. Zaraz też król posłał kata i polecił przynieść głowę jego. Ten poszedł, ściął go w więzieniu i przyniósł głowę jego na misie; dał ją dziewczęciu, a dziewczę dało swej matce. Uczniowie Jana, dowiedziawszy się o tym, przyszli, zabrali jego ciało i złożyli je w grobie.
W wydarzeniu z dzisiejszej Ewangelii mamy coś na pozór z dramatycznego „reality show”. Świetna zabawa której kulminacyjnym momentem jest podyktowana rządzą niezwykle rozluźnionej sytuacji, przysięga, która w konsekwencji zakłada przelanie niewinnej krwi. Pokusa skonsumowania cielesnej przyjemności zrodzonej wraz z wibrującym ciałem pięknej kobiety. Muzyka, unosząca się w powietrzu wonność olejków eterycznych, opróżniane kielichy z winem, stają się scenerią sądu nad sprawiedliwym Prorokiem. Takiej okazji nie mogła, nie wykorzystać pełna zazdrości i zemsty Herodiada. Wzrok Heroda fiksował każdą chwilę erotycznego uniesienia jej córki, wpadł w jakiś niezrozumiały trans, do tego stopnia, iż stracił czujność serca i rozum. To jest częsty błąd współczesnych degustatorów życia. Smakują przyjemności nie zastanawiając się nad konsekwencjami swoich czynów. Ile to razy można usłyszeć „wszystko mi wolno”, „przecież ma prawo wyciągać dłonie po, to co mi się podoba”. Pokusa posiadania i kolekcjonowania przeżyć. Błąd i całe nieszczęście polega na tym, że człowiek, zatrzymuje się przy tym, co tak naprawdę jest tylko ulotnym poczuciem spełnienia, często niezwykle mocno raniącym. Człowiek chce żyć pełnią życia…, pragnie czuć wiatr w płucach, delektować się wolnością i osobistą autonomią. Ale często szuka życia tam, gdzie go nie ma na trwałe; w rzeczach materialnych, hybrydach cielesnego uniesienia…, bez poczucia miłości i odpowiedzialności. Efektem udanego show, staje się prezent urodzinowy dla króla-  przyniesiona na misie głowa Jana Chrzciciela. Ten widok musiał mocno zapisać się w pamięci władcy, upojonego próżnym szafowaniem swojej władzy. Ociekająca krwią głowa Jana będzie od tego momentu spędzać sen z jego powiek, będzie to krzyk rozrywający serce. Każda kolejna impreza choć najlepiej wyreżyserowana i napakowana bajerami będzie tylko przypomnieniem tego jednego wieczoru, boleśnie penetrującego duszę głosu sumienia. To wydarzenie jest ostrzeżeniem dla każdego człowieka które pragnie zaspokajać w sposób bezmyślny i wyrachowany najniższe instynkty, zachcianki, które podrzuca beztrosko świat. Jednak vis a vis bycia wydanym pogubionemu światu, z jego nieuchronnością losu i śmiercią, otwiera się jakże inna perspektywa bycia otwartym na wolność która jest w samym Bogu. Tam tyrańska moc zła, cielesność zawłaszczona i pozbawiona miłości, sprofanowana i doprowadzona do granic absurdu może spotkać się z łaską Boga. Jego miłosierdzie, przebaczenie, ojcowska dobroć- rozpostarte ramiona i matczyna łagodność, rozlewająca miłość na to, co poranione i kruche. Naprawdę szczęśliwy jest człowiek który odbiera niezasłużone dobro, kiedy przebaczone są mu grzechy, kiedy Bóg podnosi jego serce z otchłani ciemności. Wtedy topnieje skorupa wokół serca, która się utworzyła przez egoizm, instrumentalność wobec innych i brak miłości. Wtedy dokonuje się duchowe przebudzenia które wypowiada z właściwą dla siebie wrażliwością Psalmista: „Tchnął swój oddech i wody popłynęły” (Ps 147,7). Wtedy z serca twardego jak skała, wyrasta piękno odwiecznego zamysłu Boga: miłość, wspaniałomyślność, poświęcenie, bycie darem dla innych. Wtedy człowiek jest zdolny do wszystkiego, czego nigdy nieosiągnąłby własnymi siłami. „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”. Mamy być czujni i pełni zaufania wobec Boga- „On nas uleczy, ranę przewiąże, przywróci nam życie, dźwignie nas i będziemy żyć w Jego obecności” (por. Oz 6,1).

