sobota, 8 sierpnia 2015


Rodzimy się bezradni. Gdy tylko stajemy się w pełni świadomi, odkrywamy samotność… Cała nasza istota jest jedną wielką tęsknotą; będąc niepełni, niedokończeni, puści, lecz zaśmieceni od wewnątrz, wzywamy Tego, który może rozłupać to, co w nas najbardziej splątane, i spoić ze sobą to, co wciąż niepowiązane

C.S. Lewis

piątek, 7 sierpnia 2015

Mt 16,24-28
Jezus powiedział do swoich uczniów: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje. Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z mego powodu, znajdzie je. Cóż bowiem za korzyść odniesie człowiek, choćby cały świat zyskał, a na swej duszy szkodę poniósł? Albo co da człowiek w zamian za swoją duszę? Albowiem Syn Człowieczy przyjdzie w chwale Ojca swego razem z aniołami swoimi, i wtedy odda każdemu według jego postępowania. Zaprawdę powiadam wam: Niektórzy z tych, co tu stoją, nie zaznają, śmierci, aż ujrzą Syna Człowieczego, przychodzącego w królestwie swoim”.
Wczoraj przeżywaliśmy wraz z apostołami fascynujące doświadczenie wiary- impresja świętości, skondensowana w epizodzie przemienienia Chrystusa na górze Tabor. Lecz nie można na tej górze pozostać, rozkoszować swojego wzroku światłem- nawet zbyt długa percepcja iluminacji, może nas wprowadzić w duchową obojętność- bezruch. Światło trzeba zanieść innym, nie jesteśmy Prometeuszami wykradającymi ogień, niesiemy dar wiary, otrzymany za darmo- dzięki łasce. Trzeba zejść z góry, aby rozświetlone oblicze Boga-człowieka, zatrzymać w pamięci na moment próby. Za chwilę trzeba będzie się zmierzyć z całkiem innym obrazem, na którym oblicze Chrystusa, będzie upokorzone, w koronie cierniowej, wypełnione lękiem, poczuciem przerażenia…, gdzie zamiast refleksów światła, będą spływały strugi krwi. Takie oblicze jest trudne do przyjęcia, ciężko się na nie zgodzić; może nie odpowiadać poczuciu wyjątkowości i triumfalizmu, którego było się świadkiem. Chrześcijaństwo- przemienienie i krzyż. Doświadczenie wiary rozpięte pomiędzy dwoma wierzchołkami gór- Taborem i Golgotą. Takie jest życie chrześcijanina, pełne napięcia i konieczności szybkiego dokonywania wyboru. Jednego dnia twarz otulona światłem, a następnego, dramat odrzucenia- prześladowanie, niesprawiedliwość, ewentualność utraty tego, co się kocha. To próba naszej codziennej wierności- krzyż założony na ramionach- niewygodny, chropowaty, sprawiający niewyobrażalny ból, miażdżący poczucie pewności siebie. Trwać na krzyżu obok Chrystusa, nawet wówczas, gdy Jego oblicze jest mało pociągające, kiedy zdaje nam się, że jesteśmy pozostawieni sami- opuszczeni przez Boga. W takim momencie nie można zdezerterować, ponieważ ucieczka byłaby zaprzeczeniem naszej miłości do Zmartwychwstałego Pana.

