środa, 31 grudnia 2025

 

Koniec kalendarzowego roku, topnienie czasu w klepsydrze i oczekiwanie na jutro- które wyłoni się po hucznej, przeprutej wystrzałami fajerwerków sylwestrowej nocy. Przywitaniu nowego roku zawsze towarzyszy refleksja o kształt historii w której człowiek okazuje się nie tylko widzem, lecz również głównym bohaterem w kluczu jednostkowo interpretowanej rzeczywistości. „Słowa posiadają ogromną moc łączenia i konfrontacji z tym, co bez nich pozostałoby rozproszone w czasie zegarów i mierzalnej przestrzeni”- powie Claude Simon. W moim rodzinnym domu wprawiłem w ruch jeden z zabytkowych zegarów mojego ojca, wiszących na ścianie i czekających na poruszenie. Jego bicie przenika duszę domu w którym upływ czasu tak silnie był zbratany z miłością jego mieszkańców. Teolog z racji twórczo wykonywanej profesji, stając na progu widzenia- interpretuje wiele docierających do niego danych z perfekcją wytrwanego obserwatora, mędrca, proroka i świadka. „Droga, którą podróżujemy przez czas, jest usiana gruzem wszystkiego, czym zaczynaliśmy się stać, wszystkiego, czym mogliśmy się stać”(H. Bergson). Każdy świt po intensywnie przeżytej nocy, to rezerwuar nowych szans i nowych możliwości które mają już ukryty wymiar eschatologiczny. Bowiem przeszłość i przyszłość stapiają się w poczuciu wieczności której intuicyjne oczekiwanie jest przywilejem nielicznych. Świadomość przygodności i towarzyszące jej rozdarcie zostaje przezwyciężone przez odczucie życia które jest w Bogu, a które niczym odkryta żyła wody, przedziera się koleinami, żłobiąc wnętrze człowieka. „Czas niesie ze sobą śmierć i śmierć ma miejsce w czasie. Lęk przed przyszłością jest przede wszystkim lękiem przed śmiercią. Śmierć jest wydarzeniem wewnątrz samego życia i śmierć jest końcem życia”- pisał Bierdiajew. Chrześcijaństwo nieprzerwanie proklamuje, że Chrystus wyzwala nas od paraliżującego lęku przed śmiercią, bowiem w Nim czas staje się uobecnieniem wieczności- nowego eonu-  bytu przeobrażonego w miłości. Człowiek wiary nie może być ślepym na wieczność. Upojenie teraźniejszością nie może mu przysłonić perspektywy końca i wyłaniającego się z niej początku. Los człowieka jest zawsze losem Boga. Uświadamia nam tę prawdę tajemnica Wcielenia, kiedy Nieogarniony i Przedwieczny, zstępuje do nas w postaci bezbronnego Dziecka- stając się absolutnym centrum- przenikając wszystkie wymiary świata potężnym dynamizmem łaski. Żegnam stary rok z ulgą człowieka wyzwolonego. Dusza nie wisi mi na ramieniu, a do oczu nie cisną się łzy bezradoności. Mijający czas był dla mnie najtrudniejszym i obfitującym w dramatyczne wydarzenia okresem życia. Wiele napięć i trosk jest za mną, pozwalając mi z ulgą odetchnąć i zaczerpnąć łyk świeżego powietrza. Mam nadzieję, że przyszłość będzie obfitowała w wiele dobra i nade wszystko przyniesie wewnętrzny spokój, wbrew napierającym kapryśnie determinizmom i fatalizmom ze strony ludzi. Umacnia mnie w drodze pełna teologicznej głębi myśl Dostojewskiego: „Ponieważ Bóg istnieje, ja jestem nieśmiertelny. Moja nieśmiertelność jest nieodzowna choćby dlatego, że Bóg nie zechce zgasić na zawsze płomienia miłości, który zapłonął dla Niego w moim sercu.”

niedziela, 28 grudnia 2025

 

 

Rzecze Pan taką przypowieść: Pewien człowiek urządził wielką ucztę i zaprosił wielu. I wysłał swego sługę w godzinie uczty, by powiedział zaproszonym: Przybywajcie, bo wszystko już jest gotowe… (Łk 14,16-24)

W Ewangelii Chrystus tworzy obrazy które mają sugestywnie dotrzeć do odbiorcy. „Żyć w Chrystusie, to żyć już tu i teraz poza śmiercią, to pozwolić zakiełkować w sobie ziarnu „ciała chwalebnego”(O. Clement). Przypowieści są wielką szkołą mądrości, ale jednocześnie zaszyfrowanym i nie łatwym do bezpośredniego odczytania przesłaniem. W przekazie Łukasza wyłania się opis weselnej uczta królewskiej i motyw zaproszonych gości którzy się wymówili. „Wiara jest początkiem rozumienia”- przekonuje nas św. Cyryl Aleksandryjski. Kluczowe dla rozszyfrowania tego eschatologicznego przesłania są słowa klucze- zaproszenie i ostrzeżenie przed wypowiedzeniem Bogu „biletu wstępu.” Akcent zostaje silne położony na wolność człowieka i jego osobisty wybór. Przyjęcie lub odmowa zaproszenia. Pan domu którym jawi się sam Bóg, wyraża pragnienie i przynagla, aby wszyscy stali się uczestnikami jego radości; obficie czerpali z owoców zbawienia. Z przypowieści emanuje prawda o ludzkim nawróceniu, perspektywie serca, otwartych oczach, dostrzegających już dalekosiężnie przygotowane dary szczęśliwości do których dostęp ma każdy bez wyjątku. On jest przyszłością i Tym w którym dokonuje się odkupienie czasu i determinującym przez miłość optymistyczne wydarzenie końca. Nie stwarza miejsce eksterminacji i cierpienia, ale nadziei z której wyłania się „nowe stworzenie”- istota świtu. „Oko, którym dostrzegam Boga, jest zarazem okiem, przez które patrzy na mnie Bóg”- powie Mistrz Eckhart. Los człowieka jest losem Boga i przenika go czułość, miłość i troska. „W domu Ojca jest mieszkań wiele”(J 14,2). „Z przypowieści Jezusa wyłania się obraz Boga jako miłosiernego Ojca- pisał W. Hryniewicz- który oczekuje powrotu tych, którzy pobłądzili, wybacza winy, przekonuje, zaprasza, wzywa do zmiany myślenia i sposobu życia. Bóg Jezusa dale wszystkim szansę nowego początku. Nikomu tej szansy nie odmawia… Siła illokucyjna przypowieści skierowana jest dla każdego, przekracza wszelkie granice, etniczne, kulturowe i religijne.” W perspektywie przyszłości rysuje się wizja ludzkości przenikniętej obecnością Boga i darem nieśmiertelności. „Byt skończony powraca do Nieskończonego, z którego wyszedł, do którego zmierza, w którym już jest”- rozmyślał J.Y. Leloup. Chrześcijanin staje się ikoną Obecności. Promieniem w Słońcu. Kroplą wody w ocenie wiecznego drgania i istnienia. Materią przebóstwioną. Biesiadnikiem Miłości !

środa, 24 grudnia 2025

 