czwartek, 5 lutego 2015

Zawsze na liturgiczne wspomnienie św. Agaty dokonuję poświęcenia chlebów i soli. Jakoś ciągle boleję nad tym że Kościół Zachodni w swoich czynnościach liturgicznych, zatracił tak wiele błogosławieństw materii świata natury, co było kiedyś tak charakterystyczne dla pobożności pierwszych chrześcijan i tak silnie jeszcze obecne dzisiaj, wśród Kościołów Wschodu. To stary zwyczaj, mający działanie atropaiczne, zabezpieczające przed złem, a szczególnie różnymi zagrożeniami, takimi jak: pożary, lub inne nieszczęścia. Tradycja mówi iż poświęcone pieczywo wrzucano do ognia, by w razie nagłego pożaru, wiatr i deszcz ugasiły niszczący żywioł. Chlebem i solą karmiono bydło, by je uchronić od chorób i nieszczęśliwych wypadków. Krótki rys hagiograficzny. Agata (etymologicznie: "dobrze urodzona, ze szlachetnego rodu")- wczesnochrześcijańska męczennica z Katynii na Sycylii. Wiadomości o niej mamy przede wszystkim w aktach jej męczeństwa. W pierwszych wiekach chrześcijaństwa istniał bowiem zwyczaj, że sporządzano akta męczenników; większość z nich nie doczekała do naszych czasów. Akta męczeństwa Agaty pochodzą dopiero z V wieku. Z tych źródeł dowiadujemy się o miejscu narodzenia świętej, jak również drodze życia. Po przyjęciu chrztu postanowiła poświęcić się Chrystusowi i żyć w dziewictwie. Jej wyjątkowa uroda zwróciła uwagę Kwincjana, namiestnika Sycylii. Zaproponował jej małżeństwo. Agata odmówiła, wzbudzając w odrzuconym senatorze nienawiść i pragnienie zemsty. Trwały wówczas prześladowania chrześcijan, zarządzone przez cesarza Decjusza. Kwincjan aresztował Agatę. Próbował ją zniesławić przez pozbawienie jej dziewiczej niewinności, dlatego oddał ją pod opiekę pewnej rozpustnej kobiety, imieniem Afrodyssa. Kiedy te zabiegi spełzły na niczym, namiestnik skazał Agatę na tortury, podczas których odcięto jej piersi. W tym czasie miasto nawiedziło trzęsienie ziemi, w którym zginęło wielu pogan. Przerażony namiestnik nakazał zaprzestać mąk, gdyż dostrzegł w tym karę Bożą. Ostatecznie Agata poniosła śmierć, rzucona na rozżarzone węgle, 5 lutego 251 r. Jej ciało chrześcijanie złożyli w bezpiecznym miejscu poza miastem. Papież Symmachus (+ 514) wystawił ku jej czci w Rzymie przy Via Aurelia okazałą bazylikę. Kolejną świątynię w Rzymie poświęcił jej św. Grzegorz Wielki w roku 593. Wreszcie papież Grzegorz II (+ 731) przy bazylice św. Chryzogona na Zatybrzu wystawił ku jej czci trzeci rzymski kościół. Dowodzi to wielkiej czci, jaką otaczano ją w owych czasach. Obecnie ciało Agaty znajduje się w katedrze w Katanii. Warto zatrzymać się jeszcze w tym rozważaniu nad symboliką soli. O chlebie pisałem już wielokrotnie, pozwolę sobie pominąć jego znaczenie. Sól od starożytności miała wielorakie znaczenie, bez