czwartek, 9 kwietnia 2026

 

Wieczerza podwójna, bowiem mieści Paschę Starą i Nową, Władcy Krew i Ciało. Wieczernik. „Błogosławieni, którzy widzieli koniec figur, a początek Prawdy”(św. Efrem). Pomiędzy słowami Ewangelii relacjonującymi to podniosłe wydarzenie, również ważna jest wyobraźnia pozwalająca wskrzeszać obrazy, czyniąc je bliskimi, pomimo odczuwalnego upływu czasu. Każdy detal zawiera głębię odczuć, zapachów, delikatnych muśnięć, malarskich reminiscencji- otwierających szeroko oczy na zdumienie i ciszę w której aurze obleką się słowa paschalnej Pamiątki. Przestrzeń jerozolimskiej architektury przeniknięta obecnością i przeszyta pokorną miłością Syna Człowieczego. Zapadł wieczór i mrok spowił kontury miasta. Słońce za oknami izby dogasło. Pomimo zalegającej ciemności, kontury niesamowitości kreślą scenariusz czegoś naprawdę podniosłego. Grupa mężczyzn krząta się po izbie, aby noc sederu przygotowana była według uświęconej tradycji ojców i następujących po sobie rytów. Na ich twarzach rysuje się radość i niepewność. Nic nie może umknąć uwadze ludzi ukształtowanych w kulturze Biblii i obyczajów tak silnie przenikających codzienność żydowskiego życia. Pieczołowitość przenika wiktuały kuchni: przaśne mace, gorzkie zioła, wodę i wino- materię codzienności i znoju ludu zrzucającego okowy niewolnictwa. Wnętrze rozbłysło oliwnymi lampkami. Zapach mirtu i cynamonu nęci zmysły, czyniąc uczestnikami wyjątkowej chwili błogosławieństwa. Na ścianach rozwieszono kotary, a podłoga pokryła się posłaniami na których w półleżącej pozycji domownicy będą spożywać ten wyjątkowy posiłek i wyśpiewywać radosny Hallel. Na glinianych paterach układano wypieczone w pośpiechu mace i  kielichy napełniono czerwonym winem, słodkie i mocne, którego smak miał ukoić rozterki tego, co dopiero miało nadejść i wywołać rzekę łez. Kiedy w czternastym dniu Nisan rodzina żydowska zasiadała do stołu, najmłodsze dziecko, według zwyczaju, zwracało się do ojca z następującym pytaniem: „Co oznacza ten ryt, który będziemy tej nocy celebrować ?”(Wj 12,26). To pytanie również wyszło z ust Jana (najmłodszego) i w całkowicie nowym blasku, powtarzane jest przez Kościół z pełną żaru charyzmą: „Dlaczego ta noc jest wyjątkowa ?” To, co robimy jest anamnezą, liturgią która rozdziera włókna czasu, czyniąc realnie obecnym Boga. Jest sakramentem, który aktualizuje wydarzenie. Nowa Pascha, Wieczna Wieczerza, Misterium Eucharystii ! Starożytna obrzędowość przeniknięta ukrytym sensem i literalną precyzją. Na początku należało umyć ręce. Chrystus przyjmuje rolę niewolnika w niezrozumiałej logice uniżenia. Pochyla się nad spoconymi i zakurzonymi nogami uczniów, aby w geście obmycia zawrzeć całą pedagogię miłosiernej służby kapłana. Trudno opisać zamieszanie obecnych na widok tego, co uczynił Jezus. Wzbranianie się i poddanie, aż po sugestię Piotra, aby uczynić czystymi również inne miejsca ciała. „Pan pokazuje uczniom przykład pokory. On, który obłokami przyodziewa niebo, przepasuje się ręcznikiem i klęka, aby sługom obmyć nogi. On, w którego ręce oddech wszystkich żyjących”- słyszymy w tekstach liturgii. To, co następuje później staje się sercem Kościoła- źródłem największego obdarowania: „Czyńcie to na Moją pamiątkę.” Chleb i wino, stają się Jego prawdziwym Ciałem do spożycia- Materia nieśmiertelności, Przyobleczoną w pokarm Miłością nasycającą największy z ludzkich głodów. „Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim”(J 6, 54- 56).  „Kto spożywa”- użyty tutaj czasownik troguein, oznacza dosłownie „rozgniatanie,” „miażdzenie” dokonujące się w czasie spożywania posiłku w ustach konkretnej osoby - wchłaniania go w substancje własnego ciała. „Dokonał Wchlebowstąpienia. Stał się Chlebem”(R. Brandstaetter). Sakramentalny realizm liturgii wprowadza w oblubieńczą komunię. „On jednoczy nas ze sobą, prowadząc do Ojca- pisał J. Corbon- aż będziemy żyć Jego życiem.” Po tej chwili podniosłości i przeistoczenia, przychodzi dramatyczny moment samotności i zdrady. Zapowiedź ogrójca: „Wy wszyscy zgorszycie się tej nocy…” To pierwsze i inicjujące w historii jakże wiele zgorszeń związanych z osobą Jezusa. Próba wiary w której tyglu wypieczone będą pokolenia świadków i zdrajców. Mistrz „demontuje wiarę naiwną, prymitywną, opartą na ludzkich wyobrażeniach, wyliczoną z jakieś sytuacji ziemskiej. Nie chciał wiary łatwej, bezkonfliktowej, która nic nie kosztuje. Nie znosił wiary „ubezpieczonej”, pewnej siebie, sytej”(J. Pasierb). Topos ogrodu zdrady ciągle jest żywy w świadomości tych którzy potrafią płakać wraz z Nim. Rosochate drzewa po dziś dzień kształtują jego krajobraz i niemo szepczą pełną trwogi modlitwę Jezusa do Ojca. „Jezus- powie Pascal- będzie konał aż do skończenia świata; nie wolno nam spać przez ten czas.” Wyjście z samotni ogrodu, zapowiada teofanię bólu i ostatecznego triumfu życia. Rajskie drzewo musi na nowo zakwitnąć i wydać owoc !

niedziela, 5 kwietnia 2026

 


Świat poszedł za Nim (J 12,19).

Wielu ludzi stoi na skraju świata i jest jak gałązka palmy szeleszcząca pod naporem euforii lub zwątpienia. „Sprawiedliwy zakwitnie jak palma”(Ps 91,13). Przestaliśmy już skandować imię żywego Boga na placach miast, bo tak jest łatwiej i wygodniej- wbrew nachalności i głębi sumienia, przypominającej, że jesteśmy utkani z miłosnego oddechu Ukrzyżowanego Króla- wydanego z nas, wbrew logice świętego spokoju i obojętności. Rzeczywistość dotknięta duchową schizofrenią i odrętwieniem czynów. „W obłędzie człowiek upada w prawdę o sobie: a to jest sposób całkowitego się z nią utożsamienia i równocześnie utracenia”- pisał M. Foucault. PRAWDA stoi przed światem, ale on nie jest nią zainteresowany jak Piłat. Wybiera dla niej drogę powtórnego odtrącenia i śmierci. „Ukrzyżowany Bóg jest największym zgorszeniem dla Żydów. Bóg może być jedynie wielkim i potężnym. Kenoza była bluźnierstwem, zdradą dawnej wiary w wielkość i chwałę Boga. Taka jest żydowska religia, z której wyrosło odrzucenie Chrystusa”(M. Bierdiajew). Jedni patrzą na twarz mężczyzny, widząc w niej wszystkie prerogatywy władcy, a jeszcze inni – skazańca, niewolnika, uzurpatora, politycznego wichrzyciela, bluźniercę- uważającego siebie za JA JESTEM. „Rozciągnęli Cię na ołtarzu krzyża jakby ofiarę. Przybito Cię, jakbyś był złoczyńcą… Ciebie, który jesteś wielkością nietykalną”(Grzegorz z Nareku). Oszpecona ludzką nienawiścią i ślepotą Twarz pokornej Miłości, odbita na poszarpanej tkaninie ludzkich dusz. Tylko oślica niosąca Go na swoich ramionach, nie zwątpiła i stała się pomimo zwierzęco wrodzonej upartości, dyspozycyjnym narzędziem w drodze do wypełnienia powziętego planu zbawienia. Entuzjazm tłumu szybko zamienia się w posiedzenie sądowe. „Złorzeczą Bogu, a potem nuży ich złorzeczenie Mu. Obierają sobie innego, bardziej schlebiającego ich gustom… Prawda nigdy nie jest tak wielka jak w poniżeniu Tego, kto ją głosi”(Ch. Bobin). Im głębiej uczestniczymy w wydarzeniu Niewinnego i skazanego na Krzyż, tym wyraźniej dostrzegamy przestrzeń naszej wolności. Nie chodzi wcale, aby się ugiąć pod straszliwym brzemieniem moralnego udręczenia, ale doświadczyć opamiętania i nawrócenia. Możemy nakładać „maskę bestii” lub „naśladować Chrystusa, to znaczy przekształcać się w Chrystusa całkowicie, a następnie zstąpić do otchłani naszego świata”(P. Evdokimov). Satanistyczna teologia rozkrzyczana na dachach miast, próbuje wyrwać historii osobę Mistrza z Nazaretu i „czyni Go tak niemożliwie pięknym, że musi On pozostawać niezmiernie daleko od nędzy naszego bytowania”(T. Merton). Bóg zohydzony, wygnany i urojony- postrzegany jako projekcja maluczkich, prostaczków, sentymentalnych słabeuszy i wsteczników- pariasów anachronicznego zabobonu. Pomimo tytanicznej pracy tych którzy próbują wygnać na peryferia zapomnienia Boga i wymazać Jego imię, Sprawiedliwy otwiera ranę swego boku i miłosiernie przebacza. Wbrew zakusom zła, On nieustannie zmartwychwstaje i przypomina: „Jam jest Pierwszy i Ostatni, i żyjący”(Ap 1,17-18). 

wtorek, 31 marca 2026

 