czwartek, 6 sierpnia 2015

Mk 9,2-10
Jezus wziął z sobą Piotra, Jakuba i Jana i zaprowadził ich samych osobno na górę wysoką. Tam przemienił się wobec nich. Jego odzienie stało się lśniąco białe tak, jak żaden folusznik na ziemi wybielić nie zdoła. I ukazał się im Eliasz z Mojżeszem, którzy rozmawiali z Jezusem. Wtedy Piotr rzekł do Jezusa: „Rabbi, dobrze, że tu jesteśmy; postawimy trzy namioty: jeden dla Ciebie, jeden dla Mojżesza i jeden dla Eliasza”. Nie wiedział bowiem, co należy mówić, tak byli przestraszeni. I zjawił się obłok, osłaniający ich, a z obłoku odezwał się głos: „To jest mój Syn umiłowany, Jego słuchajcie”. I zaraz potem, gdy się rozejrzeli, nikogo już nie widzieli przy sobie, tylko samego Jezusa. 
Każdego roku z jakąś wewnętrzną nadpobudliwością wyczekuję Święta Przemienienia. Myślę, ze wielu ludzi nosi w sobie ogromne pragnienie uchwycenia  swoim zmysłem wzroku, czegoś innego i nadprzyrodzonego. Codzienność często wydaje się przygniatająca; ciągle ta sama droga codziennych obowiązków…, przemierzenie chodnika często z głową spuszczoną w dół; praca oraz udowadnianie światu, że coś się znaczy… Dzisiejsze wydarzenie powinno wprawić nas w zdumienie i skutecznie wyprowadzić nas z przygnębienia. Życie chrześcijanina jest naznaczone światłem przebóstwionego Chrystusa. „Światło, które apostołowie widzieli na Górze Tabor, przysługuje Bogu z natury. Wieczne, nieskończone, istniejące poza czasem i przestrzenią, pojawiło się ono w starotestamentalnych Teofanach jako chwała Boża: jako zjawisko przerażające i niemożliwe do zniesienia dla stworzeń, bo zewnętrzne, obce naturze ludzkiej przed Chrystusem, poza Kościołem. Dlatego to, według św. Symeona Nowego Teologa, Paweł w drodze do Damaszku, nie mając jeszcze wiary w Chrystusa, został oślepiony i powalony na ziemię mocą ukazującego się mu Boskiego światła”- pisał Włodzimierz Łosski. To jest droga wejścia na szczyt dla każdego, kto zrodził się z wody i Ducha Świętego; kontemplowanie innego wymiaru bytowania, które w perspektywie przyszłości- jak podpowiada nam nadzieja, stanie się częścią naszej przemienionej egzystencji. Rozbrzmiewa w mojej pamięci wschodni Troparion Święta Przemienienia: „Przemieniłeś się na górze, Chryste Boże nasz. Okazując uczniom swoim chwałę Twoją, na ile mogli ją pojąć. Niech zajaśnieje nam grzesznym Światłość Twoja niedostępna…”. Równie mocno wybrzmiewają słowa prefacji z liturgii zachodniej: „On objawił swoją chwałę wobec wybranych świadków, a Jego ciało podobne do naszego zajaśniało niezwykłym blaskiem. W ten sposób umocnił serca uczniów, aby nie ulegli zgorszeniu krzyża, a całemu Kościołowi dał nadzieję, że osiągnie chwałę, którą sam zajaśniał jako jego Głowa”. Chrystus przemieniony na górze Tabor, stał się „Słońcem” z którego emanuje eksplozja światła, rozbijająca szarość i prozaiczność życia. Pan ukazuje się apostołom przed śmiercią na krzyżu jako boska, świetlista postać, odziany w lśniąco białą szatę. Apostołowie są oszołomieni taką iluminacją- Przebóstwiony Pan- oświetla ich promieniami swej mocy, aby ukazać im blask przyszłego zmartwychwstania. Tak jak teraz cielesną percepcją wzroku dotykają światłości, tak zmartwychwstanie będzie tryskającym życiem, które wraz z światłem rozsadzi zapieczętowany grób. Uczniowie na własne oczy widzą boskie światło, które utrwala w nich obraz tęsknoty za Królestwem Bożym. W świetle słowa które stało się ciałem, na górze po prawej stronie ukazuje się prawodawca Mojżesz, który też oglądał Boga i prorok Eliasz, który otoczony światłem został porwany na ognistym rydwanie do nieba. Mają oni świadczyć, że Chrystus jest Bogiem, który kiedyś przemówił do swojego ludu przez prawa i proroków. To my wraz z uczniami, jesteśmy zaproszeni do wejścia w samo centrum  światła Taboru. Jak pisał św. Maksym: „Bóg stworzył nas, abyśmy się stali uczestnikami Boskiej natury, abyśmy weszli w wieczność, abyśmy okazali się podobni do Niego, przebóstwieni przez łaskę, która tworzy wszystkie byty istniejące i doprowadza do istnienia wszystko to, co nie istniało”.