soli powiadali starożytni myśliciele nie może istnieć życie ludzkie. Tak więc sól oznacza sztuczne życie po zaniku naturalnego i jest obrazem duszy ożywiającej ciało. Rozpowszechniony był zwyczaj nacierania noworodków solą, aby wzmocnić ich skórę, do dzisiaj na Bliskim Wschodzie, Arabowie używają do tego celu soli, zmieszanej z oliwą lub wodą. Pewna sentencja Ojców Kościoła pochodząca z późnego okresu przypomina pewne zasadne przekonanie że: „pożywieniem mnicha jest chleb i sól”. Przede wszystkim dostrzegano w soli symbol trwałości i niepodlegania zepsuciu. Jej działanie konserwujące sprawiało iż posiadała on niezwykłą wartość symboliczną jak również materialną. Według Starego Testamentu sól stanowi najbardziej pożądany składnik dodawany do pokarmów. Również przepisy Prawa Mojżeszowego nakazują aby dodawano soli do składanych ofiar: „Każdy dar należący do ofiary pokarmowej ma być posolony. Niech nie brakuje soli przymierza Boga twego przy żadnej ofierze pokarmowej. Każdy dar posypiesz solą” (Kpł 2,13, Ez 43,24). Sól stanowiła znak trwałości i niezniszczalności przyniesionych darów, oraz niezłomnym symbolem wierności dochowywanej przymierzu zawartego z Bogiem. W kazaniu na Górze (Mt 5,13) Chrystus mówi Apostołom o konieczności bycia solą konserwującą świat od zepsucia. „Wy jesteście solą ziemi. Lecz jeśli sól utraci swój smak, czymże ją posolić ?” (Łk 14,34). Zwietrzenie soli zatem należy rozumieć w kontekście duchowym jako rezygnację z bycia autentycznym głosicielem Dobrej Nowiny- rezygnacją z posolenia innych do wiary. To porównanie z katechezy Jezusa na Górze odnosi liturgia do nauczycieli i przewodników Kościoła. Tej wykładni trzymają się Ojcowie Kościoła: „Wy jesteście solą ziemi”. Skoro jesteśmy solą musimy przyprawiać ducha wiernych. Wy więc, jesteście pasterzami, pamiętajcie, iż pasiecie stworzenia Boże. Taką więc grudką soli powinien być kapłan wśród swoich wiernych, za których jest odpowiedzialny i których to życie duchowe powierzone jest jego pieczy. Kapłan ma zaprawiać innych smakiem dobrego, szlachetnego życia. Należy wspomnieć jeszcze od egzorcyzmującym działaniu soli, którą to dodaje się do wody święconej. Modlitwa egzorcyzmu wypowiadana nad solą, które może poprzedzić poświęcenie wody, najpierw wspomina o cudzie proroka Elizeusza, który na prośbę swych uczniów oczyścił niezdrowe źródło w Jerychu przez wrzucenie kawałków soli (2 Krl 2,21). Następująca  po nim modlitwa odmawiana nad tą materią, stanowi błaganie o dobroczynne skutki dla ciała i duszy, jak również oddalenie wszelkiego zła „sakrament zbawienia dla przepędzenia demona”. Przy udzielaniu sakramentu chrztu w starym rycie, dziecku podawano na język trochę tej pobłogosławionej materii, uważana była jako symbol wierności i zachowania.