Si fueris Romae, Romano vivito more; si fueris alibi, vivito sicut ibi. Powróciłem myślami do Rzymu w którym niespełna dwa tygodnie temu dane mi było spacerować. Nie sposób opisać tych rozległych horyzontów sztuki które się tam smakuje powoli, aby nie dostać zadyszki lub estetycznej niestrawności. Kultura tak pełna zapożyczeń a zarazem najbardziej oryginalna w konstelacji tzw. europejskości. Zawiłe do prześledzenia stadia rozwoju cywilizacji tak rozwibrowanej jak meander Tybru – w którego tafli przeglądali się cesarze i papieże, mierząc swoje siły na zamiary. Wszystko tam oddycha historią i duchowością zaprzeszłych wieków, nie stając się tym samym, jakimś zatęchłym skansenem czy przyprószonym kurzem reliktem - czekającym na obłaskawienie, czy wybudzenie w oczach pielgrzymów i turystów.  Wieczne Miasto potrafi rozbudzić nawet tych, którzy są skupieni na sobie i dalekie jest im przesiewanie piasków historii, czy uciążliwy ból w stopach pokonujących kilometry bazaltowych ścieżek. Już teraz rozumiem aluzję Herberta: „Jeżeli wybierasz się w podróż niech będzie to podróż długa wędrowanie pozornie bez celu błądzenie po omacku żebyś nie tylko oczami, ale także dotykiem poznał szorstkość ziemi i abyś całą skórą zmierzył się ze światem.” Warto odrobinę pocierpieć, wyprażyć się w słońcu i być obmytym deszczem w drodze ku kolumnadzie Berniniego; miejscu chwilowego schronienia. Tam nawet dyletanci przecierają oczy i dostrzegają ów smaczki które zapadają w sercu i rzeźbią w pamięci łaknienie znalezienia się tu ponownie. „Każdy, kto widział najpierw fotografię jakiegoś miejsca, a potem je odwiedził, wie, jak bardzo odmienna jest rzeczywistość. Oddychamy atmosferą tego miejsca, słyszymy należące do niego dźwięki, czujemy jak są one odbijane przez niewidoczne domy z nami”(S. Rasmussen). Nie wiem czy istnieje coś, na kształt syndromu rzymskiego nad którym mogliby deliberować przy łyku kawy psychologowie. „Muzea i galerie Rzymu, choć tak bogate, mieszczą w sobie zaledwie część tego piękna, jakie tu wieki kuły w kamieniu, utrwalały na płótnach, freskach, mozaikach – pisał Jan Parandowski – Pełno ich w kościołach, w pałacach, w gmachach państwowych, w domach prywatnych, gdzie wrosły dziedzictwem, w zakamarkach, gdzie się ich nikt nie spodziewa: na ustronnym i zaniedbanym podwórzu nagle spomiędzy rupieci wyłania się słowa posągu, a w iluż miejscach strumyk wody sączy się w sarkofagu o pięknych reliefach ! Marmury i brązy rozbiegły się po mieście, po ulicach i placach, w alejach parków odkrywamy je znienacka w niefrasobliwej przechadzce, tak jak w ciemnym zaułku zatrzymuje nas Madonna, niespodziana ozdoba starej, złuszczonej ściany, i swym wdziękiem każe nam szukać jej twórcy wśród sławnych artystów.” Te zatrzymania i fragmentaryczne fascynacje ogarniały każdego wytrwanego podróżnika który w tym miejscu szukał czegoś więcej, niż poczucie ekstrawagancji, luksusu, prestiżu, czy zaistnienia na fotografii – pośród rozsiadłych na wzgórzach krajobrazów – rozsianego obficie piękna. Są to doznania pod którym dukt pióra drży, a klawiatura komputera jest niczym klawisz fortepianu, rozpoczynająca niepewnie takt i muzyczną frazę utworu. Kultura Rzymu jest jak warstwowy tort którego smaczne porcje, przywodzą dziecinne wprost odczucie radości z chwili, która już taka sama się nie powtórzy. Rzym antyczny, wczesnochrześcijański, bizantyjski, średniowieczny, renesansowy i barokowy… w nakładających się kostiumach estetycznej wirtuozerii mistrzów pędzla, dłuta, pióra, czy instrumentów poderwanych w bezsenną noc, otwierając źrenice oczu na widok Forum Romanum, Koloseum, czy Bazyliki św. Piotra z kopułą w której dosłownie, można zmieścić Panteon. Tutaj nigdy nie zapada noc, bowiem gwar miasta przeistaczając się w delikatnie odczuwalną ciszę, zaprasza do kolejnej wędrówki krętymi uliczkami i tawernami w których podochocony winem niejeden Rzymianin w imię miłości, wykonywał arystokratycznie usposobiony arię na cześć miasta których to protoplastów napoiła mlekiem wilczyca z Kapitolu. Miał rację poczciwy Giotto mówiąc: „Rzym to miasto echa, miasto iluzji i miasto pragnień.” Zmęczony wszedłem do bazyliki Santa Prassede, słyszałem kołatanie własnego serca. Położyłem się na ławce i spoglądałem na sklepienie na którym Chrystus zamknięty w medalionie był otoczony gibkimi aniołami – atletami wieczności.  Wspomnienia wyryte w pamięci są źródłem szczęścia !

niedziela, 29 marca 2026

 

Zagubiłem początkowe piękno i wspaniałość moją, a teraz leżę nagi i wstydzę się. Piąta niedziela Wielkiego Postu stawia wiernym za wzór świętości Marię z Egiptu – córkę Sodomy, prostytutkę gwałtownie poruszoną łaską. Żyła ona na przełomie V i VI wieku. Ciężko jest słowami odmalować jej dramatyczne życie i wtargniecie w nie Boga. Choć nigdy nie miałem bezpośredniego kontaktu z ulicznicą, to wyobrażam sobie jej uwikłaną w grzechy profesję. „Nierząd jest głęboką samotnością człowieka, śmiertelnym chłodem samotności. Nierząd jest pokusą niebytu, krokiem ku niebytowi. Żywioł lubieżności jest ognistym żywiołem. Kiedy lubieżność przekształca się w nierząd, ognisty żywioł wygasa, namiętność staje się lodowatym zimnem”- pisał Bierdiajew. Wstajesz, myjesz się, wykonujesz na twarzy wyrazisty makijaż, wychodzisz na ulicę i wymieniasz wabiące spojrzenia z tymi, którzy mogą być twoimi potencjalnymi klientami. Zaułek ulicy, czy mała obdrapana nora z łóżkiem, poszarpana pończocha i rozpięty gorset, szelest banknotu i rozkładasz nogi. Oddajesz się za pieniądze, ponieważ towarzyszy ci przekonanie, że już inaczej nie można żyć. Po wszystkim zostaje brud którego nie można zmyć z ciała, ponieważ oblepia potwornie duszę i tłamsi w pułapce umysł. Przychodzi taki dzień kiedy wsiadasz na statek i wraz z żeglarzami dzielisz trud podróży, wydając swoje ciało dla pocieszenia, rozkoszy, namiastki fałszywie pojmowanej miłości. Oni się bawią, a ty już nic nie czujesz – jesteś umarła w każdym włóknie swojej cielesności; toczona zgnilizną duchowej śmierci. Przekazywana z rąk do rąk. Zużyta ! Dobijacie do portu, a ta nieunikniona pauza w pracy zmienia wszystko. Łzy ciemnej otchłani. Przebudzone sumienie i dotknięcie Ducha. W dniu Podwyższenia Krzyża, próbujesz wejść do bazyliki Grobu Pańskiego, a niewidzialna dłoń zatrzymuje ciebie w drzwiach. Nieczystość zostaje na zewnątrz, do środka musi już wejść „dziewica” – czysta owieczka Ukrzyżowanego Mistrza. „Miłość zapala wiarę, oświeca nadzieję. Miłość jest nowym narodzeniem serca. Już nie masz serca takiego jak przedtem, lecz masz nowe serce i ono w tobie żyje. Jesteś nowym stworzeniem. Ponieważ stajesz się tym, co kochasz”(M. Quoist).Spojrzenie Maryi z cudownej ikony i żar przenikający duszę, czynią z niej istotę przebudzoną i przemienioną – pustelniczkę wysuszoną słońcem pustyni, przyjaciółką skorpionów, węży i lwów, oblubienicę której oczy ujrzały zbawienie – świt Raju. W tym miejscu przypomina mi się scena ze Zbrodni i kary Dostojewskiego kiedy Raskolnikow pyta prostytutkę Sonię: „Bóg, cóż On dla ciebie uczynił ? – Uczynił wszystko, szybko wyszeptała, całując znowu jego oczy.” Bóg potrafi z największej ludzkiej nędzy uczynić duszę czystą i zmartwychwstałą. „Miłość zmienia nawet istotę rzeczy”(św. Jan Chryzostom). Cerkiew czci świętą Marię Egipską, ponieważ jest ona wyraźnym przykładem, że można porzucić życie grzeszne, obrośnięte czarną pajęczyną pragnień i pokus. „Świat jest kobietą źle się prowadzącą, przyciągającą do siebie mężczyzn, którzy spoglądają na nią pożądając jej piękna”- jakże aktualne wydają się słowa świętego Izaaka Syryjczyka. W tym dniu równie mocno rozbrzmiewa fragment czytanej na Ewangelii. Otrzeźwia fałszywie sprawiedliwych. Mówi bowiem o pragnieniu zajęcia pierwszego miejsca w Królestwie Bożym. Jakże wymowny akord prawdy o nas: „A kto z was chciałby być pierwszym, niech będzie niewolnikiem wszystkich (Mk 10, 44). Pierwszą jest nierządnica, która przywdziała szatę miłości !

środa, 25 marca 2026

 

Wracając do domu zatrzymał mnie widok pękających pod naporem ciepła pąków magnolii. Człowiek  oderwany od fiksacji ekranu i bezruchu powiek pod wpływem zaciskanego w dłoni telefonu, może zostać wyswobodzony przez kontakt z naturą - jeśli tylko pozwoli się dać obezwładnić tej sile rozkwitającego zewsząd piękna. W egzystencji naznaczonej pośpiechem i nieustanną potrzebą bycia zalogowanym, kontakt z przyrodą wydaje się dla wielu, czymś sporadycznym a nawet rzadkim. Bez wątpienia jest to najbardziej terapeutyczne doświadczenie dla naszych zmysłów ! Nasz świat jest jak szklana bańka w której zakorkowani niczym z malarstwa Boscha, przemierzamy drogę od wyznaczonego, po ostatecznie zrealizowany cel, który jakże często jest przeliczalny na pieniądz i powoduje nieodwracalny uszczerbek na zdrowiu psychicznym. Obłęd poruszania się w wirtualnym świecie Internetu, uśmiercił potrzebę wyjścia na zewnątrz, tworząc tym samym świat równoległy na kształt labiryntu w którym się błądzi, aż po utratę sił i życiowego celu – alienacji na kształt cienia z platońskiej jaskini. Jadąc tramwajem zauważyłem piękną dziewczynę siedzącą frontalnie naprzeciwko mnie. Próbowałem nawiązać z nią jakiś kontakt wzrokowy, migotliwą i rozkruszającą zalegającą anonimowość zbiorowości – chwilę porozumienia. To było bez celowe, przegrałem z siłą ekranu telefonu zawłaszczającego wzrok, słuch i ruch twarzy którą migotliwie głaskało światło słońca przez brudne smugi szyby. Isaak Asimov nakreślił tak destruktywną sytuację w powieści Face aux feux do soleil ukazując wykreowanych przez siebie mieszkańców planety Solaris, jako zastygłych przy komputerach, pozbawionych wzajemnych relacji, przenikniętych lękiem na samą myśl o fizycznym kontakcie w którym nastąpi pewnego rodzaju materializacja osób i spotkanie ciał. „Ile rodzajów pieśni może zaśpiewać konik polny wokół starego domu, gdzie mieszkańcy osiedlają się na wieczne życie”- pytał zasadnie i targany poczuciem wrażliwości, węgierski pisarz Krúdy. Problem w tym, że my już nie słyszymy tej rapsodii w której śpiew ptaka spotyka się z akompaniamentem wiatru i pocałunkiem istnień przebudzonych ze śmierci do życia. Świat zabił powolność i chęć delektacji tym, co naszych przodków zapraszało do kontaktu z ziemią; wyczuwaniem jej pulsu i świętości pod opuszkami palców i w kącikach ust. Człowiek stał się banalnym i przewidywalnym w każdym odruchu swojej cielesności. Choć wystawiony na światło i obłaskawiony eterycznością, zdaje się być wydartym siłom ciążenia i samotności. Człowiek epoki kamiennej posiadał większą amplitudę wrażliwości, niż ten nowoczesny, zakotwiczony w klawiaturze zdyszanego komputera. Oczy przestały rejestrować tajemnicę, stając się jedynie receptorami zdarzeń w które wpisani zostaliśmy zadaniowo, zwodząc uparcie siebie że jesteśmy wolni. „Świat jest muzyką dla której trzeba znaleźć słowa”- przekonywał Pasternak wbrew sprofanowanej złem rzeczywistości w której dane mu było żyć. Z dna plecaka wyciągnąłem informator Akademii Sztuki w Szczecinie który ktoś mi włożył w pośpiechu. Zagotowała mnie w nim jedna myśl: „…bo piękno nie istnieje – istnieje wolność !” Sztuka wydestylowana z piękna wydaje się już być krok od katastrofy. Zatopiona w przepastnej wolności twórcy, może sięgnąć pustki. Lepiej powrócić do miejsca zachwytu. Drzewo magnolii ma w sobie mądrość i piękno Stwórcy !