Zima z kaprysami pogody i zmianą nastrojów tak silnie rzeźbiących twarze przemierzających w pośpiechu ludzi. Na zewnątrz mróz srebrzy drzewa i cudownie iskrzy obłaskawiający promieniami słońca. W zaciszu mieszkania jest jakoś spokojniej i refleksyjnej. Święta jest mi dane przeżywać podwójnie- będąc osadzonym w dwóch wyjątkowych tradycjach chrześcijaństwa. W grudniu u mamy po katolicku, a w styczniu wedle prawosławnego obrządku. Jestem jak roślina która zakorzeniona jest w dwóch źródłach i z nich czerpie obficie soki istnienia. Powrót do rodzinnego domu zawsze jest sentymentalny i pozwala na wędrówkę do wspomnień z dzieciństwa. Brakuje tylko mojego taty, który to z właściwą dla siebie estymą nadawał świętom podniosły- quasi patriarchalny charakter. Dom to coś więcej niż gniazdo w którym przysposabia a następnie wyfruwa się w dorosłość. Każdy jego skrawek przywodzi chwile przeszłe, czynią pamięć rezerwuarem uczuć tak intensywnych, iż słowa wydają się wyblakłe. Wnętrze przenika zapach goździków, miodu i cynamonu, obficie dodanego do piernikowego ciasta. Przedświąteczne przygotowania mają swój określony rytuał, który porządkuje życie w najdrobniejszych jego detalach. Uświęcona tradycją przodków obrzędowość sprawia, że duch dziecięcych wspomnień powraca i przywraca obliczu dorosłości anielski uśmiech. Drzewko choinki przypomina, że mimo dotkniętej muśnięciem śmierci aury natury, zasadzone w wilgotnej ziemi ciągle zielenieje – muśnięte życiem w drobinach swojego igliwia żyje. Świat, widziany z poziomu łodygi przebijającej się przez skutą lodem ziemię, wydaje się czymś dramatycznym i godnym zatrzymania. Ale to nie smutek bierze górę nad tym, co zewnętrznie i namacalnie przeżywalne w konwulsji śmierci, lecz barwny świat wspomnień, nasycający duszę ciepłem po brzegi i siłą do dialogu miłości. Samotność natury poddanej paraliżującemu cyklowi obumierania i odradzania się, uświadamia prawdę o zmienności czasu, którego konieczność istnienia staje się źródłem głębokiej zadumy i współodczuwania wszystkiego w Pięknie zstępującym z góry w kruchym ciele Dziecka. Spotkanie z Nieogarnionym staje się częścią naszego przeznaczenia i niesie znaczenie które trzeba rozwikłać. „Świat jest piękny tej nocy: Gwiazdy krążą w okrągłym tańcu; Ogień płonie i słychać śmiech, I w grocie znów zrobiło się jasno. Bicie dzwonów w raju - Zwiastun Bożego Narodzenia; Śpiewajmy Panu: Sam Bóg nam się objawił!” (R.R. Tolkien). To część ukrytego Misterium ponad przeciętnością upływających chwil i smagających duszą wątpliwości. Dom wypełniony Obecnością. Płomień lampady zawieszonej przed ikoną Maryi z Dzieciątkiem i zapach wydobywający się ze spalanych ziaren kadzidła, oczyszcza powietrze, czyniąc przestrzeń codziennego przebywania, przenikniętą obecnością świata którego ledwie widoczne zstępowanie, potrafią tylko dostrzec dzieci o anielskich oczach i uszach utkanych z szeptu niebiańskich kolęd. Każde Święta ochraniają świat od zapomnienia o Bogu. Ich podniosła cudowność przenika tkankę utrudzonej egzystencji, podnosząc ją ku wyżynom czegoś zgoła tak nieprawdopodobnego i mistycznego zarazem. Ta zażyłość ze światem duchowym budzi z rezygnacji i samotności, niweczy bunt i zło, nadając wszystkiemu rysy szlachetności i współczucia. Człowiek pychy i autoafirmacji, odkrywa prawdę o sobie i prostoduszności której brak rodzi głód – potrzebę natychmiastowego nasycenia.  Mądrość Kościoła wskazuje na Boga, który stał się człowiekiem i który udźwignął naszą ziemską skończoność, wybrakowanie i ciążenie ku ziemi. Stał się pasją miłości Ojca, największego uzewnętrznia miłości na w głębinach ludzkiej samotności i odrzucenia.

niedziela, 21 grudnia 2025

 

W owym czasie, gdy Jezus wchodził do pewnej wsi, wyszło Mu naprzeciw dziesięciu trędowatych, którzy stanęli z dala. I podnieśli głos, wołając: Jezusie, Mistrzu, zmiłuj się nad nami ! (Łk 17,12-19).

W świecie starożytnym trąd był jedną z najbardziej strasznych i budzących obrzydzenie chorób. Potwierdzają to liczne świadectwa i obrzędy zachowywania czystości w Starym Testamencie, mające na celu uchronić człowieka przed mikrobem - inicjującym rozwój choroby w organizmie. Mycobacterium leprae jest bakterią, blisko spokrewnioną z prątkiem gruźlicy, znajdującą schronienie w ludzkim ciele, namnażając się wolno i niszcząc wszystko, co napotka na drodze. Niedostateczny brak higieny przyczynia się dynamicznego rozwoju bakterii, namnażając się i powodując spustoszenie organizmu oraz bolesne zmiany fizyczne, często prowadząc do rozciągniętej w czasie agonii i ostatecznie śmierci. Kruchość ludzi „których ciała – jak pisze Jacques Berlioz – są igraszką nieprzewidywalnych warunków środowiska.” Dramatyzm, namacalność i uzewnętrznienie tego stanu rzeczy, możemy doświadczyć w postaci ewangelicznego trędowatego. Ile to razy snujący się po drodze człowiek, wołał do Boga: Ciało nie należy do mojego „ja.” Daj mi miejsce w słońcu, aby mnie ujrzeli. Rozpadlinę w skale, aby woda Twego deszczu mnie obmyła. Wiatr roznoszący zapachy kwiatów i ziół, aby przykrył mój odór. Śmiech dziecka, zwiastujący niezmąconą radość istnienia i wspomnienie ulotnego piękna. Inną dłoń, co zedrze ze mnie skórę martwego węża i przywdzieje szatę godową. Ewangelia w innym miejscu mówi, iż Jezus dotknął trędowatego. Położył dłoń na twarzy, przemierzając jej brzegiem zachowane fragmenty wczorajszej cielesności w której jeszcze nie zalęgły się muchy. Głęboko zajrzał w jego wypłukane od łez oczy; przeniknął świat okropności i cierpienia. Otworzył duszę na natychmiastowe muśnięcie Ducha. Nieczysty drżał, a przez spękane słońcem usta, wydały nikłe słowa pragnienia i artykułowanej na skraju rozpaczy prośby. „Jest słowo zawierzone ciszy, które przekazuje nam cień” – powie poeta Jourdan. Mistrz przełamuje barierę lęku, okrywając trędowatych niewidzialną szatą współczucia. Dotyka ich, stając się „Bogiem wyczuwalnym” ! Jest ucieleśnieniem świata w którym ostatnie słowo należy do nadziei. Od tej chwili  trędowaty „symbol grzechu par excellence,” jest także „obrazem Chrystusa biorącego na siebie wszystkie skalania ciała i stającego się najobrzydliwszym z obrzydliwych gwoli zbawienia ludzkości”(J. Agrimi). Świadomie próbując odsunąć, a nawet wyrwać paraliżujący lęk z uczniów, wobec samego faktu choroby, jak i człowieka, którego ciało cuchnęło, puchło i odpadało kawałkami, stając się jedną, wielką, broczącą ropą i krwią raną. Los trędowatych był naznaczony wygnaniem i izolacją, odseparowaniem od świata „żywych.” Kołatka lub dzwonek zaciśnięty w dłoni, oraz jękliwe i przejmujące wołanie z oddali: „nieczysty, nieczysty” miały na celu ostrzegać osoby zdrowe przed spotkaniem na drodze z chorym. Człowiek – żebrak miłosierdzia wydany śmierci i Bóg w Chrystusie, milcząca i współczująca Miłość ! Dla jednych to epizod szaleństwa, dla innych ekonomia miłosierdzia, oczyszczenia sięgającego przez włókna ciała do duszy, a może jeszcze dalej ku horyzontowi Raju. Tak, poza zdruzgotanym cierpieniem ciałem jest szczęście ocalenia i przebóstwienia.     

czwartek, 18 grudnia 2025

 