 

środa, 4 lutego 2015

Mk 6,7-13
Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął rozsyłać ich po dwóch. Dał im też władzę nad duchami nieczystymi. I przykazał im, żeby nic z sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie. „Ale idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien”. I mówił do nich: „Gdy do jakiego domu wejdziecie, zostańcie tam, aż stamtąd wyjdziecie. Jeśli w jakim miejscu was nie przyjmą i nie będą was słuchać, wychodząc stamtąd strząśnijcie proch z nóg waszych na świadectwo dla nich”. Oni więc wyszli i wzywali do nawrócenia. Wyrzucali też wiele złych duchów oraz wielu chorych namaszczali olejem i uzdrawiali.
Czasami obruszamy się wewnętrznie kiedy Chrystus chce uczynić z nas swoich uczniów, zapieramy się tak mocno i niepozwalany na swobodne zawłaszczenie naszego serca. Takie zmagania ze sobą przeżywał św. Augustyn, napisał to w swoich Wyznaniach: Późno Cię ukochałem, Piękności dawna i zawsze nowa! Późno Cię ukochałem! We mnie byłaś, ja zaś byłem na zewnątrz i na zewnątrz Cię poszukiwałem. Sam pełen brzydoty, biegłem za pięknem, które stworzyłeś. Byłeś ze mną, ale ja nie byłem z Tobą. Z dala od Ciebie trzymały mnie stworzenia, które nie istniałyby w ogóle, gdyby nie istniały w Tobie. Przemówiłeś, zawołałeś i pokonałeś moją głuchotę. Zajaśniałeś, Twoje światło usunęło moją ślepotę. Zapachniałeś wokoło, poczułem i chłonę Ciebie. Raz zakosztowałem, a oto łaknę i pragnę; dotknąłeś, a oto płonę pragnieniem Twojego pokoju. Człowiek jest „wielkim pytaniem”  i „wielką przepaścią”— pytaniem i przepaścią, którą tylko Chrystus może napełnić treścią, sensem, życiem. I to jest ważne: człowiek, który jest daleko od Boga, jest również daleko od samego siebie, wyobcowany z samego siebie, i może odnaleźć się tylko wtedy, gdy spotka Boga. W ten sposób znajduje również siebie, swoje prawdziwe ja, swoją prawdziwą tożsamość. Każdy z powołanych przez Chrystusa uczniów musiał zmierzyć się ze sobą, swoją grzesznością, z historią własnego życia. Po tych zakrętach życiowych, Bóg podprowadzał ku przeszywającemu serce pytaniu: Chcę mieć ciebie dla Siebie. Spotkanie z Osobą, z Jezusem, całkowicie przemieniło życie owych posłanych z Ewangelii, tak bardzo odcisnęło się na ich wewnętrznych pragnieniach i marzeniach, że byli gotowi porzucić siebie, swoje dotychczasowe plany…, aby tylko być posłanymi. Każda epoka, również ta dzisiejsza choć na pozór obojętna powołaniowo, jest pełna cudownych natchnień mężczyzn i kobiet do szczególnej misji bycia w świecie znakiem Osoby- Chrystusa. Dzisiaj jeszcze bardziej i z jeszcze  większą skutecznością działania potrzeba światu świadków, będących zwiastunami Bożego pokoju, świadectwa wiary w Tego, który człowieka pierwszy wybrał i umiłował. „Nie wyście Mnie wybrali ale Ja was wybrałem, abyście szli i owoc przynosili”. Pozwólmy uczynić z siebie uczniów.
 
 
 

wtorek, 3 lutego 2015


Mk 6,1-6

Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze. A wielu, przysłuchując się, pytało ze zdziwieniem: „Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie cuda dzieją się przez Jego ręce. Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?” I powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: „Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony”. I nie mógł tam zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich. Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał.