niedziela, 22 marca 2026

 

Czwarta niedziela Wielkiego Postu. Przeszliśmy połowę drogi pokuty. Odkryliśmy chropowatość kamieni raniących nogi i drzazgi osadzone w osoczu serca. Przytuliliśmy rosochate drzewo Krzyża i ujrzeliśmy strugę światła ze szczeliny Golgoty. Pustynia zaczęła pachnieć eterycznymi olejkami, a święci wskazali nam kierunek wędrówki. Zrozumieliśmy, że jesteśmy grzesznikami – ślepcami, paralitykami, epileptykami, zdrajcami, cudzołożnikami i mordercami – grzesznikami na których oczy Chrystus kładzie błoto i przynagla do obmycia w sadzawce Siloe. Tak wiele biblijnych postaci kotłuje się w człowieku: pełen oporu i ucieczki Jonasz, przynaglony i bezradny wobec powierzonej misji Mojżesz, wadzący się z żywiołami śmierci Noe, poddany próbie wiary Abraham i Hiob, podniesiona z brudu nieczystości Maria z Magdali, Zacheusz wypatrzony na sykomorze i przyjaciel Łazarz wskrzeszony w Betanii. Przesłanie jest proste: Kain nie może posuwać się naprzód ze zwłokami Abla na ramionach. Grzech nie może triumfować. Śmierć musi ustąpić naporowi życia. Ból musi zostać zaakceptowany i ostatecznie przemieniony.„ Cierpienie wprowadza nas w samo serce tajemnicy egzystencji”(J. Danielou). Jeszcze przed nami pełna miłości wytrwałość świętego Jana i próba przez którą będą musieli przejść uczniowie w spowitym nocą zdrady ogrodzie Getsemani. Na wszystkich tych twarzach, pomimo osobistych udręk i wyborów, odzwierciedli się czuła i pełna przebaczenia miłość Mistrza z Nazaretu. Przeniknąć rzeczywistość sensem, a cierpienie – zatopić w nadziei rodzącego się świtu. „Bóg przychodzi z pomocą tym, którzy pragną się leczyć, dając im wiarę”(Teodoret z Cyru). Nieopisana słowami dialektyka wiary i miłosierdzia, zrozumiana najmocniej przez tych, którzy potrafią dostrzec piszący na piasku palec Boga. „Każde uderzenie serca to poryw, w którym Ojciec oddaje siebie. Te uderzenia pompują nam krew Syna, ożywioną Tchnieniem Ducha”(L. Gillet). Oto dlaczego potrzebna jest metanoia – wielka przemiana umysłu i serca, całego naszego rozumienia rzeczywistości, gdyż będąc córą nadziei, jest odrzuceniem rozpaczy – jak głosił świadek i wielki asceta święty Jan Klimak. Życie zwrócone ku Bogu jest kolejnym etapem wielkopostnej drogi, po łzach nowego chrztu, przychodzi czas na pełne duchowej wiosny spotkanie z Chrystusem. Wszystko staje się darem łaski, zaopiekowaniem i euforią radości z odnalezienia daru zbawienia. „Błogosławieni ci, których pragnienie Boga upodobniło się do żądzy ukochanego do ukochanej.”

piątek, 20 marca 2026

 

Kilka dni temu włócząc się uliczkami Florencji, zaszedłem do bazyliki San Spirito, a w jej zakrystii zobaczyłem krucyfiks autorstwa Michała Anioła. Okrzepły w przeświadczeniu, iż renesansowy rzeźbiarz tworzył tylko zmysłowe, sensualne i przesadnie muskularne ciała, moim oczom odsłoniła się smukła, krucha i ascetyczna figura Chrystusa. Ten ujmujący oczy widok pozostawił mnie przez chwilę w zupełnej ciszy, poza zgiełkiem przesuwających się przez przestrzeń kościoła turystów. Zupełnie inny od rzeźb które emanowały siłą antycznej nagości i erotyzmu- jakiejś przesadnie wykreowanej rasy ludzi którą można chociażby dostrzec na freskach z kaplicy Sykstyńskiej. „Na Golgocie, jakby utożsamiony z Hiobem, przeżywa naszą rozpacz wobec Bożego milczenia, może nawet opuszczenia przez Boga. Zmartwychwstaje w tajemnicy”- pisał  Clément. Nagi i wątły skazaniec o delikatnie zaciśniętych ustach i ujmująco dramatycznie opadniętej pod wpływem wewnętrznie tłumionego bólu głowie. Ciało lekko skręcone i wyrwane przez rzeźbiarza ze statycznego unieruchomienia na drzewie kaźni. Bezpośredni stosunek widza ze Skazanym wyraża się przez nagość; ciało na powrót przemienione i odarte z potrzeby zatrzymania i uprzedmiotowienia. Chrystus nie posiada perizonium – jest nagi i odarty z materii – zawstydzająco spokojny i przekonujący znaczniej mocniej, niż epatujące bólem i krwią przedstawienia gotyckiego średniowiecza. Bierdiajew kiedyś powiedział, że On wszedł w naszą egzystencję w uniżeniu „był incognito i to było jego kenozą.”  Akt oddania w całej rozciągłości ciała po przeszywający na wskroś wymiar ducha. To  „Boski Eros” –  przezwyciężający chaos stworzenia i pociągający świat ku sile paschalnego świadectwa wiary. „Przez Chrystusa cała nasza natura zostaje naprawiona”(św. Grzegorz z Nyssy). Stałem naprzeciw odartego ze wszystkiego Boga i poczułem się poruszony tak mocno, iż pociekła mi po policzku łza. Otchłań grzesznika przyzywająca daru miłosierdzia !

środa, 18 marca 2026

 

Spędziłem wraz z młodzieżą dziesięć dni w Italii. Trudno w kilku skondensowanych zdaniach oddać uczucia i nasycenie sztuką, które wzbierało i zarazem przygniatało mój umysł i duszę. Gdybym wędrował samotnie to poderwałbym pióro i rozszerzył horyzont do śledzenia niuansów które dostrzegali zafascynowani tym obszarem podróżnicy i literaci. Malowałbym pejzaż wraz z twarzami napotkanych ludzi i kulturą którą obrastały włoskie miasteczka – zapalczywie strzegąc swojej autonomii i pielęgnowanej z pokolenia na pokolenie tradycji. „Włochy nadal są przy mnie”- cytując klasyka i przywołując tym samym urokliwe wspomnienia z miejsc w których dane mi było się zatrzymać na chwilę. Dla człowieka od lat trawiącego sztukę, to kolejne zbliżenie na pozór bliskie miłości której intensywność oszałamia, a później pozostawia na długie chwile samemu; drżącemu naprzeciw napierających muśnięć piękna. Czuję w ustach smak wina i wyrafinowanej kuchni której delektacja zapewne sięga starożytności i bóstw, którym nie obce były uciechy cielesne i wprost misteryjne uniesienia. „Ów most miedzy pierwszym a ostatnim dniem życia człowiek może przejść tylko w ekstazie. A tę ekstazę przynosi wino”- twierdził Hamvas. Gdy wkraczamy w tak napęczniałą od materialnych wytworów historię, może pozostać jedynie pragnienie kolejnego powrotu. Cudowność życia odciśnięta w starożytnych ruinach Rzymu, chrześcijańskiej cywilizacji ukształtowanej na Ewangelii i męczeńskiej śmierci pierwszych wyznawców Chrystusa. Tak zawiłe ślady uwiecznione są skomplikowanych żywotach artystów, dających się ponieść wirtuozerii, przecież nie wolnej od zapomnienia o sobie. Po raz pierwszy byłem w Ravennie i nie rozczarowała mnie swoimi skarbami. Choć przez wiele lat tropiłem ślady bizantyjskiego malarstwa, to tym razem mogłem poczuć jego siłę namacalnie – wzrokiem rejestrując obłaskawiające kolorami panele bazylik i baptysteriów. Teraz rozumiem artystów końca XIX i XX wieku którzy tam kierowali swoje kroki, szukając barw tak czystych i wyrazistych, że źrenicę oka wypełniały łzy radości a powonienie zapach kwiatów. Mauzoleum Galii Placydii „Z niebem lśniącym gwiazdami i niebiesko-złotymi dekoracjami otoczonymi geometrycznymi wzorami trompe-l'oeil w jasnych kolorach, girlandami kwiatów i koszami wypełnionymi owocami, do dziś pozostaje jednym z najbardziej olśniewających ostatnich domów, jakie kiedykolwiek zbudowano. Kto odmówiłby spoczynku pod takim widokiem gwiazd, gołębi, jeleni i winorośli, w towarzystwie Dobrego Pasterza, autorów Ewangelii i św. Wawrzyńca”- pyta Judith Herrin. W tym mieście (niegdyś przyczółku bizantyjskiej cywilizacji Justyniana i Teodory) również odnalazłem grób Dantego, modląc się żarliwie i mając zarazem z tyłu głowy cytat mistrza włoskiej literatury, mówiący o „Miłości, która porusza słońce i gwiazdy” - takie bowiem dostrzegłem dzień wcześniej na weneckim sklepieniu bazyliki św. Marka. Po tych malarskich horyzontach wieczności, przychylam się do myśli Georgesa Mathieu: „Filozof panował nad starożytnością. Naukowiec tymczasowo rządzi światem. Wszystko wskazuje na to, że to artysta będzie panował nad światem jutra.”

wtorek, 17 marca 2026

 