O Oriens, Splendor lucis aeternae. Chrześcijanie różnych kościołów przygotowują się do antycypacji Narodzenia Pańskiego. Choć może ich dzielić rozbieżność terminu tego wydarzenia w kartach kalendarza, to co do istoty ich serca przenika święta i pełna nadziei tęsknota. Im bliżej świętowania, tym intensywniej wszystko staje się bliższe poznaniu Tego, który wchodzi w nasz zajęty sobą świat. Trzeba szczerości i prostoduszności dziecka, aby odkryć wokół siebie krainę ducha wraz z drobnymi detalami, układającymi się w ludzką i pełną szczerości tęsknotę. „Człowiek zraniony przez istnienie usiłuje naśladować nieobecność, kultywować wyobrażenie niczego, zabiegać o czystość pustki, opróżniać serce z jej osadów, unikać uczuć, być poprzez to, co nie jest”(E. Cioran). Każde święta wyzwalają nas z pokusy ujarzmiania życia, (z tego, co nie jest) testowania granic własnych możliwości i udawadnianiu innym czegokolwiek lub fałszywego tłumaczenia siebie. Bliskość tych drugich i prawda wychylające serce ku namacalności życia, zmusza do pogłębiania siebie- uczłowieczenia poddanego naciskowi łaski. W świecie w którym na każdym kroku proklamuje się, że religia umarła, a więzy rodzinne rozluźniły się, na dnie tego osamotnienia i buntu, niewidoczne spękania ludzkiego wnętrza wypełnia ciepło transcendentnego pochodzenia. Nad uskokiem otchłani zostaje przerzucona kładka po której można przejść i postawić nogi na ziemi błogosławieństwa. Pójść za przewodem gwiazdy. Dotrzeć do miejsca nowych narodzin. Królestwo konieczności nasycone odbierającymi wolność bożkami, musi ustąpić przed Królestwem które z proroczym żarem zwiastuje Ewangelia. Dziwny świat poddany nachalnym stereotypom, ulotnym ideologiom, przesądny i pełen nonszalancji wobec prostaczków, zostaje obnażony i poddany rezonowaniu wiary. „Jeśli serca nie nasycimy nieskończonością, trzeba nią zaspokoić zmysły”- twierdził Francois Mauriac. Przetrzeć przyprószony wzrok, zatęchły węch i zasklepione woskowiną ucho, aby usłyszeć oddech Dziecka położonego w korycie wśród cuchnącego bydła. Tego, który obłaskawia uśmiechem i rączką muska każdą z twarzy- nawet tych szkaradnych i wulgarnie bluźniących; zatopionych w mroku negacji i zwiędłych w możności miłowania. Światło może być ukryte pod korcem, ale ciągle się tli ! Nawet jeśli zastygło w ciemności, to jej ciemności przenika promień gwiazdy. Cud Betlejem jaśniejący poza bordiurą czasu. Drżenie miłości i jej świeżość, potrafi zmiękczyć najbardziej kamienne serce. „To już nie my żyjemy, ale Inny, Boży, który żyje w nas”- pisał w swoich Notatkach Dostojewski. Dla Boga nie jesteśmy skomplikowani, lecz jedynie nienarzucający się i poranieni, być może nie będą świadomi tego stanu rzeczy. „Miłość, którą Bóg kocha, staje się naszą miłością”(Wilhelm z Saint- Thierry). Nikt nam nie odebrał marzeń o przyszłości w której możliwy jest prymat miłości nad nienawiścią, sprawiedliwości nad cynizmem i chłodnym wyrachowaniem. Głębi nad powierzchownością po której kroczą ślepcy, mozolnie i po omacku szukający światła. Wyczekiwać pokoju forsującego tamę przemocy i ludzkiej zachłanności śmierci. W świecie w którym wojna odbiera tak wiele innym, jedynym i największym pragnieniem jest rozpoznanie zstępującej Miłości.

niedziela, 14 grudnia 2025

 

Zapytał Go pewien zwierzchnik: «Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne?» Jezus mu odpowiedział: «Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie cudzołóż, nie zabijaj, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, czcij swego ojca i matkę!»* On odrzekł: «Od młodości przestrzegałem tego wszystkiego». Jezus słysząc to, rzekł mu: «Jednego ci jeszcze brak: sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie; potem przyjdź i chodź ze Mną». Gdy to usłyszał, mocno się zasmucił, gdyż był bardzo bogaty (Łk 18,18-27).

Podziwiam odwagę człowieka stawiającego Mistrzowi tak bezpośrednie i ważkie z punktu widzenia życia duchowego pytanie. Probierz wątpliwości targający każdym kto szuka drogi wyjścia z egzystencjalnego impasu. Z drugiej strony zasmuca mnie jego natychmiastowa odmowa i rezygnacja z próby podjęcia wyzwania, aby choć spróbować myśleć i żyć inaczej. Tak radykalna decyzja wyzbycia się wszystkiego, szczególnie dzisiaj zakrawałaby na akt szaleństwa i niezrozumienia ze strony świata, który potrzebę posiadania i pomnażania dóbr postawił jako priorytet tzw. szczęścia. „Maski  społeczne, które człowiekowi nękanemu przez brak tożsamości zapewniają sztuczne oddychanie”(G. Thibon). Rozpaczliwe zobojętnienie na wartości ducha i nieustannie podsycane pragnienia bogacenia się, przeniknęło umysłami tych którzy wpatrzeni w siłę pieniądza modelują rzeczywistość podłóg zachcianek i jakże często osobistego nieumiarkowania- czasami pogardy wobec tych słabych i nieporadnych życiowo. Jakże ciężko jest zakorzenić w przestrzeni którą kreśli Chrystus, zrodzić w sobie człowieka absolutnie wolnego od wszystkiego, co może zniewalać, blokować, nie pozwalając biec ku przygodzie wiary, budowanej na ufności i dyspozycyjności. Sprzedaj ! Upłynnij swój majątek- potraktuj go jak balast który ciągnie ciebie w dół i nie pozwala wznieść się wyżej. Dłoń zaciskająca banknot i oko w którym przesuwa się wyobrażenie zakupionych dzięki niemu rzeczy, może stać się krokiem ku czemuś destruktywnemu. To wielka próba dojrzałości, tygiel w którym hartuje się uczeń na kształt mnicha pozwalającego umrzeć wszystkiemu czego dotykały myśli, spojrzenia, dłonie, opuszki palców pozostawiające na wszystkim swój ślad. „I znużyło mnie bycie istotą stworzoną”- wyznał Valéry. Stać się ryzykiem Boga, bogatym ubóstwem. Drwiną ze wszystkiego, co uchodzi za kulturę sukcesu i prestiżu ! Dla stojących na zewnątrz ten wybór to rodzaj niezrozumiałej i nieakceptowalnej bezczynności- szaleństwa którego sens z tak wielką presją paraliżuje i zawstydza. Zgodnie z intuicją Mertona „stajemy się jako naczynia, z których wylano wodę, ażeby można je było napełnić winem. Jesteśmy podobni do szkła, oczyszczonego z pyłu i żwiru, ażeby mogło przyjąć blask słońca i zniknąć w jego świetle.” Ewangelia potrafi poderwać na nogi niedowiarków i próżniaków; obudzić z letargu lekkomyślności zapatrzonych w sobie młodzieńców; zrodzić charyzmatyków zdolnych jak święty Franciszek z Asyżu- obnażyć się i oddać swoje odzienie ojcu- zaślubiając panią biedę. Taka rezygnacja rzeźbi świętych i otwiera na rozcież bogactwa ducha. Brzmią mi w uszach słowa które Dostojewski włożył w usta błogosławionego starca z Młokosa: „Człowiek musi umrzeć  w pełnym świetle swego ducha, w szczęściu i pięknie, pragnąc swojej ostatniej godziny, i odchodzi radosny, jak kłos w stogu siana, w spełnieniu tajemnicy.”

środa, 10 grudnia 2025

 

Przeszedłem na przestrzał ulicą miasta. W witrynach się błyszczą świąteczne dekoracje, migotają lampki i reklamy nęcące promocjami klientów poszukujących interesujących prezentów na święta. „I wszelkie rozświetlenia otwierają tylko nowe otchłanie”- jak ulał pasuje do moich spostrzeżeń myśl Heideggera. Uwiera mnie ta komercja nastawiona na zysk- paskudnie uderzająca w strunę czekających zaspokojenia pragnień i ukonkretnienia ich w posiadaniu rzeczy- dzięki którym ten czas ma być bardziej magiczny (nie cierpię tego słowa) i rzekomo szczęśliwy. Fluktacja nastrojów, obca duchowemu przesłaniu płynącemu z Betlejem. „Miasta, jak sny, zbudowane z pragnień i lęków”- pisał słuszne i do bólu przenikliwie Calvino. Zniekształcone i zabrudzone widzenie rzeczywistości w którym sprawy naprawdę ważne, zostają zastąpione drobiazgami które poza tandetnym poczuciem chwilowego zadowolenia, nic do życia nie wnoszą. Uległość zahipnotyzowanym oczom które pragną, a te pragnienia dosięgają dna portfela lub wybrzmiewają w szeleście przytulanej do terminalu karty kredytowej. Cywilizacja kupowania, jakże wielu jest nią opętanych. „Świat istnienia znajduje się wyżej niż świat posiadania”- powie pisarz na miarę proroka Hamvas. Ten świat musi przepaść, inaczej będzie płodził istoty zakleszczone w rzeczach- materii której ostateczny los jest i tak na peryferiach miast- toksycznych zwałach śmieci. Pomimo szlachetnej idei obdarowania kogoś prezentem, kryje się pod powierzchnią tego aktu, skupienie na sobie i wewnętrzne przeświadczenie o wspaniałomyślnej hojności, mogącej co gorsza wbić w pychę. Odkryć sakralność w prostych gestach, człowieczeństwie otwartym i pełnym przebaczenia to jest miara wedle której winno się mierzyć kogoś, kto tak naprawdę zrozumiał ducha tych nadchodzących świąt. W przygotowaniu do misterium przyjścia Boga, trzeba się odwrócić od stereotypowej zbiorowej histerii tłumu, wejść w ciszę i pozwolić jej przeniknąć do najgłębszych obszarów człowieczeństwa. Przejść od konsumpcji do twórczości w której wnętrze tworzy najwspanialszą i pełną harmonii symfonię obdarowania w miłości. On nie może być przyjęty odmownie, tak jak nie może być pozbawiony naszej uwagi człowiek- stojący naprzeciw nam i głodny obecności !