Sprzeciw i niezrozumienie okazywane Jezusowi konkretyzują się w powierzchownym interpretowaniu faktów związanych z Jego życiem rodzinnym, środowiskiem w którym dorastał. Z takich wycinków rzeczywistości próbuje się budować fałszywe przekonanie, że Jezus nie jest tym za kogo się sam podaje, jak również za kogo uważają Go ludzie. Życie pokazuje że ludzie wśród których przychodzi człowiekowi wzrastać, później stają się źródłem rozczarowania, odtrącenia i niezrozumienia. „Był jednym z nich. Widzieli jak bawił się na placu. Jak przechodził ulicami z belką na ramieniu. Cieśla, nic ponadto. Pamiętali jak pochylał się nad stołem, mając wióry we włosach. Pracował jak wszyscy. Pocił się jak wszyscy. Mesjasz ? Niemożliwe. On jest cieślą synem Maryi”. Podobnie jest z chrześcijaństwem do którego trzeba nam ciągle dorastać. Wielu przychodzi do Kościoła i słucha tylko tego, co chce usłyszeć..., co jest strawne, wygodne i nie uwiera. Jakże często mijamy się z Chrystusem, w naszych wyobrażeniach o Nim, religijnych gdybaniach i wyuczonej moralności. Pamiętam jak kiedyś jeden mężczyzna z takim przekonaniem próbował mi tłumaczyć że tylko chodzi na Liturgie do kościoła, gdzie odprawia ksiądz którego przepowiadanie mu najbardziej odpowiada. Zapytałem z ciekawością i przekąsem, co go najbardziej poruszyło z ostatnio wysłuchanego słowa? Nie był wstanie udzielić mi odpowiedzi, tylko stwierdził że było fajne słowo. Pomyślałem sobie w duchu; fajne to zdecydowanie za mało. Przypominają mi się wypowiedziane przed laty słowa ks. Pasierba, brzmiały mnie więcej tak: „Słuchałem kazania młodego księdza; bawił ludzi…, ale czy ich zbawi ?” Tak jak mieszkańcy rodzinnej miejscowości Chrystusa zbudowali sobie pewien wizerunek Jego osoby, jakże sprzeczny, i mijający się z prawdą. Tak również wielu chrześcijan w swojej naiwności i powierzchowności, ciągle jeszcze stoi na zewnątrz, myśląc że weszli do środka, tymczasem smakują tylko jakiejś naiwnej egzaltacji która stanowi projekcję ich własnej religijności, w której się zgrabnie usadowili. Niektórzy w kościele znaleźli wygodną niszę w której czują się beztrosko, podnosząc swoje próżne poczucie wartości. Trzeba jednak dużo pokory i zdrowego rozsądku. Żeby rozpoznać Chrystusa, trzeba przedrzeć się odważnie przez tłum gapiów, ciekawskich, megalomanów, idealistów i pozerów doskonałości. Prawdziwym niebezpieczeństwem dla chrześcijanina jest własna, czasami karykaturalna projekcja wiary, z której rodzi się zwyczajne niedowiarstwo. Lekarstwem na niedowiarstwo jest autentyczne przylgnięcie do Chrystusa. Pisze o tym Tertulian: „Kto wyznaje, że jest chrześcijaninem, poświadcza że należy do Chrystusa. Kto należy do Chrystusa, trzeba by trwał w Chrystusie. Jeśli trwa w Chrystusie, w Chrystusie oczywiście wyznaje, gdy wyznaje że jest chrześcijaninem. Nie może nim być jak tylko w Chrystusie”. Jak powiedział kiedyś biskup Edward Dajczak do młodych ludzi zgromadzonych na polach Lednicy: „Jezus musi przejść przez serce, nie ma innej drogi”.

 

