Będziesz
miłował Pana, swego Boga…, a swego bliźniego jak siebie samego
(Łk 10,27). To hasło tegorocznego tygodnia modlitw o jedność chrześcijan. Nie
wiem, co jest gorsze - ekumeniczna ignorancja, czy kurtuazyjne spotkania miedzy
różnymi wyznaniami - mającymi na celu wychylenie się na chwilę i
zasygnalizowanie swojej eklezjalnej obecności. Tak jak kiedyś moje serce
przenikała ekumeniczna gorliwość, tak teraz nie dostrzegam większego sensu w
uczestniczeniu w tych spotkaniach, które w moim odczuciu, nic nie wnoszą do
rzeczywistego dialogu, czy otwarcia, a już na pewno nie przyczyniają się do urzeczywistnienia
komunii i pragnienia Chrystusa „aby byli jedno.” W indywidualnych spotkaniach z
różnymi wyznawcami Chrystusa, staram się zachować ewangeliczną postawę brata –
ciekawego inności, otwartego na dialog, z szacunkiem odnoszącego się do
tradycji i wyrastającej z niej mądrości, którymi żyje dana konkretna wspólnota,
ożywiona tchnieniem Ducha i świadectwem wyznawców. Uważam, że chrześcijaństwo
jest zbyt namacalnie rozdarte i doktrynalnie odległe od siebie, iż trudno
myśleć i mówić wspólnie, a co dopiero stawać do wspólnej liturgii. Kościoły jak
piasek rozsiane w czasie, nie potrafią tworzyć „Ciała Ukrzyżowanego i
Zmartwychwstałego Boga.” Tak jak świat jest zsekularyzowany, tak również kościoły
i wspólnoty chrześcijańskie, przenika jakaś nieunikniona i trudna do
zatrzymania erozja i osłabienie mocy świadectwa. Cień lęku i śmierci. Zobojętnienie
i okopanie się w swoich bastionach – aby jakoś przetrwać ! Ciągle pojawia się
na horyzoncie widmo mniejszych lub większych schizm, teologicznych nieporozumień,
dwuznaczności i wypaczenia tych prawd, które całe wieki karmiły świętych i
mistyków. Na przeciwstawnych biegunach życia, chrześcijanie o tej samej
Ewangelii Mistrza, mówią zupełnie różnym językiem; próbując wiarę dostosować do
świata, lub świat przemienić płomieniem wiary ! „Kimś najbardziej odrzuconym, najgłębiej
zapomnianym, najmniej znanym jest Bóg. Patrzy On i zastanawia się, czy istnieją
jeszcze serca, które w wolności powierzą Mu siebie i otworzą się dla Niego. Bo
jeżeli On będzie mógł przez nie wejść w świat, to świat się zmieni”(O.
Clement). Chrześcijaństwo pełne apatii i zwątpienia w sensowność swojej misji,
nie jest wstanie ruszyć z miejsca, a co dopiero uczynić świat napełnionym
Bogiem i żarem zstępującego nań Ognia. Nowoczesność zastawia tak wiele pułapek
na ludzi wiary, czyniąc z nich anachronicznych wyznawców Kogoś, kto się
przedawnił, przeterminował, o którym inni zapomnieli lub mozolnie i świadomie wygumkowują
z historii, czyniąc miejsca dla „oświeconej wolności” elit egzystujących poza
Dekalogiem i Przykazaniem miłości. Mimo tak licznych podziałów i konfliktów
Europa zbudowana na fundamentach chrześcijańskich, nie zatarła oblicza
Chrystusa – Przyjaciela i Odkupiciela człowieka. Pomimo tak silnej świadomości,
oddychanie światem jest tak toksyczne i zawłaszczające, iż zabija w duszy
pragnienie Obecności. „Brak obecności w
świecie to zarazem brak wiary ewangelicznej. Bóg nigdy nie wyrównuje słabości człowieka
– pisał P. Evdokimov – Bóg ogrania człowieka tam, gdzie jest on silny i
potężny, i dlatego Ewangelia winna być obecna we wszystkich przedsięwzięciach i
decyzjach ludzkiego losu.” Być może transfuzja wiary i miłości w dzisiejszych warunkach
duchowego spustoszenia i obojętności, powinna się dokonać przez „sakrament
brata” – na sposób indywidualny, a nie kolektywnie inwazyjny jak miało to
miejsce do tej pory. Kościół małych wspólnot, jak tych które w starożytności
gromadziły się po domach, aby słuchać Słowa i łamać Chleb. Modlitwa i służba na
rzecz odnowionego ekumenizmu, mają uobecnić się na twarzach i sercach tych,
których nie porwał wiatr tego czasu, lecz tchnienie Parakleta – tak silnie
zawłaszczające i podrywające, że nie można usiedzieć w miejscu. Zwieńczeniem
tego trudu jest Trójca – Komunia Miłości, jak z ikony Rublova „wielka, pogodna,
cała przeniknięta wibrującą radością, źródło ludzkiego braterstwa. Rytm Jednego
w Trzech i Trzech w Jednym daje cudowną perspektywę przyszłości…”