niedziela, 7 grudnia 2025

 

Czasami życie uderza w człowieka każdymi drzwiami, potrącając tak mocno, że uciążliwy ból pozostaje na długo i z trudem ustępuje. „W życiu zdarzają się takie straszne chwile, gdy człowiek nie potrafi pozbyć się jakiegoś przykrego ciężaru, który ciąży mu na sercu”(K. Krúdy). Każdy dzień jest mocowaniem z sytuacjami które pojawiają się nagle i obezwładniają, wywołując reakcję obrony lub najczęściej uniku. Przyglądam się uważnie wydarzeniom które dzieją się obok i wewnątrz mnie, budząc niepokój i otwierając na jeszcze mocniejsze zawierzenie Bogu. „Ludzie to tkaniny, które łatwo się rozdzierają.” Wypadkową samopoznania jest rachowanie indywidualnych cierpień które przeniknięte wiarą stają się trudną, ale zrozumianą tylko w łonie chrześcijaństwa drogą pokory i błogosławieństwa. Miał rację Bierdiajew twierdząc, że w „człowieku przecinają się wszystkie kręgi bytu.” Pedagogia cierpienia otwartego na odkupienie i przeobrażenie. „Przechodzimy przez życie z jednym okiem nadmiernie aż wyostrzonym, z drugim ślepym, zaciągniętym bielem- pisał Herling-Grudziński- Wystarczy, by widzieć ? Nie, nie wystarczy.” W Ewangeliach jakże często Chrystus zdejmuje bielmo z oka patrzącego. Nakłada błoto i ślinę, przemywa wodą, dotyka, nakazuje wbrew przymusowi opornego ciała udać się do sadzawki i zanurzyć w wodzie której zmącenie dokonuje niewidzialna dłoń anioła. Zdejmuje bielmo, zrywa zaćmę; moment drżenia soczewki i przetarcie ciemności, światło i eksplozja barw przenikających widzącego i czyniących widzenie możliwym. Natychmiastowość cudu prężnie wypieranego przez podszepty rozumu uwikłanego w uprzednio nakreśloną diagnozę, pozbawioną zdawać się może nadziei. Uzdrowienie i przeobrażenie serca to najwyraźniejsza z intencji którą kieruje się Chrystus. Niedzielna lektura Ewangelii mówi o kobiecie dotkniętej duchem niemocy, zgiętej w pół i nie mogącej się wyprostować. „I położył na nią ręce, i natychmiast wyprostowała się, i wychwalała Boga”(Łk 13, 13). Ilu to ludzi jest zgiętych w pół- przetrąconych przez życie, unieruchomionych przez dramatyczne sytuacje- sparaliżowanych wewnętrznie tak, że ich całe ciało wyje w konwulsji cierpienia. Dla Niego nie ma rzeczy niemożliwych. Pustynia może stać się rajem; niepłodne łono może zrodzić życie; uschnięte drzewo może wypuścić liście; skamieniałe serce, może miłością nasycić świat; człowiek najbardziej zbydlęcony i odpychający na skutek własnych grzechów, może stać się świętym wydzielającym zapach kwiatów. „W chorobach ciała należy przede wszystkim zatroszczyć się o uzdrowienie duszy”- twierdził Tołmaczew. O czystą i przeźroczystą niczym szkło witraża duszę zabiega Bóg, obezwładniając ją w ekstazie miłości i pochwycenia. Jakże często patrzymy przed siebie i nie potrafimy dostrzec tej wątłej nadziei którą On przemienia w strumień miłosierdzia.

wtorek, 2 grudnia 2025

 

Pewien mędrzec w swoich modlitwach nieustannie prosił Boga, by zachował go od życia w interesującej epoce. Nie wiem, czy jego westchnienia spotkały się z satysfakcjonującą odpowiedzią, ale bez wątpienia nasza epoka jest nie tyle intersująca, co intrygująca i pełna nieprzewidzianych zwrotów akcji. „Na odwrót, w świecie pozbawionym nagle złudzeń i świateł człowiek czuje się obcy”- pisał A. Camus. Historia dziejąca się na naszych oczach pęcznieje od nadmiaru wrażeń i niepokojących dywagacji. Paradoksalnie historia nigdy nie jest nudna, zawsze coś w jej wnętrzu poddaje się fermentacji czasu i tętniących w nim wydarzeń. Wczesnochrześcijański apologeta Laktancjusz snuł pesymistyczną refleksję o „czasach gdy sprawiedliwość będzie odrzucona, a niewinność uznana za występek, gdy źli powstaną przeciwko dobrym…” Odnajdujemy tu nutę apokaliptyczną i jakże obecną w tekstach liturgii które to przygotowują nas na misterium Wcielenia. Człowiek przyszłości, którego los stanie się losem Boga. Taką perspektywę nadziei szkicuje również odległy, lecz nie przedawniony w mądrości Orygenes: „Wkraczajmy w nowe życie i wobec Tego, który nas wskrzesił wraz z Chrystusem, ukazujmy się codziennie nowi i, że tak powiem, piękniejsi, gromadząc piękno naszego oblicza w Chrystusie jak w zwierciadle i w Nim oglądając chwałę Pana, przemieniajmy się w ten obraz…” Chrześcijaństwo w czasie Adwentu- jak postrzega to chrześcijaństwo Zachodu- wyzwala się z przeciętności, letargu i lęku. „Kochać niewidzialnego Boga- to znaczy pasywnie otwierać przed Nim swoje serce i czekać na Jego aktywne objawienie tak, żeby w serce wstępowała energia Bożej miłości”(P. Floreński). Kościół przyobleczony w szatę miłości, staje w postawie wyprostowanej i wygląda nadejścia Pana. „Jak w słowie stwórczym odnajdujemy to, co nadaje stabilność naszej egzystencji, tak w Słowie odkupieńczym my, napiętnowani przez grzech, zostajemy całkowicie odnowieni, stajemy się na nowo istotami poświęconymi, obrazowi w nas zostaje przywrócony pierwotny wygląd, stajemy się na nowo obrazem Słowa, które jest obrazem Ojca”(J. Danielou). To również czas próby i postu- udźwignięcia siebie i otaczającej codzienności, którą trzeba otworzyć na powiew Ducha. Życie staje się świętą tęsknotą- epiklezą, aby móc ostatecznie na sposób duchowy począć Boga w sobie. Stać się Miłością- to znaczy odpowiedzią na niepokój spowijający nadchodzące jutro. Wychodzimy ku Bogu, który jak mówią myśliciele bizantyjscy, stał się „Królem bez miasta” i „bez domu”- bowiem tylko w tak rozumianej bezdomności, możemy zrozumieć nieogarniony dar łaski i stać się prawdziwe ludzcy; wychyleni w stronę zbawczego Piękna.  

niedziela, 30 listopada 2025

 

I opowiedział im przypowieść: «Pewnemu zamożnemu człowiekowi dobrze obrodziło pole. I rozważał sam w sobie: Co tu począć? Nie mam gdzie pomieścić moich zbiorów. I rzekł: Tak zrobię: zburzę moje spichlerze, a pobuduję większe i tam zgromadzę całe zboże i moje dobra.  I powiem sobie: Masz wielkie zasoby dóbr, na długie lata złożone; odpoczywaj, jedz, pij i używaj!  Lecz Bóg rzekł do niego: "Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował?" Tak dzieje się z każdym, kto skarby gromadzi dla siebie, a nie jest bogaty przed Bogiem»( Łk 12,16-21).