poniedziałek, 2 lutego 2015

Mk 5, 21-43
Gdy Jezus przeprawił się z powrotem w łodzi na drugi brzeg, zebrał się wielki tłum wokół Niego, a On był jeszcze nad jeziorem. Wtedy przyszedł jeden z przełożonych synagogi, imieniem Jair. Gdy Go ujrzał, upadł Mu do nóg i prosił usilnie: „Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła”. Poszedł więc z nim, a wielki tłum szedł za Nim i zewsząd Go ściskali. Gdy On jeszcze mówił, przyszli ludzie od przełożonego synagogi i donieśli: „Twoja córka umarła, czemu jeszcze trudzisz Nauczyciela?” Lecz Jezus słysząc, co mówiono, rzekł przełożonemu synagogi: „Nie bój się, wierz tylko”. I nie pozwolił nikomu iść z sobą z wyjątkiem Piotra, Jakuba i Jana, brata Jakubowego. Tak przyszli do domu przełożonego synagogi. Wobec zamieszania, płaczu i głośnego zawodzenia wszedł i rzekł do nich: „Czemu robicie zgiełk i płaczecie? Dziecko nie umarło, tylko śpi”. I wyśmiewali Go. Lecz On odsunął wszystkich, wziął z sobą tylko ojca, matkę dziecka oraz tych, którzy z Nim byli, i wszedł tam, gdzie dziecko leżało. Ująwszy dziewczynkę za rękę, rzekł do niej: „Talitha kum”, to znaczy: „Dziewczynko, mówię ci, wstań”. Dziewczynka natychmiast wstała i chodziła, miała bowiem dwanaście lat. I osłupieli wprost ze zdumienia. Przykazał im też z naciskiem, żeby nikt o tym nie wiedział, i polecił, aby jej dano jeść.
„Dziecko nie umarło, tylko śpi”. Ten fragment Ewangelii zawsze ogromnie mnie wzrusza, jest tyle emocji i przeżyć takich ludzkich, rodzicielskich... Bardzo często w czasie liturgii pogrzebowej czytam ten fragment Ewangelii, choć w swojej liturgii słowa nie przewiduje go rytuał. Każdy z nas jest dzieckiem swoich rodziców, nasi najbliżsi przeżywają takie same emocje jak rodzice dziewczynki z tego opowiadania. Kiedyś chowałem dziecko które kobieta poroniła, straszny dramat..., długo oczekiwany syn, a tu takie rozczarowanie, ból i łzy. Na cmentarzu była kobieta matka tego dziecka, ja, oraz pracownik zakładu pogrzebowego niosący białą trumienkę z dzieckiem. Byłem bezradny wobec tej sytuacji, sparaliżowany niemożnością zaradzenia rozrywającemu serce bólowi matki, ale po chwili przypomniałem sobie o tej dzisiejszej scenie z Jezusem. Przytuliłem kobietę i powiedziałem że Bóg jej dziecko w tym momencie już trzyma za rękę, rozpłakała się ale odeszła z nadzieją. Taka głęboka nadzieja i życie wytryskuje z uzdrawiającego gestu Jezusa. To nic innego jak liturgia życia..., wiara w to, że przychodzi taki moment życia kiedy trzeba odejść, po to aby Bóg chwycił mnie za dłoń i powiedział z pełnym miłości spojrzeniem: „Talitha kum”, to znaczy: „Dziewczynko, mówię ci, wstań”. Pamiętam jak odprawiałem Eucharystię za młodą dziewczynę u której tydzień wcześniej odkryto białaczkę, mimo wielu prób ratowania jej życia, odeszła. Jedyna córka swoich rodziców. Piękna dziewczyna leżała w trumnie, ubrana w piękną suknię ślubną, jakby za chwilę miała wejść do komnaty godowej swego Oblubieńca.  Wtedy na końcu kazania, zresztą przerywanego szlochaniem najbliższych, zaśpiewałem pieśń  „Będzie to piękne spotkanie”. Nagłe odejścia na skutek choroby, wypadku, poczucia braku sensu życia…, odrzuconej miłości. Czasami to były nieprzewidziane zaśnięcia, nikt się tego najczęściej nie spodziewał, nawet nie wyobrażał sobie takiego obrotu spraw. Człowiek jest tajemnicą w życiu i śmierci…, w wędrowaniu przez życie i przechodzeniu w śmierć. Naprawdę nie jest to łatwe do zrozumienia. Jedynie Ewangelia w poczuciu bezradności chwili, braku odpowiednich słów, przychodzi z pomocą. Nie daje rozwiązań ale otwiera furtkę nadziei i zrozumienia trochę po omacku. Za każdym razem czytałem ten fragment Ewangelii, nie ma bardziej wiarygodnego epizodu który mógłby przynieść nadzieję, otuchę dla tych którzy opłakują swoje dziecko. Wiara pozwala nam zobaczyć inaczej tak trudne chwile, podnosi nas ku nadziei, że ktoś kogo bardzo kochamy nagle zasypia, wchodząc w świat którego po ludzku nie ogarniamy. Jedynym wyjściem w nieszczęściu staje się trudne, ale jakże ważne zaufanie Bogu. To wiara sprawia, że człowiek odnajduje siłę do zmagania z nieszczęściem utraty bliskiej osoby. Wiara pozwala zrozumieć tajemnicę przejścia, przytulenia w momencie śmierci, każdego dziecka. W takich momentach jesteśmy przez Niego najbardziej przytulani i kochani, choć sobie najczęściej nie zdajemy z tego sprawy. Kiedy odchodzi ktoś dla nas najważniejszy, to On podtrzymuje serce w nadziei, że tam jest lepiej… Wyrażają to teksty modlitw Kościoła, przeniknięte głębią spotkania z Nim: „Ufamy, że razem z ( tym kto jest dla nas najważniejszy) będziemy się tam radować Twoją chwałą, gdy otrzesz z naszych oczu wszelką łzę, bo widząc Ciebie, Boże, jaki jesteś, przez wszystkie wieki będziemy do Ciebie podobni i chwalić Cię będziemy bez końca…”.  