Trzecia niedziela Wielkiego postu, inaczej zwana Niedzielą Adoracji Krzyża. W trakcie jutrzni będącej częścią całonocnego czuwania, po wielkiej doksologii, wynosi się na środek cerkwi Krzyż, aby wierni mogli oddać mu cześć. Czas wielkopostnego nawrócenia i przepełniona nadzieją kontemplacja Krzyża. „W śmierci Chrystus przebywa z nami jak gdyby na jednej linii ludzkiej bezradności, cierpienia i lęku tych, którzy przebywają w ciemnościach”(S. Bułgakow). Tylko taka perspektywa odsłania prawdziwy sens Odkupienia. Ten znak łaski, pozostanie tam przez cały tydzień orientując myśli i modlitwy ludzi na misterium miłości Boga do człowieka. „Krzyż to powstanie z martwych, to nadzieja chrześcijan – powie św. Efrem Syryjczyk – Krzyż to siła bezsilnych, lekarz zdrowych… Krzyż to oczyszczenie trędowatych, uzdrowienie paralityków, źródło spragnionych.” Całun smutku spowija czas próby, przygniatając ciężarem belki tak wiele ludzkich sumień, wyborów i powstań z obolałych od potykania się kolan. Bliskość Chrystusa przytulającego i ocierającego łzy smutku; wyjmującego z ludzkich ran drzazgi buntu i niewierności. Resuscytacja wnętrza i na powrót wsłuchanie się w głos sumienia; zdarcie z siebie łachmanów grzechu – rozbłysk wyzwalającej prawdy ! Ludzkość może przyjąć terapeutyczne zstąpienie miłości lub odrzucić. „Bóg króluje z drzewa życia” – odsłania miejsca przebite gwoźdźmi - niczym trofea zdobyte w boju, przekonując świat, że miłość jest silniejsza niż śmierć. „Im bardziej przyszłość zanurza się w mroku, tym bardziej trzeba nam przekonania, że w głębi tej otchłani może wykiełkować coś lepszego, i to w jakimś niemożliwym do przewidzenia kształcie”(J. Guitton). Chrześcijanin jest zaproszony do odkrycia radykalizmu wiary, odnalezienia Drzewa na którym trzeba skłonić głowę i zebrać do naczynia duszy – drogocenne krople krwi Baranka. Tylko taka postawa może ożywić chrześcijaństwo wypalone, wątpiące, zbutwiałe, wynajdujące przeróżne usprawiedliwienia, pozbawione duchowej witalności, obumarłe. W takiej optyce, wszystko staje się błogosławioną tęsknotą, przemienieniem, podekscytowanym oczekiwaniem na noc, która zajaśnieje jak dzień. To miłosne wypatrywanie Raju, kiedy na nowo rozkwitnie drzewo życia - a na nim Ten – który otwiera ranę swego boku, aby rozlała się obficie Miłość. „Lecz o północy każde ciało nagle zamilknie – pisał B. Pasternak - Wiosna rozgłosi wiadomość, że od pierwszego brzasku, śmierć będzie w łunie wielkiego wołania Paschy.”

niedziela, 8 marca 2026

 

Druga niedziela Wielkiego Postu. Ewangelia proklamowana w świątyni, opowiada o uzdrowieniu Paralityka. Wyobraźnia przybliża nas do tego wydarzenia i umiejscawia nas w centrum dokonującego się cudu. Zobaczyć to z bliska i zastanowić się nad własnym życiem. Ująć to wewnętrznym okiem duszy. Napierające zewsząd tłumy, słuchające Jezusa. Każdy chce być jak najbliżej w bezpośredniej bliskości. Zgiełk i ścisk, podekscytowanie ludzi graniczące z gorączkowością zobaczenia czegoś spektakularnego. Kiedy kogoś kochamy to jesteśmy zdolni do najbardziej irracjonalnego ryzyka, a nawet do uszkodzenia czyjegoś budynku. „W otworze powstałym w glinianej powale ukazały się ręce, a potem twarze ludzkie. Znów odezwały się mocne uderzenia siekier, poszerzających otwór, i na osłupiałych mężów posypały się strugi piasku i okruchy gliny”(R. Brandstaetter). Nagle kilku mężczyzn (być może krewnych lub przyjaciół) i zmiażdżony chorobą człowiek, którego spuszczają na marach przez zerwany gwałtownie dach domu. Nie było innej możliwości dotarcia do Mistrza i natychmiastowego kontaktu ze spojrzeniem i czułym dotykiem Boga. Przekonujemy się namacalnie, że istnieje Ewangelia miłosiernego gestu Tego, który nie tylko zaskakuje i odbiera argumenty swoim oponentom – lecz jest nade wszystko Miłością, przebaczającą grzechy i uzdrawiającą ciało. „Dziecko, odpuszczone są twoje grzechy”- to wstrząsające dla faryzeuszów słowa. W świecie którym przyszło nam żyć, „dotykamy wszystkiego i nic nas już nie może dotknąć” – a szczególnie zstępująca naglę i przenikająca każde włókno naszego jestestwa łaska. „Żyjemy w epoce niesłychanego napięcia nerwowego. Według współczesnej medycyny, większość chorób organizmu ma źródło w psychicznym nieuporządkowaniu. Tragedia współczesnego człowieka polega na tym, że znajduje się pod wpływem zasad, których nie zna lub boi się poznać”(P. Evdokimov). Wszelkie oddzielenie od Boga, może być źródłem niepowodzenia, nieszczęścia a nawet choroby, przed którą medycyna staje się bezradna. Choroba duszy okazuje się poważniejsza niż dolegliwości somatyczne. Jesteśmy paralitykami innego rodzaju, zdruzgotani niemocą i bardzo często samotni – pozbawieni ramion i dłoni ludzi którzy poniosą nasze zbolałe ciało i duszę do lecznicy. Dom wypełniony Obecnością i każda szczelina jego murów, przez która przepływa żywioł światła i oczyszczenia, miłości i wskrzeszającej siły życia. Oczy uzdrowionych to już krajobrazy zmartwychwstania. Wstać i wziąć swoje łoże, to znaczy „podnieś to, co ciebie nosiło, zmień los ciężaru, aby to, co było świadectwem słabości, stało się dowodem zdrowia…”(Piotr Chryzolog). Kiedy się pokajamy i żałujemy za naszego grzechy, dokonuje się nasze uzdrowienie i otwiera się przed nami droga do przebóstwienia. „Twe wszechpotężne słowo będzie zdolne oczyścić me ciało przepełnione słabością, gdy ja wołam do Ciebie z płaczem”- wyzna św. Grzegorz z Nareku. Dzisiejsza niedziela stawia przed nami oprócz uzdrowionego paralityka, charyzmatycznego biskupa, piewcę taboryckiego światła „herolda łaski” – św. Grzegorza Palamasa – arcybiskupa Tesalonik. Jego wkład teologiczny w życie Cerkwi jest nieprzeceniony i po dziś dzień jego myśl i  intensywne życie wewnętrzne, staje się niedoścignionym wzorem dla chrześcijan prawosławnych. Wedle niego, człowiek jest wspaniałym darem Boga, syntezą świata widzialnego i niewidzialnego, streszczeniem całego stworzenia, a nade wszystko istotą otwartą na przeobrażenie: „Człowiek, a więc owa wspaniała istota żywa na małym świecie jest streszczeniem wszystkich rzeczy, rekapitulacją dzieł Bożych.” Palamas definiując przebóstwienie, twierdzi następująco: „Łaska Boża to ta energia Boga, mocą której zstępuje On łaskawie, aby zbawić wszystkich, którzy okazali się godni przeobrażenia w Chrystusa w Duchu.”

środa, 4 marca 2026

 

Dogłębnie martwi mnie ta kolejna sytuacja wojenna z Iranem. Niepokoje o los jutra nakładają się warstwowo i nie pozwalają spokojnie spacerować naprzeciw oślepiającego wzrok słońca. Wiosna kiełkuje powoli a jej zapach budzi i wyostrza zmysły. Ta impresja zostaje przerwana komunikatami mrożącymi krew w żyłach. Człowiek z amplitudą mojej wrażliwości nie może pozwolić sobie na chwilę spokoju w refleksji o świecie i wydarzeniach które rozpisywane są ponad głowami innych, a na które nie mam żadnego realnego wpływu. Punkty zapalne i kolejne wojny – tym razem Iran – i koncentracja sił amerykańskich i Izraela, konfrontacje, zwarcia i kolejne przerwane życia. Jakże trudno utrzymać pokój w ryzach ludzkich świadomości i sumień. Kolejny demoniczny rechot na twarzach mocodawców, dostrzegających w wymianie sił i ognia, okazję do demonstracji złudnej wielkości i poszerzenia własnych partykularnych wpływów. Kolejna Golgota usypanych i bezimiennych ciał – „odprysków” zemsty,  niemocy przebaczenia i kochania. „Bo ludzie są ciekawi. Ludziom nie wystarcza wersja złagodzonej rzeczywistości. Nawet ozdobiona najpiękniejszymi ideami filozoficznymi i najbardziej nęcącymi hasłami zbiorowej szczęśliwości społecznej. Każdy bowiem człowiek ma własne doświadczenie życia i śmierci, miłości i nienawiści, szczęścia i rozpaczy. Wobec tego doświadczenia nieprzydatne są wszelkie metody interpretacji porządkującej. I ludzie, wiedzeni ciekawością, od czasu do czasu pragną sięgnąć poza te systemy porządkujące” – wyznał trafnie w jednej z rozmów Nowosielski. W to wszystko wpisuje się Krzyż Chrystusa na który również my, prawosławni, spoglądamy częściej z drżeniem ust wyśpiewując strofy Wielkiego Kanonu Pokutnego: „Przypadam do Ciebie, Jezu, zgrzeszyłem przed Tobą, zabierz ze mnie ciężkie brzemię grzechów i jako miłosierny daj mi łzy pociechy.” Jakże dojmujące jest przeświadczenie, że również tymi słowami duchowej przemiany, modlą się na froncie ukraińsko – rosyjskim żołnierze, jakże często unieruchomieni po obu stronach okopów. Tak bracia połączeni chrztem i krzyżem na piersiach szeptają te słowa mocy i jednocześnie ściskają w dłoni kolbę karabinu (narzędzia agresji i zniszczenia). Dzieci Boże zaciemniające oblicze Chrystusa i wystawiające wiarę na nieprawdopodobną próbę.Tam, gdzie kończy się królestwo Boże, natychmiast zaczyna się krajobraz obłędu i moralnej katastrofy: „Świat jest na opak, ludzie chodzą z głowami do dołu… to jest prawdziwe zboczenie ! Obłęd ! Oni nie wierzą ani w Boga, ani w Chrystusa. Ale próżność i duma dręczą ich i muszą skończyć na wzajemnym pożeraniu się”(F. Dostojewski). Świat wydany Złemu to mało popularna diagnoza i wierzcie mi, nie przechodzi przez usta wielu teologom, uprawiającym ugłaskaną i dostosowaną do potrzeb świata naukę. Spirala zła w potężnej opozycji do dobra które odciska się na oczach i duszach tych, którzy przestają być bierni i modlitwą rozkruszają sytuacje spowite mrokiem i brakiem nadziei. „Dusza przez grzech umiera… Łzy nie mogą wskrzesić martwego ciała, lecz jeśli padają na duszę, ożywiają ją i przywracają jej życie”(św. Efrem). Niech zatem ludzkie łzy, staną się wodą nowego chrztu i zalążkiem pokoju przenikającego ciało zapętlonego w złu świata.

niedziela, 1 marca 2026

 