środa, 5 sierpnia 2015


Mt 15,21-28

Jezus podążył w stronę Tyru i Sydonu. A oto kobieta kananejska, wyszedłszy z tamtych okolic, wołała: „Ulituj się nade mną, Panie, Synu Dawida! Moja córka jest ciężko dręczona przez złego ducha”. Lecz On nie odezwał się do niej ani słowem. Na to zbliżyli się do Niego uczniowie i prosili: „Odpraw ją, bo krzyczy za nami”. Lecz On odpowiedział: „Jestem posłany tylko do owiec, które poginęły z domu Izraela”. A ona przyszła, upadła przed Nim i prosiła: „Panie, dopomóż mi”. On jednak odparł: „Niedobrze jest brać chleb dzieciom i rzucać psom”. A ona odrzekła: „Tak, Panie, lecz i szczenięta jedzą z okruszyn, które spadają ze stołu ich panów”. Wtedy Jezus jej odpowiedział: „O niewiasto, wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz”. Od tej chwili jej córka została uzdrowiona.

To jedna z najbardziej poruszających serce scen  Ewangelii. Wołanie o miłosierdzie dla swojego dziecka- skowyt kobiety kananejskiej- tak doniosły, iż zatrzymuje Chrystusa w drodze. Zawodzenie kobiety, której dziecko znajduje się w dramatycznej sytuacji- targana przez demona. Wielokrotnie nakreślałem kontekst historyczny w którym należy odczytywać to wydarzenie. Żydzi „innych”- obcych- uważali za psy, gardzili nimi; stąd taka rezerwa w okazywaniu zainteresowania i świadczeniu jakiejkolwiek pomocy. Przypominają mi się w tym miejscu słowa Ryszarda Riedla: „Zawsze warto być człowiekiem, choć tak łatwo zejść na psy”. Chrystus pochyla się nad kobietą która się „skundliła”- zeszła na psy, dostrzega wielką wiarę w jej sercu. Okruchy miłości spadają ze stołu Boga i nasycają szczenięta żebrzące miłości. Człowiek dzisiejszy jest takim „zwierzęciem znajdującym się pomiędzy tym, co dzikie i cywilizowane”- siedzący na progu i czekający, aby ktoś go oswoił, przygarnął. Chrystus dostrzega w naszych wnętrzach ogromne pokłady dobra, tylko my sami podwijamy ogon i uciekamy przed siebie. Pozwól Bogu się oswoić. W ikonografii wielki rozwścieczony pies symbolizuje niewiarę, podczas gdy spokojnie leżący mały piesek oznacza wierne Bogu stworzenie.