niedziela, 1 lutego 2015


Idźmy wszyscy na spotkanie Chrystusa. Z ochoczym sercem podążajmy wielbiąc Jego tajemnice. Niechaj nikogo nie zabraknie na tym spotkaniu, niech każdy niesie zapaloną świecę. Blask gorejących świec oznacza najpierw Bożą chwałę Tego, który przychodzi, przez którego wszystko jaśnieje od czasu, kiedy blask światła wiecznego rozproszył złe ciemności. Oznacza także i nade wszystko, że trzeba nam z jasną duszą wyjść na spotkanie Chrystusa. Jak bowiem Bogurodzica, Dziewica niepokalana, niosła w swoich ramionach Światło prawdziwe idąc na spotkanie tych, którzy pozostawali w mroku śmierci, tak też i my oświeceni jego promieniami i trzymając w ręku widoczny dla wszystkich płomień, pośpieszajmy naprzeciw Tego, który jest prawdziwym Światłem.

św. Sofroniusz

 

święto światła

Łk 2,22-40

Gdy upłynęły dni oczyszczenia Maryi według Prawa Mojżeszowego, rodzice przynieśli Jezusa do Jerozolimy, aby Go przedstawić Panu. Tak bowiem jest napisane w Prawie Pańskim: „Każde pierworodne dziecko płci męskiej będzie poświęcone Panu”. Mieli również złożyć w ofierze parę synogarlic albo dwa młode gołębie, zgodnie z przepisem Prawa Pańskiego. A żył w Jerozolimie człowiek, imieniem Symeon. Był to człowiek prawy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Jemu Duch Święty objawił, że nie ujrzy śmierci, aż nie zobaczy Mesjasza Pańskiego. Za natchnieniem więc Ducha przyszedł do świątyni. A gdy rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił: „Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela”.
 
