wtorek, 10 grudnia 2024

 

Na zewnątrz przedświąteczny gwar i przygotowanie do świąt Narodzenia Pańskiego. To już kolejny rok w cieniu wojny na Ukrainie i punktów zapalnych na świecie, zdolnych wywołać globalnie zachłanne tąpnięcie zła. Te przebudzone wulkany historii zdają się bardziej niebezpieczne, niż wczorajsze konflikty z którymi się jeszcze nie rozprawiliśmy należycie na kartach książek i pamięci odchodzących przedwcześnie świadków. Nic nie jest pewne i przewidywalne, a wielu z nas towarzyszy przeświadczenie, że wojna toczy się gdzieś tam – daleko od nas i nie powinna odebrać nam przyjemności z konsumowania szczęścia, czy delektowania się świętowaniem w zaciszu rodzinnego domu i suto zastawionego stołu. „Teraźniejszość jest czymś, co nas wiąże. Przyszłość tworzymy sobie w wyobraźni. Tylko przeszłość jest czystą rzeczywistością”- pisała Simone Weil. Najgorsze, co może się przydarzyć, to krótkowzroczność i porzucenie trzeźwości myślenia oraz realizmu sytuacyjnego – stymulującego odruchową czujność człowieka eterycznego jutra. Żadna wojna, choćby najdalej rozgrywająca się od nas, nie jest estetyczną przyjemnością dla żadnej ze stron. Są tacy dla których wojny to intratny biznes, zatrważająco podnoszący słupki oglądalności w telewizji: „Człowiekowi dobrze robi oglądanie cierpienia”- twierdził paraliżująco Nietzsche. To jedynie groza, rozciągająca się poza czas i potęgująca poczucie bólu i niesprawiedliwości. W tej przestrzeni nie istnieje już fantazmat sprawiedliwości, tu wszystko dzieje się tak szybko, iż po zgliszczach – pozostaje zwyrodniała chęć odwetu i zemsty, lub przebaczenie – rozciągnięte na kilka pokoleń, zanim dokona się amputacja traumatycznej przeszłości. Imperium Putina, nie zakończy tej wojny za szybko jakby chciał tego naiwny Zachód, zanurzony w racjonalnej logice zysków i strat. „Rosja wiele widziała w ciągu tysiąca lat swoich dziejów. Jednego tylko nie widziała Rosja przez tysiąc lat – wolności”(W. Grossman). Dla tego olbrzyma z argumentami militarnej siły i zasobami atomowego sztafażu, refleksja o wolności i pokoju jest efemeryczna. Dla nich ta wojna jest „święta” i jest przejawem rosyjskiego geniuszu, nachalnego przeświadczenia o zaprojektowaniu nowego świata: „Nie możemy przegrać tej wojny. W przeciwnym razie cały świat zamieni się w wielki ogień”(A. Dugin). Tylko nieliczni jak niegdyś Nabokov, zapragnęli zerwać z matką Rosją i przywdziać nową tożsamość. Wyrwany z łona ziemi pisarz, boleśnie wzdychał: „Gotów jestem istnieć bez imienia, wciąż się czaić, kryć znów i znów. By w snach twego nie spotkać cienia, gotów jestem wcale nie mieć snów.” Pomimo tego, że ten świat mamy w zasięgu ręki, nie potrafimy z niego wytrzebić demonów i chimer, wracających w coraz to nowych odsłonach zwyrodnienia i przemocy. Nie czuję się upoważnionym do krytykowania tego rozległego kraju, gdzie ludzie z natury są prostoduszni, choć nie mają szczęścia do carów – pchających ich ciągle w paszczę imperialnych podbojów i śmierci. Nie jestem jego synem, ale czuję się przynaglony do przeciwstawienia się złu, które zabija jego prawosławną dusze. Niebawem Bóg się po raz wtóry narodzi, zejdzie w świat narcystycznego oślepienia i obojętności, dławiącego i przeświadczonego o swojej wolności człowieka. Jakże jesteśmy zawieszeni pomiędzy nicością a sensem – w niedokończeniu miłości, wyłaniającej się z betlejemskiej nocy odrzucenia i zdrady, wykluczenia Życia – jedynej i nieprzedawnionej gwarancji pokoju.