Na zewnątrz
przedświąteczny gwar i przygotowanie do świąt Narodzenia Pańskiego. To już
kolejny rok w cieniu wojny na Ukrainie i punktów zapalnych na świecie, zdolnych
wywołać globalnie zachłanne tąpnięcie zła. Te przebudzone wulkany historii
zdają się bardziej niebezpieczne, niż wczorajsze konflikty z którymi się
jeszcze nie rozprawiliśmy należycie na kartach książek i pamięci odchodzących przedwcześnie
świadków. Nic nie jest pewne i przewidywalne, a wielu z nas towarzyszy
przeświadczenie, że wojna toczy się gdzieś tam – daleko od nas i nie powinna
odebrać nam przyjemności z konsumowania szczęścia, czy delektowania się
świętowaniem w zaciszu rodzinnego domu i suto zastawionego stołu.
„Teraźniejszość jest czymś, co nas wiąże. Przyszłość tworzymy sobie w
wyobraźni. Tylko przeszłość jest czystą rzeczywistością”- pisała Simone Weil.
Najgorsze, co może się przydarzyć, to krótkowzroczność i porzucenie trzeźwości
myślenia oraz realizmu sytuacyjnego – stymulującego odruchową czujność
człowieka eterycznego jutra. Żadna wojna, choćby najdalej rozgrywająca się od
nas, nie jest estetyczną przyjemnością dla żadnej ze stron. Są tacy dla których
wojny to intratny biznes, zatrważająco podnoszący słupki oglądalności w
telewizji: „Człowiekowi dobrze robi oglądanie cierpienia”- twierdził paraliżująco
Nietzsche. To jedynie groza, rozciągająca się poza czas i potęgująca poczucie
bólu i niesprawiedliwości. W tej przestrzeni nie istnieje już fantazmat
sprawiedliwości, tu wszystko dzieje się tak szybko, iż po zgliszczach –
pozostaje zwyrodniała chęć odwetu i zemsty, lub przebaczenie – rozciągnięte na
kilka pokoleń, zanim dokona się amputacja traumatycznej przeszłości. Imperium
Putina, nie zakończy tej wojny za szybko jakby chciał tego naiwny Zachód,
zanurzony w racjonalnej logice zysków i strat. „Rosja wiele widziała w ciągu
tysiąca lat swoich dziejów. Jednego tylko nie widziała Rosja przez tysiąc lat –
wolności”(W. Grossman). Dla tego olbrzyma z argumentami militarnej siły i
zasobami atomowego sztafażu, refleksja o wolności i pokoju jest efemeryczna. Dla
nich ta wojna jest „święta” i jest przejawem rosyjskiego geniuszu, nachalnego przeświadczenia o zaprojektowaniu nowego świata: „Nie możemy przegrać tej wojny. W przeciwnym
razie cały świat zamieni się w wielki ogień”(A. Dugin). Tylko nieliczni jak
niegdyś Nabokov, zapragnęli zerwać z matką Rosją i przywdziać nową tożsamość.
Wyrwany z łona ziemi pisarz, boleśnie wzdychał: „Gotów jestem istnieć bez
imienia, wciąż się czaić, kryć znów i znów. By w snach twego nie spotkać
cienia, gotów jestem wcale nie mieć snów.” Pomimo tego, że ten świat mamy w
zasięgu ręki, nie potrafimy z niego wytrzebić demonów i chimer, wracających w
coraz to nowych odsłonach zwyrodnienia i przemocy. Nie czuję się upoważnionym
do krytykowania tego rozległego kraju, gdzie ludzie z natury są prostoduszni,
choć nie mają szczęścia do carów – pchających ich ciągle w paszczę imperialnych
podbojów i śmierci. Nie jestem jego synem, ale czuję się przynaglony do
przeciwstawienia się złu, które zabija jego prawosławną dusze. Niebawem Bóg się
po raz wtóry narodzi, zejdzie w świat narcystycznego oślepienia i obojętności,
dławiącego i przeświadczonego o swojej wolności człowieka. Jakże jesteśmy
zawieszeni pomiędzy nicością a sensem – w niedokończeniu miłości, wyłaniającej
się z betlejemskiej nocy odrzucenia i zdrady, wykluczenia Życia – jedynej i
nieprzedawnionej gwarancji pokoju.