Święto Ofiarowania Pańskiego- In Praesentatio Domini, nazywane na Zachodzie (w tradycji polskiej pobożności- Matki Bożej Gromnicznej) a w chrześcijaństwie Wschodnim - Święto Spotkania- Hypapante. Treść tego święta zanurzona jest w tradycji żydowskiej związanej z ofiarowaniem dziecięcia. Każdy bowiem pierworodny syn należał do Boga. Winien być zatem przyniesiony do świątyni i przez odpowiednią ofiarę wykupiony. Wydarzenie które przywołuje liturgia chrześcijańska wskazuje na głęboką tęsknotę człowieka za Bogiem. To celebracja spotkania z Bogiem, każdego człowieka w osobie starca Symeona, który całe życie wyczekiwał Mesjasza. Dlatego też tradycja nazwała go określeniem "przyjmujący Boga". Doczekał się spełnienia swej tęsknoty, trzymał w swych dłoniach Tego, Który włada światem, pociechę Izraela – Chrystusa, Boga-Człowieka. Pełen wdzięczności, z sercem bijącym z radości, wziął w swoje ramiona "Światłość świata". Blask światła emanuje od Dziecięcia Jezus którego tuląc do siebie, przynosi Maryja Matka. „Święto świateł”- bowiem naszym cielesnym oczom, zajaśniał blask prawdy, wraz z przyjściem Syna Człowieczego. Zajaśniała światłość z wysoka, prześwietlająca świat niczym błyskawica, ogniskując każde ludzkie spojrzenie na Chrystusie. Jak pisał Odo Casel: „ Z wysoka jaśnieje misterium i opromienia to, co małe i ziemskie, prześwietla je i sprawia, że jaśnieje ono w niebieskiej chwale”. Od momentu ofiarowania Jezusa w świątyni Jerozolimskiej, spotkania z Bogiem będą się odbywały poprzez doświadczenie światłości, wprowadzające wiele razy uczniów w misterium zachwytu, zdumienia i cudowności.  To zdumienie już o wiele wcześniej wypowiada prorok Izajasz a wraz z nim Kościół kierujący ku niebu modlitwę uwielbienia: „Powstań ! Świeć Jeruzalem, bo przyszło Twe światło i chwała Pańska rozbłysła nad tobą. Bo oto ciemność okrywa ziemię i gęsty mrok spowija ludy, a ponad tobą jaśnieje Pan, i Jego chwała jawi się nad Tobą. I pójdą narody do twojego światła, królowie do blasku twojego wschodu. Rzuć okiem i zobacz: Ci wszyscy zebrani zdążają do ciebie” (Iz 60,1). Skierujmy nasze spojrzenia i bądźmy zdolni do dostrzeżenia światłości, przedarcia się przez wątpliwości wiary. „Logos stał się ciałem i oglądaliśmy Jego chwałę”. W wydarzeniu Eucharystii- niesamowitej bliskości Boga, zostaje nam dane stać się uczestnikami tej chwały. Oglądamy chwałę Boga, Światłość ze Światłości; dochodzimy do niej przez pokorne spojrzenie naszych oczu. Za każdym razem wstaje dla nas życiodajne Słońce nieznające zachodu, kiedy kapłan podnosi konsekrowaną Hostię wysoko, abyśmy mogli nasycić nasz wzrok, nakarmić duszę światłością. „Mylą się, o Boże, w Tobie wzrok i smak, Kto się im poddaje, temu wiary brak, Ja jedynie wierzyć Twej nauce chcę, Że w postaci chleba utaiłeś się”. Chrystus przychodzi do naszego życia, ofiarowany nam za każdym razem kiedy tylko chcemy w wolności serca, przyjąć Go do naszego życia.
Warto również podjąć wysiłek aby zatrzymać również swoje spojrzenie na kontemplacji wschodniej ikony święta Ofiarowania Pańskiego. "W przeciwieństwie do większości ikon przedstawiających najważniejsze święta cerkiewne, w centrum ikony Spotkania Pańskiego nie znajduje się ani Chrystus, ani Bogarodzica, lecz ołtarz ze wznoszącym się nad nim, wspartym na kolumnach baldachimem, będącym częścią wyposażenia liturgicznego Świątyni Jerozolimskiej. Baldachim i ołtarz dzielą ikonę na dwie połowy. Po prawej stronie przedstawiona jest Matka Boża i sprawiedliwy Józef, a po lewej stronie starzec Symeon i prorokini Anna. Po za nimi na ikonach Spotkania nie spotyka się żadnych innych postaci. Ikona nawiązuje do faktu przyniesienia Chrystusa w czterdziestym dniu po Narodzeniu do Świątyni Jerozolimskiej przez Marię i Józefa." Dziecię w swojej osobie łączy Stary i Nowy Testament, to pełnia łaski którą przynosi Zbawiciel. "Ołtarz ofiarny, nad którym zarysowuje sie postać Pierworodnego, zajmuje centrum ikony. Przecież zgodnie ze świadectwem Jana Poprzednika jest "Barankiem Bożym, który bierze grzech świata" (J 1,29), wzorem nowego człowieka, który zwycięża śmierć i grób. W tym przejmującym "twarzą w twarz" Symeona i Dziewicy Marii, flankowanym z szacunkiem przez prorokinię Annę i Józefa, który często niesie przepisaną ofiarę z dwóch synogarlic, symboli świata żydowskiego i pogańskiego, spotkanie ma charakter bolesnej radości. Radość ze spotkania Starego Testamentu  z Nowym, ból z powodu przyszłej Paschy. Radość z powodu światłości, która ma "oświecić narody" przed oświeceniem centrum Otchłani, smutek wynikający z proroctwa Starca o tym, że duszę Marii "przeniknie miecz"(Łk 2,35).". To zapowiedź całego dramatu cierpienia, kenozy Chrystusa i Jego Matki, aby dokonało się dzieło Odkupienia. Przesłanie które płynie do nas z kontemplacji tego święta, to przede wszystkim przyjęcie Boga do swojego życia, aby On wypełnił nas swoją boskością, sensem i głębią radości "aby nasze oczy ujrzały Twoje zbawienie". 
                                                                                                                           
Raduj się, Łaski Pełna Bogarodzico Dziewico, bowiem z Ciebie zajaśniało Słońce Sprawiedliwości, Chrystus Bóg nasz, oświecający znajdujących się w ciemnościach. Wesel się i ty, Starcze sprawiedliwy, który wziąłeś w swoje ramiona Wyzwoliciela dusz naszych, dającego nam zmartwychwstanie. (Troparion ton 1)