wtorek, 4 sierpnia 2015

Mt 14,22-36
Wieczór zapadł, a On sam tam przebywał. Łódź zaś była już sporo stadiów oddalona od brzegu, miotana falami, bo wiatr był przeciwny. Lecz o czwartej straży nocnej przyszedł do nich, krocząc po jeziorze. Uczniowie, zobaczywszy Go kroczącego po jeziorze, zlękli się myśląc, że to zjawa, i ze strachu krzyknęli. Wtedy Jezus odezwał się do nich: „Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się”. Na to odpowiedział Piotr: „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie”. A On rzekł: „Przyjdź”. Piotr wyszedł z łodzi i krocząc po wodzie, przyszedł do Jezusa. Lecz na widok silnego wiatru uląkł się i gdy zaczął tonąć, krzyknął: „Panie, ratuj mnie”. Jezus natychmiast wyciągnął rękę i chwycił go, mówiąc: „Czemu zwątpiłeś, małej wiary?” Gdy wsiedli do łodzi, wiatr się uciszył. Ci zaś, którzy byli w łodzi, upadli przed Nim, mówiąc: „Prawdziwie jesteś Synem Bożym”.
Wiara oznacza ryzyko opuszczenia wygodnego i bezpiecznego miejsca. Boimy się czasami własnego cienia, a co dopiero żywiołów, które mogą na nas spaść jak grom z jasnego nieba. Niesamowite jest wydarzenie wzburzonego jeziora i obecności uczniów w łodzi; przerażenie i lęk wypisany na twarzach, bezradność oraz niemożliwość uczynienia czegokolwiek. Wzburzone jezioro- metafora naszego życia; kiedy słońce rozkłada spokojny i ciepły ton na powierzchni wody, kiedy tafla przywołuje poczucie przenikającego spokoju- wtedy życie wydaje się cudem. Ale kiedy zmieni się aura na niebezpieczną i budzącą poczucie strachu, wtedy człowiek zostaje sparaliżowany i przetrącony poczuciem niemożliwości zapanowania nad sytuacją- fatalizm. W który momencie życia się znajdujesz ? „Wody są ledwie oświetlone na powierzchni, lecz czuję ich ciemną głębię… Wezwanie do życia i zaproszenie do śmierci”- pisał z właściwym dla siebie realizmem chwili- Camus. Dotykam wyobraźnią tej sytuacji. Wyobrażam sobie Piotra krzyczącego do Chrystusa: „Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie”- zdumienie i strach, niepewność oraz poczucie niesamowitości. Piotr po raz drugi zderzył się z takim uczuciem, nosił w pamięci obraz przemienionego Pana na górze Tabor. Wydaje się, ze nic już nie powinno go zaskoczyć, a jednak Chrystus reżyseruje nieprawdopodobne scenerie. Ta sytuacja jakoś bardziej jest mi bliska przez obraz Ivana Ajvazovskiego (1817-1900), rosyjskiego malarza, ormiańskiego pochodzenia. Artysta romantyzmu, specjalizujący się w malarstwie marynistycznym; z właściwą dla siebie wrażliwością oddający z analityczną precyzją potęgę żywiołu wody. W tej scenie jest jednocześnie uchwycone coś z faktu przemienienia- Chrystus spowity światłością, światło wydobywające się z Niego, rzuca poświatę na kłębiące się fale. Groza żywiołu zostaje przełamana świetlistością obecności Boga- Człowieka. Piotr podąża ku Chrystusowi mając wzniesione ręce ku górze, jakby przeczuwając, iż za chwilę pochłonie go żywioł wody- w myślach prowadzi wewnętrzny dialog- „Panie jak wpadnę, złapiesz mnie ?”. Jego twarz otulona jest światłem, jak na wschodnich ikonach ilustrujących scenę Przemienienia. Niczym echo z oddali historii wybrzmiewają słowa św. Symeona Teologa: „Bóg jest Światłością i ci, których czyni godnymi, by Go widzieli, widzą Go jako Światłość”. Tak silna emanacja światła sprawia, że człowiek nie jest wstanie widzieć. Piotr idzie na oślep, a pod nogami kotłuje się woda i wiatr uderzający z ogromną siłą w całe ciało, tak że nie można utrzymać równowagi. W końcu zaczyna tonąć, jedyne co pozostaje to krzyk: „Panie, ratuj mnie”. Wydają się niezwykle profetyczne słowa napisane przez ks. Pasierba: „Siła Boga nie okazuje się, dopóki nie objawi się słabość człowieka”. To przecież obraz nas samych, naszych permanentnych zmagań ze sobą, nieustannych prób „chodzenia po wodzie” i wyczekiwania cudu. To poszukiwania obecności Boga i artykułowania nieporadnie nieskończenie wiele razy pytań, na które nie jesteśmy wstanie sami odpowiedzieć. Nasze życie- utkane ze spokojnych wybrzeży i zrywających się w jednym momencie sztormów…, tonięcia i wypływania na powierzchnię. „Nie możesz przepłynąć morza stojąc na brzegu i wpatrując się w wodę”.


 

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

CORPUS VERUM


Mt 14,13-21

 Kazał tłumom usiąść na trawie, następnie wziął te pięć chlebów i dwie ryby, spojrzał w niebo, odmówił błogosławieństwo i połamawszy chleby, dał je uczniom, uczniowie zaś tłumom. Jedli wszyscy do sytości i zebrano z tego, co pozostało, dwanaście pełnych koszy ułomków. Tych zaś, którzy jedli, było około pięciu tysięcy mężczyzn, nie licząc kobiet i dzieci.