Pierwsza niedziela Wielkiego Postu poświęcona jest przez Kościół Triumfowi Ortodoksji.  Tego dnia wspomina się święto przywrócenia kultu ikon po zwycięstwie nad herezją ikonoklazmu. Oczy są mądrzejsze od uszu, a we wczesnym Kościele najbardziej rozpowszechnioną metaforą poznania Boga było widzenie. „Sama ikona jest świadectwem i nosi na sobie ogniste piętno chrztu. Krew męczenników miesza się z częściami poniszczonych ikon, ze strzępami światła powstałymi podczas zażartej walki ikonoklastów”(P. Evdokimov). Ikona stanowi nierozerwalną część tradycji Kościoła. To nie tylko część sakralnego depozytu sztuki, lecz zdumiewający język wiary – jej wyznanie – przełożone na malarską wizję. Ikona wpisuje się w historię i egzystencję człowieka, stanowią opowieść o wierze rodzącej się w sercu i pożądanej przez zmysł wzroku; będącej dogmatycznym zachwytem nad Bogiem, odsłaniającym zagubionemu w mroku światu, swoją Twarz. Tam gdzie pojawia się deficyt słów, ikona staje się katalogatycznym argumentem za istnieniem Obecności. Oznacza to, że widzialne człowieczeństwo Chrystusa jest ikoną jego niewidzialnego bóstwa, że jest „widzialnym niewidzialnego.” Dla chrześcijan Wschodu, ikona nie tyle coś wyobraża, ale jest wyznaniem przechodzącym z oczu do duszy. Kult ikon jest najwyraźniejszym świadectwem, że Bóg pojawił się w ludzkim ciele w osobie Jezusa. „Widziałem Boga w ludzkiej postaci i moja dusza została zbawiona.” To rzeczywistość modlitwy w całej rozciągłości i głębi tego znaczenia. „Sztuka jest domeną w której dusza bizantyjska znajduje swój pełny wyraz – pisał Tatakis - Takie przywiązanie do religii, dało sztuce to, co teologia dała myśli; teologia i sztuka są komplementarnym wyrazem tego samego dążenia pobudzonego przez religijny impuls. Głęboki sens tajemnicy, próba wyrażania tego, co jest ponad zjawiskami, duchowość, odrzucenie świata są szlakami, którymi podąża zarówno teologia, jak i sztuka.” Ikona przemienia spojrzenie człowieka, otwiera na materię przeistoczoną dotknięciem łaski. Zaprasza do komunii. Czyni wzrok i myśli skierowanymi na Chrystusa i piękno Jego Królestwa. Portret Chrystusa „malarski wyraz boskiej natury”(A. Grabar). Ikony przez wieki zbierają potoki ludzkich modlitw i łez, stając się świetlistymi towarzyszami wędrówki którą musi odbyć człowiek poderwany do drogi wiary i stający z pokorą atlety, wobec czyhających na niego niebezpieczeństw. Istnieje jeszcze prawda pośrednia, odzwierciedlająca nasze dzisiaj. Nasza rzeczywistość jest również dotknięta jakimś rodzajem kryzysu ikonoklastycznego, półprzejrzystości, separacji od piękna i paradoksalnie przesycona kultem idoli – bożków. Treści tej niedzieli to klarowna przestroga dla wierzących, aby nie wejść na drogę błędu, odstępstwa i herezji, zachowując nienaruszoną i przekazywaną przez wieki naukę wiary. Dlatego w specjalnym obrzędzie, wygłasza się anatemę wszystkim heretykom, a naprzeciwko tych którzy pobłądzili – stawia się świadków i obrońców prawdy. Liturgia wprowadza nas w czas i przestrzeń spotkania, gdzie rozbrzmiewa moc Słowa Życia i pełne światła Oblicze Boga, który wchodzi ku nam, czyniąc wiarę mądrą i odważną. „O Ty, który wszystko znosisz miłosiernie. Który wszystkich ludzi wybawiłeś od przekleństwa. O łagodny Panie, chwała Tobie.”

wtorek, 24 lutego 2026

 

Człowiek dźwiga swój los, mijając krajobraz miast i ruin które pozostawia bezboleśnie zmarnowany czas. Siedzę przed zdyszanym komputerem i jedyne co słyszę to spadające krople wody ze stropu, który nade mną zalał nierozgarnięty życiowo sąsiad. Halucynacja, czy przepracowanie na skutek mozolnego wertowania tekstów ? Brutalna realność zamieszkiwania w bloku. Tektoniczna społeczność usytuowana w swoich pilnie strzeżonych przestrzeniach życia. Trzeszczenie rury i strumień wody wsiąkający w regipsową obudowę łazienki. Bezradność prowodyra staruszka, zawieszenie w próżni i drżące wargi wobec małego potopu czekającego na interwencję hydraulika. Przerwana cisza i poderwanie zmuszające do natychmiastowego zaradzenia sytuacji. Kropla uderza o brzeg wiadra jak myśl rozbija się o ciężkość umysłu, poddanego żywiołom pytań. Oschłość wobec trywialności chwili która zmienia tak wiele. Miał rację Lavelle: „Świat wokół nas jest lustrem, w którym odbija się nasza natura.” Na powierzchni dzieją się rzeczy, których nie można przewidzieć, a które mogą zmienić bieg wydarzeń i słów, próbujących zawrzeć prozaiczność istnienia. „Życie bez słów przynosi więcej pożytku niż słowa bez życia”- twierdził św. Izydor z Peluzjum. Kolejny już dzień pracuję nad książką poświęconą twórczości Dostojewskiego. Powracam do tematu i odchodzę niczym wędrowiec czujący przychylność lub zagaszenie natchnienia. Przybliżenia i odejścia, nieustanna kotłowanina i syntezy które trzeba za każdym razem robić, aby nie utonąć w ocenianie utartych twierdzeń, czy rześkich idei czekających wciąż na wydobycie. Dobro i zło; grzech i łaska; zbrodnia i kara; potępienie i zbawienie- kategorie które wrzały w duszy rosyjskiego i na wskroś profetycznego pisarza, czyniąc z niego proroka narodu, który po dziś dzień brodzi w błocie swoich utopijnych ambicji i marzeń. Biegunowość i rozdarcie świata w którym jak mawiał Bierdiajew „nie można zbawić się samemu”- potrzebny jest Chrystus zrywający pieczęcie historii. To mądra lekcja na rozpoczynający się Wielki Post. Dla Boga zaprawdę „siła lwa jest słabością kota.”

niedziela, 22 lutego 2026

 

Jeśli bowiem przebaczycie ludziom ich przewinienia, i wam przebaczy Ojciec wasz niebieski (Mt 6, 14-21). Niedziela Przebaczenia Win, przygotowuje prawosławnych chrześcijan do wejścia w Wielki Post. Cerkiew staje w uścisku miłości i przebaczenia, którego nurt musi przekuć kamienne serca w rezerwuary miłości i łaski. Duchowa wiosna i czas wewnętrznej przemiany ! Trwoga nicości musi zostać zażegnana. Stanąć naprzeciw soczystego i obezwładniającego zmysły owocu, i nie zerwać go, pozostawiając wszystko w prymacie wolności Boga. „Grzech to tajemnica odłączenia, to poczucie, że jesteśmy tak ogromnie blisko raju, patrząc na piękno świata, w pełnym ufności spojrzeniu, w oczarowaniu miłością, a mimo wszystko to raj utracony”(O. Clement). Człowiek wiary ma dostrzec dramat Raju i nieposłuszeństwa pierwszych rodziców, aby nie poddać się podszeptom demona i porzucić kiełkującą w duszy, pokusę wejścia na pełną cierni drogę nieposłuszeństwa i grzechu. Kiedy na krzyżu zakwitło Życie, wszystko stało się dziewicze i przeniknięte pięknem pierwszego dnia. Od tej pory świat staje się przejrzysty i nie rygluje go już miecz anioła. Opuścić miraże i widma szczęścia, podekscytowanie i gorączkowość rzeczywistości w której egoizm i próżne „ja”- niszczy harmonię pomiędzy ludźmi, a nade wszystko Bogiem. „Wówczas mocą Ducha Świętego kruszą się w proch bastiony pychy człowieka, zatwardziałości serca i nienawiści – pisał D. Łukin – Kościół odczuwalnie przenosi życie „przyszłego wieku,” gdzie króluje Miłość Boża. W tych minutach dźwięczy w sercach słyszalna w cerkwi pieśń nadchodzącego Zmartwychwstania. Jeden za drugim podchodzący wierni oddają pokłon do ziemi i kłaniają się przed kapłanem. Kłaniają się wzajemnie oraz proszą o przebaczenie wszystkiego, czym zasmucili się wzajemnie, czy to grzechami osobistej nieprzyjaźni, czy upadku wewnętrznego, ukrytego człowieka.” Ekspresja liturgii podrywa do wyjścia naprzeciw skrzywdzonego brata i siostry, stając się rozrzutnym w akcie przyjęcia, przytulenia i zgody. „Przebaczyć to znaczy uwolnić więźnia, a potem odkryć, że tym więźniem byłeś ty.” Podczas Nieszporów przebaczenia śpiewa się: „Otwórzcie mi drzwi pokuty” lub „Nad rzekami Babilonu…” Zewnętrzność gestu podąża za tym, co wewnętrzne – muśnięte dotykiem Ducha. „Miłujcie człowieka i w grzechu jego, albowiem to jest podobieństwo Bożej miłości i szczyt miłości na ziemi” – przestrzega nas przed nieumiejętnością kochania Dostojewski. Wszystko staje się wydarzeniem przebaczającej miłości, poderwaniem pokory i zdjęciem masek za którymi kryje się człowiek słaby, poraniony, przewrotny i podły, w którego rozpiętości wyborów zachował się jad i podszept węża. „Miłość jest bramą gnozy”- powie Ewagriusz. To początek duchowego przeobrażenia wnętrza, którego pulsowanie wyzwala źródło łez i uścisku – prowadzące do „królewskiej drogi naszego ubóstwienia”(Lot-Borodine). W przebaczeniu i wzajemnym współczuciu, kryje się najgłębsza prawda o współodpowiedzialności za siebie i uśmiechu dziecka, dostrzegającego na horyzoncie piękno pachnącego kwiatami ogrodu.