Żyjemy  w świecie materialnych zabezpieczeń. Pragnienie, a nawet obsesja posiadania pieniędzy jest tak silna, iż staje się kwantyfikatorem podekscytowanej i pełnej napięć codzienności. Pieniądz otumania umysły i utrwala przeświadczenie, że dzięki niemu nie istnieją żadne bariery, problemy, czy wyzwania- a nawet złudne przeświadczenie, że można odwlec od siebie nieuchronność starzenia i śmierć. Zasobność konta bankowego, pomnażanie nieruchomości, stylowe ubranie, czy topowy samochód, staje się wyznacznikiem statusu społecznego i nieodpartego przekonania o wyższości nad innymi. Pieniądz utrwala w świadomości potęgę władzy. Wygoda manipulowania rzeczywistości podłóg własnego widzimisię. Materializm i spowinowacona z nim nieumiarkowana konsumpcja, oraz brak duchowości są jak nowotwór- cicho i niepostrzeżenie zabijają. W świecie w którym wszystko wydaje się na sprzedaż, relacje pomiędzy ludźmi zostają sprowadzone do lepiej lub gorzej udanych interesów. Nie ma tu emocji i sentymentów- mieć bierze prymat nad być. To prowadzi do toksycznej samotności. Człowieczeństwo karłowate pod ciśnieniem próżnego samozadowolenia. Marzenie o bogactwie staje źródłem coraz większych kompleksów i nerwic. „Pracując wyłącznie dla dóbr materialnych, budujemy własne więzienie. Zamykamy się sami, z pieniędzmi w postaci popiołów, które nie dają nic wartego życia”- pisał Antoine de Saint-Exupéry. Przypowieści Chrystusa towarzyszy eschatologiczne napięcie. Przerwana cięciwa życia i zderzenie z prawdą o sobie. Jedynym prawdziwym bogactwem jest wypełniona miłością i wdzięcznością szkatuła ludzkiego serca. Człowiek wiary i zawierzenia jest paradoksalnie najbogatszą istotą i dziedzicem wieczności. Św. Bazyli Wielki mówi: „W tej duchowej walce człowiek staje się nowym Chrystusem, to znaczy, jego zmysły stają się zmysłami Chrystusa, jego oczy stają się oczami Chrystusa, a jego myśli stają się myślami Chrystusa. Z łaski człowiek staje się przebóstwiony, a Chrystus jest normą, przykładem.” Gotowość do której wzywa Chrystus wymaga postawy mobilizacji, czujności i dalekowzroczności. „Noc każe mi trwać w pogotowiu”- powie poeta Renard. Kiedy zatrzyma się wskazówka zegara to przed Bogiem staniemy nadzy; przyobleczeni w przeźroczystą tunikę prawdy. Nie będzie zabezpieczeń, czy wentyli bezpieczeństwa, wszystko będzie cieniem i prochem. Wszystko to, co wielu uznawało za bogów, wyląduje na śmietnisku historii stając się przestrogą przed próżnością i pazernością nienasyconego bytu. „Aby być szczęśliwym, człowiek musi mieć centrum… Największą katastrofą jest utrata centrum i porzucenie duszy na pastwę kaprysów peryferii”(F. Schunon). Chrześcijanin jawi się zatem jako ktoś zupełnie wolny. Ubogi szczęśliwiec świtu i przyjaciel Oblubieńca !

 

czwartek, 27 listopada 2025

 

Zauważyłem przekornie, że z biegiem lat wyostrza mi się spojrzenie na wiele spraw. „Zimowe spustoszenie- w świecie o jednolitym kolorze- szum wiatru”- powie z intuicją mędrca, mistrz japońskiego drzeworytu Hokusai. Staję się nie tyle krytyczny, co bardziej wnikliwie sonduję egzystencję, dostrzegając w niej już nie tyle kontrast bieli z czernią, co gradacje szarości, półcienie i niuanse których obecność wcześniej nie zaprzątała mojej uwagi. Staram nie oglądać się za siebie, bo od takich aktów tępieje umysł i wiotczeje dusza. Rozpamiętywanie wczorajszego dnia zostawiam niepoprawnym mizantropom i mruczącym do siebie zawistnikom, zawieszonym znudzenie na framudze kuchennego okna, czy podparcie wegetującym z papierosem w ustach na obrośniętym wilgocią i pleśnią balkonie- być może skrawku jedynej wolności- przystani wytchnienia od szturmów niepowodzeń i gorzkich rozczarowań. Mam sąsiadów, co notorycznie wiotczeją przed ekranem telewizora z kuflem piwa w dłoni, śledząc po raz wtóry przebieg futbolowych męczy i ekscytując się zwycięstwami lub trapiąc się niepowodzeniami drużyny, wobec której osiedlowa grupa „inteligentów” poczyniła zakłady w nadziei na radosny kształt następnego dnia. Wydaje mi się, że jest bardzo mało ludzi którzy żyją swoim prawdziwym i własnym życiem. Nadpobudliwie afektywni łapią się na lepy cywilizacji z której wypłukane są najbardziej fundamentalne wartości. Jakże często doklejają się do czyjegoś życia, małpując nawyki i czyniąc punktem odniesienia rzeczy, których nawet na siłę nie da się scalić i uczynić autentycznie swoim. Wkładanie masek i dobra mina do złej gry, to żałosna strategia świata w którym jakże wielu nie chce być sobą; chowając się za przypływami i odpływami mód, ideologii, podszeptów innych- przyjmujących rolę mentorów i przewodników żerujących na ludzkiej nieporadności i zagubieniu. Zbiorowa neuroza jest wirus przenoszony kropelkowo i niezauważenie. Wchodzenie do szuflady innych to żenująca strategia istot zwalniających się z twórczego myślenia o sobie i kondycji świata którego puls wyczuwa się w chwilach napięć, wyborów i bezpośrednich kolizji. Głód oryginalności został zastąpiony potrzebą dopasowania i bezmyślnego naśladownictwa. Habachi twierdził, że „człowiek pozwala się schwytać na lep codziennej banalności. Wyrzekając się swojej wolności.” Wybrzmiewa tu złowroga nuta niepokoju której nie można uciszyć klaśnięciem w ucho, czy próbą ucieczki w jakąś formę izolacji. Czasami potrzeba wstrząsu, przebudzenia i zawrócenia z drogi na opak neptyka lub hipokryty, którego spojrzenie utkwiło w martwym punkcie i czeka nie proszenie na pomoc. Ktoś się wyłoni z nasyconego zgiełkiem tłumu i wyciągnie pomocną dłoń. To wymaga odwagi proroka, żaru świadka wstrząsającego sumieniem i świadomością. „Może świat został przez Boga po to stworzony, żeby odbijał się w nieskończonej liczbie oczu istot żywych, albo, co bardziej prawdopodobne, w nieskończonej liczbie ludzkich oczu”- pisał intrygująco Miłosz. Ale te oczy muszą zassać światło, aby przeniknął je blask prawdy i normalności.   

poniedziałek, 24 listopada 2025

 

Na zewnątrz mróz i wszystko wokół oprószone bielą. Uwielbiam taki krajobraz zimy i przeszywającego wszystko chłodu, pozwalającego raptownie dostrzec kontrasty pomiędzy ciepłem i przytulnością domowego zacisza- a rygorem surowej natury- narzucającej swoje prawidła istocie przynaglonej do narzucenia na siebie wełnianego swetra i grubszego z tkaną  podszewką płaszcza. Piękno pozostające w ukryciu. Pytam ostrożnie za Claudelem: „Czy to nic innego jak to nic, co nas wyzwala od wszystkiego ?” Ból świata fizycznego i melancholia spowijająca umysły istot refleksyjnych narzuca się bezpośrednio. Świat powściągliwie naszkicowany i wypełniony jedną barwą. Senność, zamyślenie, zamglenie, spowolnienie, bezwonność- to jedynie psychologiczne odczucie człowieczeństwa reagującego jakże inaczej wobec tak charakterystycznej pory roku. Porzucam rozwleczone i elokwentne dyskusje z ludźmi na rzecz nasycenia chwilami w których miotają się partykuły śmierci. „Mierzę swoją samotność codziennym znikaniem zimowych promieni słońca”- czytam w poezji Sato. Zmęczenie, mojra codzienności ustępuje miejsca pauzie. Czekam jeszcze na śnieg, zmieniający barwy pod wpływem kolorytu nieba i słońca, wysuwającego się z za chmur obłaskawiając skwierczącą drogę wędrowcy. „Samotność zmusza do pogłębienia siebie”- powie Mauriac. Skrytość i zwrot wewnątrz siebie. Można stać się artystą stojącym ukradkowo w podcieniu milczenia i drżeć jak najszlachetniejszy akord. Spowolnienie i uspokojenie wszystkich zmysłów. Twarz matowo blednie przypominając włókno japońskiego papieru na którym kaligrafuje się znaki opisujące rozterki duszy. Oczy wspierają się na pięknie ogołoconego ze wszystkiego, co powabne w krajobrazie, a wargi jak pisał Mandelsztam „zachowują kształt ostatniego wypowiedzianego słowa.” Nic tak intensywnie nie wybrzmiewa w tym czasie jak znaczenie opuszczenia i bezbronności, będącej również losem dorosłych dzieci, nigdy nieporzucających wyczekiwania na coś nagłego i niespodziewanego. Choć nie piszę już listów do świętego Mikołaja, ale niewinnie wzdycham za obdarowaniem innego rodzaju. Wolność przeszywająca wszystkie włókna człowieczeństwa, wydaje się być najwartościowszym z prezentów. Być jak ptak z obrazu Fałata, beztrosko szybując nad lejem rzeki wrzeźbionej w śnieżną bordiurę pejzażu.