Od kilku dni głównym tematem Ewangelii jest spożywanie posiłku- skupienie uwagi na chlebie, jako najważniejszym elemencie codziennego pożywienia. Proces spożywania to nie tylko określony przez kulturę pewien wyuczony etos zachowań; w kontekście szerszym- duchowym, to tyle, co przyjmowanie do swojego wnętrza. Wcale nie chodzi tu o jakiś sakralny savoir vivre. Kiedy wejdziemy w przestrzeń liturgii, to czynność jedzenia zobaczymy jeszcze o wiele bardziej aspektowo; przemieniony słowem chleb jest sakramentalnym symbolem Tego, który o sobie mówi: „Jak Mnie posłał Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie” (J 6,57). Materia tego świata- chleb z pszennej mąki, uformowany ludzkimi dłońmi, nie jest jakimś substytutem tego chleba, który Chrystus wziął w Wieczerniku w swoje dłonie i błogosławił; ale jest tą samą rzeczywistością,  którą Duch Święty przeistacza  z owocu ziemi w niebiański Pokarm Życia. Mówimy o materii sakramentalnej- Zachód używa do Eucharystii chleba niekwaszonego. Według św. Ambrożego, chodzi o chleb zwyczajny, przynoszony przez wiernych w procesji z darami. Wierni przynosili na liturgię taki chleb, jaki spożywali w swoich domach. Oczywiście starano się o jego odpowiedni wygląd. Używano określeń corona, rotula, które od III wieku oznaczało wyborny wypiek. Miał on kształt okrągły, podzielony był na kwadraty- panis quadrata. Dzielenie chleba stosowano ze względów praktycznych już w czasach przed Chrystusem, z czasem stało się to częstą regułą w ramach obrzędów chrześcijańskich i interpretowano to w kontekście do krzyża Chrystusa. W starożytności stemplowano chleby, odbijając na nich odpowiednie znaki. Chrześcijaństwo przejęło tę praktykę, czego przykładem jest bizantyjska profsora, która ma wytłoczony obraz. Podczas proskomidii- przygotowania darów cząstki te, symbolizujące w całości „baranka”, odcinane są „świętą włócznią” w kształcie krzyża, nad i pod ramionami którego znajdują się litery: IC-XC-NI-KA, które oznaczają, że Chrystus zwycięża. Na Zachodzie chleb przynoszony na Eucharystię otrzymał z czasem swoją własną nazwę; fakt ofiarowania sprawiał, iż nazwano go oblata lub oblatio. Od czasów karolińskich przyjęła się nazwa hostii, która to po dziś dzień funkcjonuje w tradycji łacińskiej Kościoła. Należy podkreślić, że hostia- podobnie jak bizantyjska nazwa agniec- baranek, wskazywało na eucharystyczną przemianę w Chrystusa- jako żywy dar ofiarny. Od XI wieku upowszechniło się wypiekanie małych chlebów w celu udzielania Komunii i dużych przeznaczonych do spożycia dla prezbitera. Wypiekane hostie ozdabiano, wyciskając różnego rodzaju emblematy związane z życiem Chrystusa. Najczęściej spotykane są motywy ukrzyżowania czy baranka. „Łamanie chleba” zostało ograniczone do samej hostii przeznaczonej dla przewodniczącego celebracji liturgicznej i straciło swoje pierwotne znaczenie. Przesunięcie zaś pobożności eucharystycznej w kierunku oglądania świętych Postaci (tzw. spożywanie przez wzrok) wymagało hostii białej, dobrze widocznej podczas podniesienia i wystawienia w monstrancji. „Celem Eucharystii jest nasze własne przemienienie, tak abyśmy mogli z Chrystusem stać się „jednym ciałem i jednym duchem” (1Kor 6,17). Myśl o tym, że Eucharystia przemienia nas, że samą ludzkość chce uczynić żywą świątynią Boga, Ciałem Chrystusa, wyrażana była aż wczesnego średniowiecza za pomocą pary pojęć corpus mysticum i corpus verum. W ten sposób  słowami corpus mysticum określano Ciało sakramentalne, cielesną obecność Chrystusa w sakramencie. Dane jest nam ono według Ojców Kościoła po to, abyśmy sami stali się corpus verum, prawdziwym Ciałem Chrystusa.”