 

czwartek, 19 lutego 2026

 

Dezorientacja i rozproszenie, to słowa klucze do zrozumienia człowieka poddanego nieustannym aktywnościom i zadaniom którym musi w pocie czoła sprostać. Nie jest łatwo funkcjonować w świecie w którym coś trzeba zrobić na czas lub dostosować się do określonej i narzuconej ideologiami trajektorii myślenia. Obarczeni stygmatem błędu i niedopasowania, wewnętrznie wykrzykują bunt swego jestestwa. Tysiące sposobów aby się wykazać i nie pozostać w tyle za tymi którzy obrali kurs ku zauważeniu, profitowania i materialnym korzyściom- za cenę utraty zdrowia i duszy. Nie przegapią nadarzającej się okazji, aby wyeliminować innych z powziętej uprzednio drogi sukcesu i mniemaniu o przyszłości w której usadowią się w poczuciu spełnienia, jeśli nie całkowitego wypalenia- autodestrukcji. Zaćma spojrzenia i dewastacja wnętrza to niczym zrujnowane miasto, czekające na kogoś kto je odgruzuje i odbuduje. „Jednym z najgorszych demonów cywilizacji technologicznej jest pragnienie rozwoju”(R. Dubos). Nowe technologie i wtórująca im polityka, wymusza konieczność dopasowania się do cywilizacyjnych nowinek, mających rzekomo poprawić jakość egzystencji i uprościć wymianę przepływających naprędce informacji. Ludzie każdego dnia wymieniają naprawdę niewiele słów- są bierni i wycofani- skotłowani w gąszczu własnych myśli i naglących potrzeb, wobec których obmyślają płoche strategie bezpieczeństwa. Człowiek przestał twórczo rozmawiać. Posługiwać się tworzywem słowa ! Kiedyś rozmowa była powinnością ludzi otwartych i zadowolonych z najbardziej prozaicznych spraw i rzeczy. Wymianą spostrzeżeń i wzajemnym ubogaceniem- podpartym życiową mądrością innych. Obecnie dialog stał się czymś uporczywym i zawłaszczającym czas, którego puls obwieszcza dźwięk przychodzących sms. „Wszystkie media mają tę władzę narzucania komukolwiek, kto nie jest uważny, postulatów, na których się opierają”- twierdził McLuhan. „Wiadomość to medium”- silnie paraliżujące percepcję i uwagę posiadaczy nowych technologii. Powolność i spokój w świecie pulsujących krzemowych obwodów, jest przywilejem i komfortem nielicznych, tych którzy odcinając liczne maski Gorgony, uciekli na peryferia świata lub znaleźli bezpieczną przystań w klasztorach lub samotniach, odcinając się od Internetu i nachalnych akwizytorów postępu. Ci ostatni, wybrali przestrzeń serca, niż opryskliwą i butną inteligencję rodzącą zasklepionych w sobie narcyzów, demagogów i kłamców sprzedających podstępnie złudzenia szczęścia. „Ziemia jest pokryta nową rasą ludzi, którzy są zarówno wykształceni, jak i analfabetami- pisał Ch. Bobin- opanowali komputery i nie rozumieją nic o duszach, a nawet zapominają, co kiedyś oznaczało takie słowo.” Poruszamy się w świeci bożków, wygenerowanych recept na życie i kompulsywnego przeglądania się w ekranie telefonu. Substytut „szczęścia” i „religia konsumpcji” podszyta lękiem przed pustką i niezauważeniem- odrzuceniem poza nawias wirtualnego podwórka. „Przesadne uwielbienie Internetu rozwija się w atmosferze, która jawi się jako atmosfera nowej religijności. Jest coraz wyraźniejsza w miarę zbliżania się danej osoby do środowisk, które są najbardziej gorliwymi neofitami”- twierdzi socjolog Philippe Breton. Dlatego w najbliższym czasie Kościół zaprasza swoje dzieci na drogę postu i zmiany myślenia- dystansu i czujności wobec tego, co odbiera nam wolność i wewnętrzny spokój. Post jako rezygnacja i przebudzenie świadomości. Przemienienie postawy wobec rzeczywistości, „aktywne oddanie się wierze” która pozwala stanąć nam w naprzeciw Tego, który jest tchnieniem życia. „Panie Jezu Chryste, Boże nasz- pisał św. Izaak Syryjczyk- swoimi cierpieniami ukój moje cierpienia. Swoimi ranami ulecz moje rany… Niechaj Twoje ciało rozciągnięte na drzewie krzyża pociągnie ku Tobie mego ducha, którego niszczą demony…”

niedziela, 15 lutego 2026

 

A gdy rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął Je w objęcia, błogosławił Boga i mówił: „Teraz, o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały Twoje zbawienie, któreś przygotował wobec wszystkich narodów: światło na oświecenie pogan i chwałę ludu Twego, Izraela”(Łk 2,22-40).

Święto Spotkania. „Raduj się, Bogurodzico Dziewico, pełna łaski, bo z Ciebie zajaśniało Słońce Sprawiedliwości, Chrystus Bóg nasz, oświecający znajdujących się w ciemnościach. Wesel się i ty, starcze sprawiedliwy, który wziąłeś w swoje ramiona Wyzwoliciela dusz naszych, dającego nam zmartwychwstanie”(Troparion). Wizyta w świątyni jerozolimskiej i proroctwo oraz towarzyszące wzruszenie starca Symeona. Te dwie narracje są ze sobą powiązane w sposób nierozłączny. Wyrażają prawdę o tym, że Bóg przychodzi do człowieka, a człowiek spotyka Boga. Dla mnie osobiście to Święto Światła- Syn Człowieczy „Bóg z Boga. Światłość ze Światłości” zstępuje w życie ludzi i rozszerza granice „Miejsca Najświętszego”, uobecniając się w całej pełni poznania. „Szczęśliwe oczy, które widzą to, co wy widzicie. Bo powiadam wam: Wielu królów pragnęło ujrzeć to, co wy widzicie, a nie ujrzeli…” Miał rację św. Grzegorz z Nyssy mówiąc: „Zbliżając się do światła dusza staje się światłością”. Ofiarowanie to początek rozszerzającej się na człowieka i świat światłości. Jej eksplozją będzie późniejsze Przemienienie i Zmartwychwstanie. „Światłość Zmartwychwstania będzie spowijać Kościół- jak pisał o. Bułgakow- a radość paschalna i zwycięstwo nad śmiercią będzie go wypełniać”. Ten blask wieczności zapowiadał pokorny Symeon- człowiek oczekiwania i nadziei. „Duch Święty objawił mu, że nie umrze, zanim nie zobaczy Mesjasza Pańskiego”. Duch Święty rozświetlił jego zmysły, obdarował natchnieniem i wyreżyserował spotkanie, które stało się Epifanią ! „Poprzez Ducha Świętego poznajemy Chrystusa, Syna Bożego a przez Syna kontemplujemy Ojca” (św. Jan z Damaszku). Dlatego Święto Spotkania jest zarazem uobecnieniem, teofanią Słowa, które stało się ciałem; jest teofanią czterdziestego dnia. Ten podniosły fakt staje się źródłem do uwielbienia Boga; naszą radością spotkania. „Jak Bogurodzica, Dziewica niepokalana, niosła w swoich ramionach Światło prawdziwe idąc na spotkanie tych, którzy pozostawali jeszcze w mroku śmierci, tak też i my oświeceni jego promieniami i trzymając w reku widoczny dla wszystkich płomień pośpieszajmy naprzeciw tego, który jest prawdziwym światłem…” (św. Sofroniusz). My jesteśmy w gronie uprzywilejowanych na których twarzach i duszach lśni blask obecności Pana.  „Człowiek mający oświecenie osiąga wieczne szczyty, już na ziemi wszystko staje się cudem” (św. Grzegorz Palamas). Chrześcijanina przenika świeta tęsknota za Oblubieńcem i blaskiem jego Królestwa. Miał rację Bierdiajew: „Człowiek niesie w sobie zupełnie odmienny świat, niezrozumiały do końca dla kogoś drugiego”. Ten człowieczy świat ostatecznie zostanie rozjaśniony w pełni ostatecznego spotkania z Chrystusem- spowitym blaskiem nowego eonu.

środa, 11 lutego 2026

 

W kulturze pośpiechu, masowości, zalogowania i algorytmów, człowiek zdaje się być niczym zagubione dziecko we mgle. Wszystko naznacza jakiś rodzaj nerwowego podekscytowania zmieszanego z niepewnością o kształt jutra. Biegniesz, ale nie wiesz dokąd- bez celu i samotnie- choć w tłumie podobnie odczuwających zmęczenie świata osób. Kurczymy się do rozmiarów mrówki, mozolnie wdrapującej się na szczyt kolektywnie usypanego kopca. Przestrzenie budzące niepokój i skurcz serca. Wszędzie jesteśmy w zasięgu spojrzenia, tego nachalnego i zamkniętego w soczewce kamery rejestrującej fragment po fragmencie, odartego z anonimowości świata. Każdy twój krok jest ukradkowo rejestrowany przez jakieś medium przeliczające ryzyko podejmowanych przez ciebie decyzji. Wszystko poddane jest nachalnej obserwacji i psychologizacji mnożącej diagnozy i gotowe recepty na zwiększenie rzekomo wydajności życia. Ta poza sensualna obecność „instytucji” które pragną mieć jak największy wpływ na życie jednostki- sekretna kontrola myśli i wyjście naprzeciw skrycie tłumionych potrzeb, które co zaskakujące, zostają obnażone za pomocą nadesłanej reklamy i zasłyszanego z eteru pragnienia- czekającego na ukonkretnienie. Niegasnące źrenice oczu w których niczym lustrach odbija się przemierzany odcinek ludzkiej egzystencji. Jesteśmy peselami- bezimiennymi numerami w kartotece globalnej administracji- rozporządzającej wolnością i naginającej ją do potrzeb jednostek którym wydaje się że mają jakiś realny wpływ na własne życie, a tak naprawdę są okradane z konieczności wyboru i dopływu świeżego tlenu. Nawet moje pieniądze zdeponowane w banku nie są moimi, ponieważ kiedy chcę je wybrać, ktoś pyta mnie nachalnie i bezpardonowo: „po co i na co ?” Zamknięto nas w ekranach telefonów i aplikacji, które uczyniły z wielu ogłupiałych niewolników wmawianej samorealizacji i sukcesu. Sztuczna inteligencja wyhodowała rzeszę bezrefleksyjnych troglodytów. Nasz świat się skurczył i stał się miałkim we wszystkich wymiarach bytowania. Dzieci przestały się uczyć i twórczo przeżywać świat. Zamknięci w świecie komputerowych gier i ekranie telefonu- mikro więzienia. Młodzież jest przygnieciona koniecznością istnienia i odpowiedzialnego wchodzenia w dorosłość, ponieważ przekraczając jej granicę, widzą jedynie gonitwę posiadania i tracenia zdrowia przez swoich rodziców. Przestaliśmy spadać z nieba na ziemię, lecz przyssaliśmy się do plastikowych urządzeń, stając się częścią krzemowego podzespołu i efemerycznej grupy, którą można podejrzeć, ocenzurować, czy zdeptać. Wmawia się nam, że możemy żyć dłużej, poza parametrami naszej biologii, poddając się liftingom ciała i odkładania starości na później. Rozpaczliwa utopia młodości. Iluzoryczne przeświadczenie, iż człowiek stwarza sam siebie, trzymając swój los w odrętwiałych i spracowanych dłoniach. „Człowiek jest tym, kim sam siebie uczyni”(P. Evdokimov). Niepohamowane łaknienie rzeczy, prowadzące uzależnienia, atrofii sumienia i duchowej pustki. To budzi niepokój i rozdziera dusze tych, co potrafią spoglądać trzeźwo i refleksyjnie w przyszłość. Przestaliśmy żyć w kręgu tajemnic, stając się wegetatywnie bierni wobec wczorajszego dnia który przemija bezpowrotnie. W przekonaniu Freuda, choroby umysłowe są następstwem sytuacji bez wyjścia. Człowiek mistyfikuje otaczającą go rzeczywistość, nagina jej granice i zasklepia się w autoafirmacji siebie. Wszyscy płacimy za to szaleństwo cywilizacji załamaniem nerwowym, depresjami, nowotworami i rezygnacją ocierającą się o śmierć. „Jak patrzysz na świat, tak świat spogląda na ciebie”- twierdził Max Stirner. Czy można kochać to, co nasyca nas trucizną, a nawet śmiercią ? Przestaliśmy być wydani pięknu, obezwładniającemu umysł zdumieniu, wezbraniu duszy wiecznością której ślad można odkryć w tym, co nas otacza i w jakiś sposób przenika. Życie pod naciskiem konieczności i wskazówek które kolportuje się z tak wielką siłą autorytetu- utkanego jakże często z włókien kłamstwa. Trzeba być naiwnym, krótkowzrocznym i umysłowo oschłym, aby nie zauważyć tych niepokojących mechanizmów codzienności i ich reperkusji. Wszystko gotowe do użycia, podstawione pod nos, nie wymagające myślenia, a zarazem tak silnie tłamszące wolność i chęć decydowania o własnym losie. „Wszyscy jesteśmy rozwiedzeni z życiem- mówił Dostojewski- mniej lub bardziej okaleczeni.” Rzeczywistość przestała być odczuwalna, a stała się wirtualną, zachowującą pozory naginanej do wyimaginowanych potrzeb materii. Jest faktem niewątpliwym, że wewnątrz tego naporu zjawisk jesteśmy poddani jeszcze większemu drganiu niepewności i zagubienia. Japońska mądrość obwieszcza: „Szczęście przychodzi do domu, gdzie słychać śmiech.” Pośród tych niepokojących symptomów codzienności, tylko człowiek duchowy się ostanie i zdoła podnieść kruche istnienia ku Życiu.