 

niedziela, 23 listopada 2025

 

I opowiedział im następującą przypowieść: «Pewien człowiek miał drzewo figowe zasadzone w swojej winnicy; przyszedł i szukał na nim owoców, ale nie znalazł. Rzekł więc do ogrodnika: "Oto już trzy lata, odkąd przychodzę i szukam owocu na tym drzewie figowym, a nie znajduję. Wytnij je: po co jeszcze ziemię wyjaławia?" Lecz on mu odpowiedział: "Panie, jeszcze na ten rok je pozostaw; ja okopię je i obłożę nawozem; może wyda owoc. A jeśli nie, w przyszłości możesz je wyciąć"»(Łk 13, 6-9).

Być może trzeba wejść w cień ewangelicznego drzewa, aby zrozumieć ukrytą mądrość, wypowiedzianą świadomie i z eschatologicznym przesłaniem przez Chrystusa słuchaczom. Przed moim domem rośnie rosochaty kasztanowiec pod którym hałasują latem dzieci, a jesieniom zbierają garściami kasztany. Ptaki się gwarnie gnieżdżą w jego koronie, poddając się ceremonii pląsów i przekomarzania. Wyleguje się pod nim stary i leniwy kocur, którego przechodnie częstują smakołykami i głaszczą po kędzierzawej sierści. Drzewo to obfita w treści metafora istnienia i trwania pośród kaprysów zmieniającej się natury. Pomiędzy konarami jest wystarczająco dużo przestrzeni i powietrza którym można się zachłysnąć i zobaczyć własne życie w zupełnie innej odsłonie. Drzewo daje schronienie w upalne dni tym, których nogi ledwie niosą a oddech staje się płytki. „Każdy nosi w sobie wszystko, a więc może tego szukać wewnątrz siebie i znaleźć to”(J. Campbell). Żadna filozofia nie objaśni wystarczająco tego, co pęcznieje w skorupie owocu, aby ostatecznie stać się pożywnym pokarmem dla wędrowcy odkrywającego w zaciszu kwitnącego drzewa swój sens i cel. W przyrodzie zawiera się zarys alfabetu którym niewidzialna dłoń Boga rozpisuje scenariusze, po które można sięgnąć lub je buńczucznie odrzucić. Jesteśmy częścią paraboli której rozszyfrowanie dokonuje się w umyśle i sercu tego, który pragnie aby moc Słowa w nim zadrżała. „Życie, odnajduję je w tym, co mi przeszkadza, rani mnie, przeczy mi. Życie jest tym, co przemawia tam, gdzie zakazano mówić, wstrząsając prognozami i myślami, uwalniając się od tępego przyzwyczajenia do siebie”- pisał Ch. Bobin. Bóg jest cierpliwym wobec ogrodnika, każdego poranka doglądającym spękanego i skazanego na niebyt drzewa. Wielu z niecierpliwością i zawodem, wyrwałoby je z korzeniami i strawiło w ogniu; wymazując pamięć o nim z matowego pejzażu zniecierpliwienia i zapomnienia. Przesłanie przypowieści jest szalenie proste. „Istniejemy póki ktoś o nas pamięta”- powie Zafón. On mnie szuka w zapachu łąk, przebudzeniu ziarna wsadzonego w szczelinę ziemi, dojrzewaniu drzewa figowca- intensywnej ciemnej zieleni i bursztynowym miąższu figi której smak pozostaje na długo- niczym pocałunek kochanków obudzonych blaskiem księżyca. Jego miłość jest cierpliwa i przekracza nachalną presję czasu i ciśnienia, które jedynie otumania tych którzy pragną zbierać plony szybko i interesownie. Figi należą do wymownych owoców Ziemi Obiecanej. Sięganie po nie to już przedsmak wieczności. To symboliczny obraz Przymierza, które trzeba odnowić, aby stać się uczestnikiem upragnionego i wyczekiwanego Królestwa. Czas miłosierdzia rozciąga się poza osnowę czasu, dając szansę na przemianę tym, którzy są dotknięci chorobą duszy: zaspali, ociężali, zagubieni, uwikłani w grzechy i przekonani, że nie ma już dla nich ocalenia i szansy. Starożytna Oda przynagla: „Otwórzcie oczy. Popatrzcie na Niego. Poznajcie jakie są wasze czyny !” Nawet drzewo spróchniałe i karłowate ma w sobie arterie życia.

wtorek, 18 listopada 2025

 

Otwieram okno na rozcież i zimny powiew powietrza unieruchamia twarz w migawkowym oglądzie rzeczywistości. Obok tego odczucia zewnętrzności, kotłowanina narośniętych myśli i obrazów, które również przynoszą jakiś trudny do opisania rodzaj roztargnienia i bólu. Rozebrane ze strojnej barwności drzewa- ich odstręczająca pustka- wskazuje na nieuchronny proces uśpienia i obumierania. Rysują się dramatycznie na tle nieba i murów kamienicy. „Śnie, który uczysz umierać człowieka”- odsłania prozaiczną prawdę jedna z fraszek Kochanowskiego. Tylko religia i sztuka dają powody do zadowolenia. „Każda sztuka sakralna przeciwstawia się śmierci, ponieważ nie jest ozdobą tej czy innej cywilizacji, ale wyraża ją zgodnie ze swoją wartością najwyższą”- twierdził niewybrednie Malraux. W chwilach dezorientacji i braku tchu, pocieszają mnie wpatrzone we mnie oczy świętych z ikon, Zaskarbia również moją uwagę ruchliwość flamandzkich miniatur, malowanych jakby pod lupą; drobiazgowo i ku uciesze obserwatorów, rejestrujących życie ludzi wolnych od przygniatającego pośpiechu i nerwowości- stanowiących magnetyzującą pochwałę banalnej skądinąd cudowności. Po uprzednim przeczytaniu listów Vincenta van Gogha do swojego brata Theo, wybrałem się nie bez oporu na immersyjną wystawę po sztuce tego postimpresjonistycznego artysty. Inercja wobec obrazów nakładających się na siebie z nutą chronologii i lapidarnego komentarza. Jest to dalekie od rzeczywistego i bezpośredniego obcowania z dziełami „epileptyka” czy „szaleńca.” To widowisko dla dyletantów i tych, którym nie będzie nigdy dane stanąć przed impastowymi, pełnymi witalności i nasycenia barwnymi płótnami mistrza. Być może to powoła do działania kolejnego imitatora który na mieniących się żółcią słonecznikach zarobi na chleb lub butelkę wina. Tego dalekiego krewniaka Rembrandta, trzeba postrzegać i czytać poważnie z atencją której ówcześni mu ludzie nie wyrazili. Jak sam mawiał: „Śnie o swoim obrazie i maluję swoje marzenie.” Jego sztuka jest ukonkretnieniem marzeń i czaru Prowansji która tak intensywnie zawładnęła jego sercem i zmysłami. Wrósł w ziemię której to mieszkańcy go wypluwali i obrzucali kamieniami bo z byt tępe były ich sądy i wyobraźnia. Każdy motyw to przyczynek do spostrzegawczej i ubogacającej umysł refleksji. To meta-natura, materia przeobrażona w gwałtownym i pełnym ekstatyczności dukcie pędzla, który jest niczym dłuto rzeźbiarza czy batuta dyrygenta. Dojmująca samotność twórcy, rozpostartego na cięciwie życia- pomiędzy stanem rozpaczy, a euforią istnienia- fascynuje i kłopocze również nas brodzących po ścieżkach świata którego historia zdaje się być bezbarwną. Jego sztuka ocala od pesymizmu, malkontenctwa, podnosi na duchu i zatrzymuje oczy na krajobrazie który subtelny język teologii nazywa rajem. Zawłaszczające spojrzenie etiudy piękna ! Słońca Van Gogha nieustannie świecą pełnią swego blasku, łany zbożna tańczą na wietrze muzyki, a kolory kwiatów pachną wiecznością o której jeszcze wciąż mało wiemy. Mi najbardziej podobają się jego Irysy w których zawiera się figlarna fascynacja kulturą japońską. Mam ich reprodukcję nad biurkiem i zerkam na nie w zimową szarugę rozwleczonego popołudnia.

niedziela, 16 listopada 2025

 

Gdy On jeszcze mówił, przyszedł ktoś z domu przełożonego synagogi i oznajmił: «Twoja córka umarła, nie trudź już Nauczyciela!» Lecz Jezus, słysząc to, rzekł: «Nie bój się; wierz tylko, a będzie ocalona». Gdy przyszedł do domu, nie pozwolił nikomu wejść z sobą, oprócz Piotra, Jakuba i Jana oraz ojca i matki dziecka. A wszyscy płakali i żałowali jej. Lecz On rzekł: «Nie płaczcie, bo nie umarła, tylko śpi».  I wyśmiewali Go, wiedząc, że umarła. On zaś ująwszy ją za rękę rzekł głośno: «Dziewczynko, wstań!»  Duch jej powrócił, i zaraz wstała. Polecił też, aby jej dano jeść. Rodzice jej osłupieli ze zdumienia, lecz On przykazał im, żeby nikomu nie mówili o tym, co się stało (Łk 8,41-56).

