Człowiek wychodzi na
spotkanie niewiadomego. Każdy dzień przynosi nowe sytuacje z którymi trzeba się
zmierzyć, skonfrontować, oszacować siły, czy można pójść dalej – a może
zatrzymać się w połowie drogi i odetchnąć. „Cierpiąc aż do zaciskania pięści z
pragnienia ujarzmienia życia”- przywołując zdanie Barresa. Wrastanie w czas
oznacza samotność, paskudne doświadczenie niekochania i oschłości, pozostania
na peryferiach ważkich i rzeźbiących codzienność spraw. Może ta pora roku tak
działa odurzająco i sennie. Jesień jest piękna, skąpana naprzemiennie w słońcu
i deszczu, ale również melancholijna i przygnębiająca w każdym włóknie natury
wkraczającej w śmierć. Gwarne miasto które przemierzam codziennie drogą do
pracy, okazuje się pustynią samotności i stepem wydeptanych dróg na skróty –
anonimowych wędrowców zasklepionych w kokonie własnych spraw. W uszach brzmi śpiew
bizantyjskiej liturgii, akord wieczności, przeszywający prozaiczność
migawkowych chwil. Wszystko wydaje się takie szorstkie, banalne i
powierzchowne, balansujące na powierzchni przewidywalnych zdarzeń i niepogłębionych
w żaden sposób interakcji. Iluż to ludzi odgrywa role do których zostali
przymuszeni lub dali się wtłoczyć w sytuacje bez wyjścia. Ilu ludzi zgadza się
na przeżycie każdego odruchu własnego jestestwa i wyboru w prawdzie która
wymaga porzucenia masek i odsłonięcia własnej twarzy ? Pascal uważał, że
człowiek w zamknięciu czterech ścian nie potrafi znieść siebie samego i że od
samotności woli stan zlepienia z innymi. A może to egoizm nie pozwala scalić
się z innymi, być ich bratem, przyjacielem, współtowarzyszem, mentorem, wątłym
nauczycielem, roztaczającym nudny monolog o kaprysach zmiennej i świdrującej umysł
egzystencji. Strach przed samotnością każe ludziom robić rzeczy, których nigdy wcześniej
nie robili. Ograbia ich z bogactwa wnętrza i wtłacza ich w wielką rzeszę istot
żyjących bez celu i ostatecznego sensu, gdzie pomiędzy fałdami podświadomości
skrywa się niemoc i zrezygnowanie ze wszystkiego, co warte jeszcze zawojowania.
„Tylko Chrystus żywy znak Objawienia – nauczał św. Maksym Wyznawca – może wybawić
człowieka od potworności, które stworzył i stwarza nadal rozum ludzki. Tylko On
jest mądrością i ocaleniem.” Ta przepastna wolność może człowieka sprowadzić na
manowce, albo wznieść na górze, będąc niesionym na skrzydłach nadziei. W takie
osobistej spowiedzi Gogol wyzna: „Przyszedłem do Chrystusa, gdyż dojrzałem w
Nim klucz do duszy człowieka.” Jakże trzeba dojrzewać do wolności, aby nie
pozostać na rubieżach krepujących duszę zwątpień i upadków. W Księdze Północnego Wiatru Leylanda
znajduje się warty przytoczenia fragment: „Zstępując, nie zapominaj o wstępowaniu,
które jest twoim jedynym celem; szybując w przepaść, pamiętaj o kładce nad nią
i bądź cierpliwy: upadek to zaczątek sztuki wzbijania się w powietrze, pierwsza
próba przestrzeni, to konieczność i potrzeba życia, które dopiero po upadku
rozpoznaje swoje przeznaczenie.” Nawet na końcu przepastnej ciemności, tli się
światło ku któremu trzeba się podnieść z kolan. „Pod światem jest uśmiech. Ten
uśmiech musi przejść przez tak wiele warstw, zanim do nas dotrze” – pisał Bobin.
Uśmiech obłaskawiającego i wychodzącego naprzeciw Boga i człowieka który
wyłania się z kałuży upadków i własnych łez.