niedziela, 8 lutego 2026

 

A gdy jeszcze był daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko, wybiegł naprzeciw niego, rzucił się mu na szyję i ucałował go. Jest to jeden z najpiękniejszych, a jednocześnie  najbardziej poruszających wewnętrznie fragmentów Ewangelii. Zobaczyć gest Ojca, który rozpościera w akcie miłości swoje ramiona, wychodzi na drogę z tęsknotą wyczekując swojego zagubionego i zniszczonego przez grzechy dziecka. Dom z aromatem pomarańczowego sadu. Przestrzeń miłosiernej i czułej Obecności ! Pocałunek, przytulenie, wzruszenie i eksplozja miłości, która czyni chrześcijaństwo wrażliwym na przebaczenie, to wielkość która wypływa z pełnego miłosierdzia serca Boga. „Wszyscy jesteśmy schwytani w kosmiczny rozmiar Bożej łaski i miłosierdzia”(R. Rohr). Chrześcijaństwo mierzy się otwartymi ramionami, głębią serca, potokiem łez które przynoszą oczyszczenie i wskrzeszają na nowo do życia. „On uznał mnie gotowego do, aby wejść do cudownego raju, a ja wybrałem kłujące ciernie. On przygotował życie i wieczną chwałę, a mnie zabiły własne grzechy”(J. Mandakuni). Ile to razy w naszym życiu zranieni jesteśmy grzechem, zagubieni, pełni buntu i wewnętrznej pychy. Przechodząc przez dramat upadku, potykając się o swoje iluzje szczęścia, w pewnym momencie przypominamy sobie, że ktoś nas autentycznie i prawdziwie kocha, dla Niego jesteśmy ważni. Bóg się nami nie brzydzi, ciągle wychodzi cierpliwie na drogę i wygląda naszego powrotu, bo wie że krucha jest  i pełna lęku ludzka natura. „Nie mów, że jesteś słaby, powiedz, że jesteś grzesznikiem”(św. Jan Chryzostom). Grzesznik musi zdjąć z siebie ciężar ciała, aby móc zostać dotkniętym łaską i otworzyć się na przebóstwienie. Kiedy duma, pycha i egoizm się wyczerpią pozostanie tylko tęsknota za Miłością. Święty Ambroży wypowiedział jakże zdumiewający pogląd: „Bóg stworzył człowieka i wówczas odpoczął mając wreszcie kogoś, komu może przebaczyć grzechy". Te słowa stanowią całą wielką wyobraźnię miłości jako daru. Serce ojca nigdy nie przestało bić dla swojego dziecka które się zeświniło. Serce to centrum uczuć, to przestrzeń w której zostaje przywrócony do życia ten, który był umarłym a ożył, zaginał a odnalazł się. W głębi tego obrazu przypowieści, widzimy starszego syna - tego „sprawiedliwego wyrobnika", gdybyśmy mieli opisać jego portret psychologiczny to zobaczymy: wściekłość, irytację, pogardę, ręce zaciśnięte w porywie gniew, to cała postawa wyraża naganę i zgorszenie słabością ojca. Jak ten obraz ma się do mnie ? Kiedy odnajdę w sobie marnotrawnego syna, stanę w prawdzie, dokonam autorefleksji nad swoim postępowaniem, wejdę na drogę, jest szansa że spotkam na niej Ojca, który przyjmie mnie z rozpostartymi ramionami..., to już jest uzdrowienie, odnaleziona darmowa miłość. "Teraz wreszcie czuję, jak ogarnia mnie tęsknota za tym uściskiem. Biegnę do Ojca, zarzucam Mu ręce na szyję. Przebacz mi, że byłem Ci wierny bez miłości".

 

środa, 4 lutego 2026

 

Czas ferii zimowych sprzyja podróżom i odwiedzaniu miejsc które znalazły się na peryferiach zapomnienia. Zima nie odpuszcza i w swojej ostrości nadaje kolorytu spacerom, czyniąc je nad wyraz ascetycznymi. To okazja do różnej maści przemyśleń na tematy do których zabrania nie miałem zwyczajnie czasu. Jakieś miesiąc temu miałem wymianę udręczonych myśli z będącym w moim wieku „filozofem”- zdeklarowanym ateistą, pouczającym mnie o konstytucyjnym prawie człowieka do wolności sumienia, a tym samym do niewiary. Sugerował mi w nieskładnym bełkocie, iż chrześcijaństwo niesie ucisk, przymusza do religii i odbiera rzekomo wolność tym, którzy chcą żyć po swojemu i podłóg własnej moralności lub jej braku. Kiedy podjąłem dyskusję, odpierając z gruntu błędne i urojone założenia, mój przedmówca odwołał się w pewnym momencie do przykazania miłości, szacunku i poszanowania. Asekuracja tonącego w sytuacji zagrożenia i porażki. Pokrętna i oparta na strachu logika, próbująca z ludzi wiary uczynić jakiś intelektualnych prostaków zamkniętych w murach swych świątyń („spożywających teleportowanego w chlebie Boga”) i nie wychylających głowę na zewnątrz, ponieważ mogliby dotkliwie poruszyć jakąś przerdzewiałą strunę sumienia świata. Z pomocą w tych rozterkach przyszła mi lektura Filozofii wina Hamvasa. To małe arcydzieło poświęcone nie tylko medytacji nad najsubtelniejszym z napojów którym się raczy od zamierzchłych czasów człowiek, lecz wspaniały traktat obnażający niemoc i głupotę rozumowania ateistów- poważnie zapętlonych w swoich konstrukcjach myślowych i nic nie wnoszących poważnie do nauki, czego inni zapalczywi śmiałkowie- mocujący się z Bogiem by nie artykułowali i ostatecznie weszli w obłok zapomnienia. Hamvas przedstawia ich jako ludzi zagubionych, cherlawych i kalekich którym jedynie należy współczuć, a na pewno nie stosować wobec nich żadnej perswazji. Należy postrzegać ich jak dzieci opóźnione w rozwoju, próbujące poruszać się we mgle. Z nieukrywaną satysfakcją przytaczam cytat tego węgierskiego intelektualisty: „Ateistyczna bigoteria nazywa się materializmem i opiera się na trzech dogmatach: człowiek pochodzi od zwierzęcia, nie posiada duszy, istnieje tylko życie doczesne. A to dlatego, że ateiści potwornie boją się Pana Boga. Böhme mów o nich, że żyją pogrążeni w gniewie bożym. Znają tylko Boga gniewnego, przed którym się kryją. Mówią, „nie ma Boga” i myślą, że w ten sposób przestaną się bać. Ale nieprawda, jeszcze bardziej się boją, tak bardzo, że nie znoszą nawet widoku imienia Boga.” Współczuję mojemu rozmówcy, że większą część życia poświęci na batalię z Tym który jest Miłością. Pewnego dnia zamknie oczy, a obecność Tego wypieranego i spotwarzanego okaże się druzgocząco inna. Rozumiem, że można nie lubić chrześcijan- ponieważ wielu z nich jest dalekich od przesłania i mądrości Ewangelii, ale to jedynie margines, jakaś cząstka statystyczna, zaciemniająca czy umniejszająca pięknu całości które skłania do życia innego niż to, które zajmuje mrówka dla której śmierć wszystko kończy. Odkryć Boga w płatkach śniegu, skutej lodem rzece szukającej swego ujścia w zakleszczeniu śmierci, drzewach smaganych wiatrem, pierwszych promieniach słońca i twarzy dziecka kierującej swój wzrok i dłonie ku górze- miejscu docelowego spełnienia w Nim. Wiara jest łaską ! Jeśli jej nie masz, nie wykrzykuj swego bólu, nie obrażaj innych i nie próbują się mocować z rzeczywistościami których nie uniesiesz, bo do ich ciężaru potrzebna jest przestrzeń serca.  

niedziela, 1 lutego 2026

 

Dwóch ludzi przyszło do świątyni, żeby się modlić, jeden faryzeusz, a drugi celnik (Łk 18, 10 -14)