To najbardziej przejmujący i poruszający fragment Ewangelii. Można wiele mówić o śmierci, ale uchwycić jej niewybredną siłę w stracie kochanego i kruchego dziecka to doświadczenie najbardziej dramatyczne. Wchodzimy tu w mrok ludzkiego dramatu który przeszywa jedynie wątła struga nadziei. Wiele razy próbowałem sobie wyobrazić tak opisaną przez Łukasza scenę. Przyglądałem się malarskim próbom ukazania tego tematu, których wspólnym elementem jest cisza, intymność, poruszająca bliskość Jezusa i przebudzenie ze snu- ponieważ tak język wiary opisuje śmierć. Potrafię z czułością choć pewnie nieudolnie, przybliżyć się do uczuć rodziców, ich szamotaniny i braku pogodzenia się z faktem śmierci córki. Gwar i towarzyszące mu emocje, przemienione w święto przebudzenia. Trudna do pojęcia pedagogia nadziei. „Dzisiaj śmierć dziecka zdaje się być sprawą niedopuszczalną, ciężarem, który przekracza psychiczną odporność rodziców i który będzie ich gnębił przez długie lata, podczas gdy krewni i przyjaciele po okazaniu bezpośredniego współczucia schronią się w cieniu defensywnej konspiracji milczenia”(S. Yudkin). Osobiście towarzyszyłem wielu rodzicom w przeżywaniu choroby, odchodzenia i ostatecznie rozstania się z dzieckiem. Widziałem małżeństwa wylewające łzy i chwytające się wszystkich potencjalnych możliwości, aby choć o dzień przedłużyć gasnące życie ich pociech. Potrafili z dnia na dzień upłynnić majątek, żeby sfinansować kosztowną i niedającą pewności na wyzdrowienie lub zatrzymanie choroby eksperymentalną medycynę. Przemierzali pół świata za cudotwórcami i uzdrowicielami którzy mogli odwrócić fatalny bieg wydarzeń. Ostatecznie ich spojrzenie zatrzymywało się na spojrzeniu Chrystusa na krzyżu. Hiobowe dylematy i napięcia które im towarzyszyły, przekształcały rzeczywistość w nich i obok nich w pole walki, szamotaniny i bólu promieniującego na wszystkich którzy mieli z nimi kontakt. Jakże często wiara dawała im oparcie, ponieważ bez niej rozpadliby się na kawałki i nie mogliby siły się podnieść. Byli i tacy którzy przerzucali się winą i odpowiedzialnością za nieszczęście które ich spotkało, co prowadziło do napięć, oskarżeń i ostatecznie do rozpadu małżeństwa. Każdy ich krok przynosił większą ciemność. Pustka po stracie dziecka była tak wielka, że nic nie mogło jej wypełnić, a każde wspomnienie było jak zerwanie opatrunku z broczącej nieustannie rany. Byli i tacy, których odejście dziecka uszlachetniło, zbliżyło do siebie i skierowało ku pełnemu wiary otwarciu na Boga. Pamiętam małżeństwo które po walce nowotworowej dziecka, nieprzespanych nocach w szpitalu, towarzyszeniu i nadejściu śmierci, zamarli i zasklepili się w buncie i gorzkich pretensjach które przelewali na rodzinę i przyjaciół przez kolejne dwadzieścia lat. Już nie potrafili się uśmiechać, a ich spojrzenie było mętne i odpychające. Pozostali w szpitalnej sali i nie pozwolili dziecku odejść w lepsze i bezpieczniejsze miejsce. „W szpitalu można zrozumieć, jaką wartość ma zdrowie, ile znaczy życie- pisał N. Chatzinikolau- jak człowiek sam w sobie jest mały, a jak wielki staje się z Bogiem. Człowiek jest również słaby w swoich osiągnięciach cudownej technologii i geniuszu. Jego cuda są bardzo niewielkie. Bóg natomiast pozostaje w swoich porażkach, w śmierci i w pozornych niepowodzeniach. Życie podarowane przez człowieka zawsze kończy się śmiercią. Śmierć którą dopuszcza Bóg, zawsze prowadzi do życia i wieczności.” W mojej pamięci pozostanie szczególnie odejście dwudziestoletniej dziewczyny i ceremonia pogrzebowa której przewodniczyłem. Piękna dziewczyna, zmarła na białaczkę miesiąc przed swoim ślubem. Rodzina i narzeczony złożyli jej ciało w trumnie w ślubnej sukni. Wyszła na spotkanie innego Oblubieńca. Istota zmartwychwstała !

wtorek, 11 listopada 2025

 

Jeszcze módlmy się o zachowanie w opiece bożej naszej Ojczyzny, za jej władze zwierzchnie i wojsko Chrystusa miłujące, abyśmy mogli prowadzić ciche i spokojne życie, we wszelkiej pobożności i czystości. Patriotyzm- słowo emblematyczne i dla wielu anachroniczne o tak silnym zabarwieniu emocjonalnym, że może poróżnić wspólnotę osób zasiadających przy jednym stole i rozumiejących sens ważnych wydarzeń historycznych w zgoła odmienny sposób. Fluktuacje jednostek ukształtowanych w zaciszu rodzinnego domu, wspomnień lub totalnie przeżywanej ambiwalencji wobec migawkowo rozpamiętywanych wydarzeń naznaczających teraźniejszość. Historia przysparza najwięcej problemów tym, którzy o niej myślą przedawnienie i chłodnie, bez nadmiernej egzaltacji i patosu zaciskania w dłoni flagi, czy afiszowania różnej maści symboli narodowych. „Jesteśmy wielkim sztandarem narodowym”- przypomina poeta Norwid. Czarno- białe fotografie jeszcze nie wyblakły, a z najbardziej sędziwych umysłów nie wyparowały wspomnienia. Prawdziwe rozumienie historii wymaga, by człowiek nie był tylko istotą historyczną, ale znał ją z doświadczenia i potrafił zdobyć się na ponad przeciętną refleksję o naturze jej rzeczy. Naród który nie doświadczył braku wolności, uciemiężenia, wykorzenienia, dewastacji kultury i języka- nie jest wstanie pojąć sensu świętowania niepodległości; rozsupłanego węzła nieszczęść, niepowodzeń i chronicznych rozczarowań, romantycznych westchnień i zrywów, okupionych krwią jakże często bezimiennych bohaterów, których odwaga o wiele mocniej przemawia, niż nie jeden wystawiony na skwerach miast pomnik pamięci. „Istota bytu ludzkiego zawarta jest w jego egzystencji”- twierdził Heidegger. Nie musimy już patrzeć śmierci w oczy, czy oglądać ścierniska ciał na osnowie których przebudza się nowe pokolenie i wskrzeszona na powrót idea wolności. Ale przeszłość powraca i rekapituluje się, stając się moralnym imperatywem dla nas współczesnych, usadowionych w zaciszu bezpiecznych domów i wygodnych foteli. Pamięć jest święta ! Tylko pełna inwencji miłość mężczyzn i kobiet przyczyniła się do przezwyciężenia fatum historii i spulchniającego go od wewnątrz czasu, zakleszczenia w sidłach śmierci. Bohaterstwo rodzi się przypadkiem w chwilach impulsu i natychmiastowego działania, aby przechylić szalę beznadziei na rzecz upragnionego i uparcie oczekiwanego dobra i życia. Człowiek stojący po każdej ze stron dramatycznego biegu chwil jest zawsze simul justus et peccator. Marzę, aby płomień duszy narodu nie zgasł w wyniku wygodnictwa, lenistwa, obojętności i niepamięci. Gdy ktoś przestaje myśleć o dobru Ojczyzny bez synowskiego uczucia i kultury pamięci, staje się o ironio- dzieckiem bez domu- ślepcem brodzącym we mgle, widzącym jedynie siebie na osi pozbawionego głębszego sensu trwania. Los historii jest każdorazowo moim losem, paradoksalnie stygmatyzuje moją egzystencję i nie zwalnia w żaden sposób z wzięcia odpowiedzialności za kształt jutra. „Stoimy w obliczu końca historii. Dzień każdy świadczy o zastraszających postępach dżumy moralnej, która od Rosji sowieckiej pędząc, zagrania wszystkie kraje, wżera się w organizmy wszystkich narodów, wszędzie procesy rozkładowe wszczyna, w odmętach zdziczenia i zgnilizny pogrąża”- jakże nieprzedawnioną wydaje się diagnoza zapisana w dziele Mariana Zdziechowskiego W obliczu końca z 1937 roku. Nie możemy osiąść na mieliźnie raz wywalczonej wolności. „Powinniśmy patrzeć nasz los, na naszą przyszłość z szerszej światowej perspektywy, uwzględniając jej meandry i konfiguracje. Ilekroć próbowaliśmy samotnie brać los w nasze ręce, zawsze przegrywaliśmy. Niepodległość z 1918 zdobyliśmy dzięki korzystnej koniunkturze międzynarodowej”(R. Kapuściński). Każdy wiek musi przenikać trzeźwa i pełna przenikliwego spojrzenia czujność. „Całe widziadło życia zmienia się powoli w jeden wielki sekret, który na próżno usiłuje odebrać Bogu”(J. Wittlin). Kolejna rocznica odzyskania niepodległości przez Polskę, musi skłaniać do refleksji, zadumy nad światem w którym od czasu do czasu pojawiają się Neronowie, którzy chcą go ceremonialnie podpalić i pozbawić wolności. Zatem wołam ewangelicznie: „Błogosławieni, którzy czynią pokój, albowiem ich jest królestwo niebieskie.”