niedziela, 2 sierpnia 2015

Kiedy ludzie z tłumu zauważyli, że na brzegu jeziora nie ma Jezusa, a także Jego uczniów, wsiedli do łodzi, przybyli do Kafarnaum i tam Go szukali. Gdy zaś Go odnaleźli na przeciwległym brzegu, rzekli do Niego: „Rabbi, kiedy tu przybyłeś?” Odpowiedział im Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Szukacie Mnie nie dlatego, że widzieliście znaki, ale dlatego, że jedliście chleb do sytości. Troszczcie się nie o ten pokarm, który ginie, ale o ten, który trwa na wieki, a który da wam Syn Człowieczy; Jego to bowiem pieczęcią swą naznaczył Bóg Ojciec”. Oni zaś rzekli do Niego: „Cóż mamy czynić, abyśmy wykonywali dzieła Boże?” Jezus odpowiadając rzekł do nich: „Na tym polega dzieło zamierzone przez Boga, abyście uwierzyli w Tego, którego On posłał”. Rzekli do Niego: „Jakiego więc dokonasz znaku, abyśmy go widzieli i Tobie uwierzyli? Cóż zdziałasz? Ojcowie nasi jedli mannę na pustyni, jak napisano: «Dał im do jedzenia chleb z nieba»”. Rzekł do nich Jezus: „Zaprawdę, zaprawdę powiadam wam: Nie Mojżesz dał wam chleb z nieba, ale dopiero Ojciec mój da wam prawdziwy chleb z nieba. Albowiem chlebem Bożym jest Ten, który z nieba zstępuje i życie daje światu”. Rzekli więc do Niego: „Panie, dawaj nam zawsze tego chleba”. Odpowiedział im Jezus: „Jam jest chleb życia. Kto do Mnie przychodzi, nie będzie łaknął; a kto we Mnie wierzy, nigdy pragnąć nie będzie”.( J 6,24-35)
Każdego dnia zwracamy się słowami Chrystusa, aby Ojciec Niebieski obdarował nas chlebem. Chleb, który zaradza egzystencjalnym niedostatkom dzisiejszego świata. To się zawiera w nieprzerwanej od wieków modlitwie skierowanej prosto do Tatusia, aby zadbał o człowieczy los, aby nikt z Jego umiłowanych dzieci nie był głodny. Jesteśmy odpowiedzialni za chleb powszedni, który dzisiaj przestał być szanowany, wyrzucany na śmietniki, pozbawiony szacunku. Człowiek szybko zapomniał co to znaczy być głodnym. Obecność chleba powszedniego kieruje nasze spojrzenie ku innemu pokarmowi, którym jest Chrystus w sakramentalnym znaku chleba- „Jam jest chleb życia”. Pisał o tym św. Ambroży w swoich katechezach: „Jeśli przyjmujesz chleb każdego dnia, to każdy dzień jest dla ciebie „dzisiaj”. Jeśli Chrystus jest w tobie „dzisiaj”, to zmartwychwstaje On dla ciebie każdego dnia. W jaki sposób ? Dzisiaj, to znaczy: gdy Chrystus zmartwychwstaje”. Dzisiaj liturgia słowa przeprowadza nas przez wielką katechezę obecności Boga w sakramentalnych znakach. Figurą która odsyła do celebracji Eucharystii jest wydarzenie nakarmienia Izraelitów, którzy wyprowadzeni na pustynię zaczynają szemrać przeciw Bogu; wtedy otrzymują pokarm- mannę. Spadła z nieba manna, podobna do nasion kolendry, z której wypiekano chleb. Ten pokarm stanowił podstawę egzystencji Izraela przez czterdzieści lat na pustyni, aż doszli do Ziemi Obiecanej. My też jesteśmy nomadami wiary, szukającymi źródła pożywienia które wzmocni nasze witalne siły, w duszę wniesie światłość i życie. Każdego dnia na ołtarzach świata dokonuje się cud miłości Boga- przeistoczenie w Miłość do spożycia. Liturgia to wielka „jadłodajna miłości”, w której za darmo otrzymujemy przedsmak nieba. Już bardziej Bóg nie może Siebie rozdać, jak przez dar do spożycia.... Chleb Niebiański dał nam Pan na życie wieczne. Kiedy wyciągamy ręce w geście przyjęcia, gdy przyjmujemy postawę modlitwy, gdy przechodzimy pustynię naszego zwątpienia pełni nadziei..., spotykamy Boga- Miłość. „Eucharystia jest naszym chlebem codziennym. Zaletą tego boskiego pokarmu jest siła jedności; jednoczy nas z Ciałem Zbawiciela i czyni nas Jego członkami, abyśmy mogli stać się tym, co przyjmujemy”.