Ewangelia dzisiejszej Niedzieli, nie stanowi w żaden sposób wprowadzenia do życia modlitwy, to raczej precyzyjnie sformułowana odpowiedź, skierowana w stronę faryzeuszów, próbujących Mistrza zapędzić w ślepy zaułek teologii, obarczonej uwierającym umysł pytaniem: Jak można się zbawić ? Bowiem dla uczonych w Prawie, jedyną drogą do zbawienia jest wierne i poddane dyscyplinie zewnętrznych aktów – przestrzeganie Prawa. Jezus staje w opozycji do takiej perspektywy i wskazuje na język miłości, przebaczenia i skruchy, jakże odległy od pełnej arogancji i pychy człowieka, przechwalającego się katalogiem spełnionych powinności względem Boga. „Początkiem ludzkiej mądrości jest umiejętność osądzania siebie”- czytam w Apoftygmatach. Świątynia z przypowieści, staje się doskonałą przestrzenią weryfikacji dwóch jakże odmiennych postaw ludzkich. Jeden człowiek, to pozer przechwalający się swoimi zasługami i robiący wokół siebie spektakl radykalnej pobożności, poza którą nie istnieje już rzeczywistość współczucia i miłości bliźniego; tylko konfrontacyjny osąd i pogarda. „Bóg jest przykrywą dla zadufanego „ja”, które instrumentalizuje relację religijną dla własnego wywyższenia. Człowiek, który kryje się poza tą modlitwą, niczego od Boga nie oczekuje, o nic go nie prosi; chodzi mu jedynie o pokazanie się, o przedstawienie Bogu swoich praw, o przedstawienie swojego kredytu”(R. Fabris). Faryzeusz w miejscu dla uprzywilejowanych i celnik w schowany za półmroku krużganka, nie mający odwagi nawet podnieść oczu ku światłu sączącemu się przez przepruwający ścianę świątyni otwór. Bije się w piersi, wskazując na wnętrze które niczym wyschnięta ziemia potrzebuje życia, odrodzenia i łaski. „Twarz obmyta przez łzy – pisze św. Efrem – ma niezatarte piękno.” Zdruzgotany grzechami, obarczony historią osobistych zdrad, znajduje miłosierne westchnienie i pełen współczucia osąd Boga.  W celniku jest marność i nędza zagubionego dziecka. Jest wolny od osądzania kogokolwiek i pragnie jedynie posklejać swoje życie, aby zacząć wszystko od nowa. On najlepiej rozumie trudny los innych – ubrudzonych w rynsztoku, ogłupiałych przez pieniądz, niewiernych, odseparowanych, nieczystych, skazanych na potępienie – takich na których faryzeusze spluwają, lub omijają szerokim łukiem. Życie modlitwy, jego intensywność, głębia, stanowi o jakości zdrowia duchowego i ma wymiar terapeutyczny. „Zacznij od pokornego powiedzenia: jestem grzesznikiem, dzięki Ci składam, Panie, za to, że mnie cierpliwie znosisz… Następnie proś o Królestwo boże, a potem o rzeczy godziwe i nie ustawaj z tego powodu, że ich nie otrzymałeś”(św. Bazyli Wielki). Ten został zaakceptowany i przygarnięty przez Boga. „Odwrócić się od wszystkiego ku jednej twarzy to znaleźć się twarzą w twarz ze wszystkim”(E. Bowen). Przypowieść Chrystusa jest również przestrogą dla chrześcijan, którzy mogą popaść w pułapkę ekskluzywizmu zbawienia i łatwość wykluczenia z niego innych braci. W każdej modlitwie dokonuje się poszukiwanie Boga i współodczuwanie wraz z innymi wielkiego daru miłości i przebaczenia – uchylającego drzwi do Królestwa Bożego. „Daj mi głos celnika dla mojej uzdrowionej duszy – wzdycham za mistykiem Nersesem Snorhali – Ty, który jesteś Wodzem Celników, abym wołał własnymi słowami: Mój Boże, przebacz mi moje grzechy !”

wtorek, 27 stycznia 2026

 

Za oknem pogoda jest kapryśna i meteorologiczne prognozy muszą się konfrontować z dynamiką żywiołów które paraliżują życie miasta. Pokonywanie drogi do pracy na łyżwach to najprostszy i trochę humorystyczny, jeśli niekonwencjonalny sposób przemieszczania się. Wczorajszy obraz rzeczywistości był groteskowy. Ludzie zmierzający do wybranych przez siebie miejsc powoli, niezdarnie, potykając się i ślizgając samotnie na wielkim lodowisku świata. To jakaś wyrazista metafora wędrówki w której nogi nie mogą nas nieść tak jakbyśmy sobie tego życzyli. Jesteśmy zdani na powolność i ostrożność- porzucenie pośpiechu za cenę bezpieczeństwa i zdrowia. Wtedy dociera wątła prawda, że nie wszystko zależy od nas i naszych nawyków pozornie kontrolujących codzienność. „Świat jednak kryje tajemnicę w takiej samej mierze, w jakiej ją wyjawia”(O. Clément). Wyemigrować z przestrzeni własnych przyzwyczajeń i bezpieczników. Histeryczna twarz sąsiadki dla której codzienne bieganie to już nie tyle tężyzna fizyczna, co uzależnienie i kult ciała poddanego naporowi przemijania. Zbyt mocno przywiązaliśmy się do aury zimy, gdzie samochód odpala na zawołanie a śnieg jest mglistym wspomnieniem dziecięcych lat. W naturze jak w czasie, zdarzenia zataczają swój krąg w ramach tzw. powtarzalności. Z perspektywy naszych oczu, wbrew mrzonkom katastrofistów obwieszczających ocieplenie klimatu, nie stracimy z pola widzenia śniegu- drogi skutej lodem i przeszywającego boleśnie nozdrza mrozu. Ta mgła drobin śniegu unosząca się w powietrzu, przynagla do zakotwiczenia się w domu ze szklanką ciepłej herbaty w dłoni i przeterminowaną książką w drugiej. Miał rację Marai pisząc: „Granice fizyki i metafizyki zacierają się, teologia zaczyna znów być sensowna.” Odnaleziony świat zdziwień pod którego powłoką kryją się ukryte źródła ciszy. „Znać prawdę, to być może tylko widzieć w ciszy”- pisał w Twierdzy Saint-Exupéry. Wymaga to zejścia w przestrzenie zasłuchania i odmiennej gry zmysłów, niż te którym na co dzień zawierzamy. „Tymczasem Bóg Ewangelii nie jest Bogiem alienacji, który zazdrośnie strzeże swych darów- pisał Życiński- jest Bogiem miłości, bez której nasze życie staje się ciemne i puste, jak życie istot do których dotarł ogień Prometeusza.” Tęsknota może rozbudzić pragnienie zrozumienia nowych znaczeń, sensów i pragnień- otworzyć na to, co przypadkowe a jednocześnie tak silnie poruszające wszystkimi głębinami bytu. Zakłada twórczy wysiłek odbierający nudzie moc otumanienia i dokuczliwego odczucia niemocy istnienia. Tęsknota może stać się filozoficzna, religijna czy estetyczna, teleportując nas na brzeg najpiękniejszego krajobrazu który pomimo majaków potrafią ujarzmić nasze oczy.

niedziela, 25 stycznia 2026

 

Gdy Jezus przyszedł na to miejsce, spojrzał w górę i rzekł do niego: „Zacheuszu, zejdź prędko, albowiem dziś muszę się zatrzymać w twoim domu.”(Łk 19, 1-10).

Chrystus przybywa do Jerycha które w starożytności cieszyło popularnością i było czymś na kształt kurortu odwiedzanego przez ówczesny establishment. Miejsce ekscentryczne i wytworne jak dzisiejszy Dubaj- synonim zbytku, luksusu i marzeń, za kulisami którego unosił się, nie zapach piękna a zaduch grzechu z eleganckimi domami uciechy i peryferiami zapomnienia o Bożym świecie. W taką rzeczywistość wchodzi Mistrz, a poprzedza tę wizytę fama, która zbiera ciekawski tłum i postronnych gapiów, przywykłych i wyczekujących czegoś spektakularnego. Z tego ścisku wyłania się jeden człowiek którego odnotowuje Ewangelia. Celnik Zacheusz- postać karykaturalna, nie lubiana, o zamulonym sumieniu. Karzeł wzbogacony na czyjejś krzywdzie, osobnik odpychający w którego kieszeniach brzęczy zabrudzony chciwością trzos. On też chce być w centrum wydarzeń. Wyprzedza wszystkich i wspina się na sykomorę. Słyszę trzask pękających gałęzi, kapryśny szum drzewa zauważenia i prawdy. Kołyszę się na gałęzi jak dzieci które łączą zabawę z obserwacją otaczającego ich krajobrazu z perspektywy ptaka rozsiadłego w gnieździe. „Judaizm, z właściwą sobie tajemnicą i wzniosłością, głosił, że gdyby człowiek zobaczył Boga, umarłby- pisał Chesterton- Chrześcijaństwo sądzi, z  jeszcze bardziej katastroficzną nieuniknionością, że jeżeli widzi Boga, będzie żyło wiecznie.” Wbrew nieprzewidywanym okolicznością chwili, zostaje wypatrzony, widowisko zostaje przerwane głębokim spotkaniem dwóch spojrzeń które zmieniają tak wiele. Wstrzymanie oddechu i gwałtowny paraliż zmysłów. Człowiek tragicznie bezradny traci równowagę, przez jego wnętrze przechodzi łaska. Droga do domu grzesznika- od komory celnej do Kościoła- prowadzi przez drzewo, które zawsze odnosi chrześcijanina do rzeczywistości Krzyża; dramatu obumarcia dla grzechu i świata. Wysiłek poruszonego gwałtownie serca. Przejść w świat inny, zbawić siebie ! „Zbawienie świata jest wyparciem zła w sferę niebytu, umocnieniem świata prawdziwego i zniszczeniem świata fałszywego”(M. Bierdiajew). Przy gwizdach gawiedzi, z sykomory schodzi mężczyzna już przemieniony, nasycony światłem, uleczony z kompleksów, cwaniactwa, pazerności, egoisty prowadzącego pasożytniczą egzystencję. Skrucha i zadośćuczynienie staje się praxis nowego myślenia i działania. Metanoia, zwrot od tego, co było zerwaniem ze śmiercią duszy- „idolatrią samego siebie”- jak mówił św. Andrzej z Krety. Każdy z nas ma swoją sykomorę na którą się wdrapuje, aby z jej perspektywy dostrzec peryferia swojej małości i szczyty doskonałości wymagającej nieustannej pracy.  

środa, 21 stycznia 2026

 

Życie unosi wspomnienia rzucając je na ziemię. Istnieją w życiu momenty zwrotne, wymagające powrotu do miejsca i ideałów od których zaczęło się osobistą wędrówkę. Nie bez wahania dokonuje się takich wyznań- upubliczniania ich, spraw które kryją się za fasadą serca i przebudzonego w sekwencjach ciemnej nocy, która paradoksalnie była dla mistyków przyszywającą byt udręką- bólem istnienia w cieniu Misterium. Skrzętnie i odrętwiale notuję myśli w notatniku, aby nic nie uronić. Już nie mam takiej łatwości pisania i przeżywania egzystencji jak podrostek, który oszalały w pędzie poznania wylewał na kartkę słowa jak sprinter maratonu, pragnący zdobyć laur zwycięstwa, stanąć na podium, obdarować świat uśmiechem pewności  i spełnienia. Wykrzyczeć rzeczy wielkie jak drobiny kwiatów unoszonych przez podmuch wiatru i wir światła- naiwne marzenie nowicjusza wchodzącego w świt możliwości, fikcji, kapryśnej ułudy i szczęścia. On przeminął i pozostał jedynie ktoś spoglądający na siebie i zewnętrzność z ociężałością pielgrzyma, wyczekującego celu drogi i szeptów Piękna. Natchnienie opuszcza nawet tych którzy spacerując w cieniu drzewa oliwnego, wypatrują Boga i żywią nadzieję, że jutro przyniesie bukiet nowych szans i wrażeń. W udręce tej chwili pytam za André Bretonem „Kim jestem ?” i nie mogę znaleźć jednej i wyczerpującej wszystko odpowiedzi. Lękam się utracić to, co może przeminąć bezpowrotnie. Próbuje w desperacji ocalić wspomnienia w których się chroniłem przed niebezpieczeństwem utraty tego, co przenika wątła nic świętości i niepoznania. „Moc Boża bowiem potrafi znaleźć do niemożliwości”- twierdził św. Grzegorz z Nyssy. Ciągle wypatruję tego wtargnięcia, czekając cierpliwie i podekscytowanie. Zgadzam się z poczciwym Proustem: „Kochamy tylko to, czego nie mamy do końca.” Wszystko jest świętą tęsknotą, drżeniem duszy u bram Raju.