niedziela, 9 listopada 2025

 

Gdy wyszedł na ląd, wybiegł Mu naprzeciw pewien człowiek z miasta, opętany przez złe duchy… Gdy ujrzał Jezusa, z krzykiem padł przed Nim i zawołał: «Czego chcesz ode mnie, Jezusie, Synu Boga Najwyższego? Błagam Cię, nie dręcz mnie!» Rozkazywał bowiem duchowi nieczystemu, by wyszedł z tego człowieka. Bo już wiele razy porywał go, a choć wiązano go łańcuchami i trzymano w pętach, on rwał więzy, a zły duch gnał go na pustkowie. A Jezus zapytał go: «Jak ci na imię?» On odpowiedział: «Legion», bo wiele złych duchów weszło w niego. I zaczęły Go prosić, żeby im nie kazał odejść do Czeluści. A była tam duża trzoda świń, pasących się na górze. I zaczęły Go prosić [złe duchy], żeby im pozwolił wejść w nie. I pozwolił im. Wtedy złe duchy wyszły z człowieka i weszły w świnie, a trzoda ruszyła pędem po urwistym zboczu do jeziora i utonęła (Łk 8,26-39).

Biesowaty, tak w prawosławiu określa się człowieka opętanego przez złe duchy. Jęczący i wyrywający się byt człowieka, ubezwłasnowolnionego, szarpanego, udręczonego, nie posiadającego kontroli nad swoim ciałem i życiem. Zgraja demonów opanowała jego ciało i próbuje zawładnąć ostatnimi resztkami wolności; zdobyć duszę, bo o nią się rozgrywa to dramatyczne starcie. Jakże nieszczęśliwy jest ten człowiek- odarty z godności i krępowany- separowany od tych, którzy uchodzą za zdrowych na ciele i duszy. Tylko łzy rzeźbiące jego zdeformowaną od pogardy twarz i krzyk buntu wobec obecności Chrystusa, przyczyniają się do zbawczego aktu uzdrowienia i przełamania tego tragicznego impasu. W tym miejscu przypominają mi się słowa Dostojewskiego: „Tak, będziemy na łańcuchu, pozbawieni wolności, ale w naszym bólu zmartwychwstaniemy w radości, bez której człowiek nie może żyć, ani też Bóg nie może istnieć…” Kiedy czytam o tych krępujących człowieka łańcuchach to moim oczom jawi się ikona Zstąpienia do Otchłani gdzie Chrystus- jakby słońce schodzi do piekieł, przenika ciemność światłem i zrywa rygle, łańcuchy i kłódki którymi opięte są bramy miejsca śmierci. Biesy opuściły opętanego i weszły w stado świń. Ich przerażający ryk przykryły wody śmierci, przynosząc spokój i bezpieczeństwo przyglądającej się temu zajściu społeczności. Odtąd wody jeziora stały się mętne i czarne; otchłań nasycona tłuszczą. Przyglądający się tej spektakularnej konfrontacji ze złem, byli poruszeni tak dogłębnie, iż rozbiegli się po okolicy długo trawiąc w umysłach, co tak naprawdę się wydarzyło. Uwolniony usiadł przy Chrystusie i jak Marta z gościnnego domu w Betanii chłonął całym jestestwem Słowo Życia. Szpetna i powyginana twarz na podobieństwo grymasu małpy, odzyskuje świetlistość dziecka Bożego. Mężczyzna odzyskał wolność, wydarty siłom piekła, stanął naprzeciw Miłości i wtulił się w nią. Już wie, że jest sobą i pozostanie sobą, ocalonym- dzięki Jeszua którego imię ma moc i znaczy: Jahwe zbawia ! Dlatego święty Cyryl Jerozolimski podkreśla, że tylko to Imię jest „zbawczym lekarstwem.” Ponieważ jest On jednocześnie Bogiem i człowiekiem, jednoczącym w swej Osobie dwie natury- boską i ludzką, stąd dzięki wzruszeniu i mocy wiary- Chrystus uzdrawia chorą od grzechów duszę, a tym samym i nadwyrężone przez siły zła ciało. Cierpienie staje się darem i wielką szkołą miłosierdzia. „Oto stan grzesznika, który stoi u progu nawrócenia, rodząc w bólu nadzieję na zbawienie i odnowę swego życia- pisał Matta el- Maskine- Płacze, patrząc na przeszłość… Czy nie chcesz zatem wyciągnąć ręki, aby otrzymać siłę, przestać być słabym i martwym ?”- to pytanie musi nas wziąć w posiadanie i wryć się natychmiast w świadomość. Aktualność i terapeutyczne przesłanie dzisiejszej Ewangelii jest nad wyraz czytelne dla nas współczesnych. Niech wchodź w przestrzeń zła, unikaj sytuacji i przestrzeni, gdzie nieprzyjaciel może ugodzić twój słaby punkt i zawładnąć wolnością, upodlając i profanując to, co w człowieku jest święte. Zło jest zawsze postrzeganiem siebie w rozpaczy i separacji wobec Miłości !

czwartek, 6 listopada 2025

 

Każdy dzień przynosi jakieś nowe strapienia, wyzwania, niepewności w cieniu których dojrzały mężczyzna wydaje się zmarszczonym i ociężałym od prozaicznych czynności starcem. Przypominają mi się w tym miejscu słowa Camusa: „Za dnia lot ptaków zdaje się zawsze bez celu; ale wieczorem ptaki odnajdują swój cel. Lecą ku czemuś. Tak może w wieczór życia.” To również wyrazista metafora ludzkiego życia które niczym sinusoida- rozgrywana na odwrót- pomiędzy nocą zwątpienia, a blaskiem dnia w którym pragnie się ogrzać strudzony włóczęgą wędrowiec; ogarniający wszystko szerokim oddechem i głodnym spojrzeniem. „Pomiędzy słowami było wystarczająco dużo powietrza, wystarczająco dużo ciemności na płótnie, by ktoś mógł chwycić się własnego niedokończonego życia”(Ch. Bobin). Reflektujący twórczo świat człowiek, musi się zgiąć niczym ikebana i unieść ciężar własnego, a niekiedy cudzego istnienia. Dźwiganie ciężaru człowieka ! W obliczu najokrutniejszych wydarzeń słowa bledną, pozostawiając miejsce nadziei szamoczącej się z poczuciem rozpaczy i buntu. Nie dokonuje się to bez oporów i wewnętrznej konwulsji. Wchodzisz po schodach i z niepewnością zaglądasz do skrzynki pocztowej wyławiając list lub awizo z jakimś powiadomieniem o oficjalnym piśmie na które należy odpowiedzieć w wyznaczonym terminie, po uprzednim przetrawieniu przedłożonych tam mało optymistycznych treści. Jeszcze inni dowiadują się o chorobie która spada na nich jak grom z jasnego nieba, a nawet śmierci której pojawienia się nie można odroczyć. Poczucie stabilizacji to komfort nielicznych, którym jeszcze nikt nie nacisnął na odcisk lub nie spotwarzył strumieniem szorstkich słów. Szczerze dziwię się tym, którzy rutynowo przeżywają życie, będąc przywiązani skrupulatnemu wypełnianiu codziennych i powtarzalnych rytuałów. Jest to jakaś trudna do pojęcia formuła kontrolowanej egzystencji, opierającej się gwałtownym poruszeniom i sytuacjom, wobec których można poczuć się zagubionym albo bezradnie wystraszonym. Nie można schować się przed falą która nadchodzi nagle i przykrywa wszystko, co znajduje się w trajektorii wystraszonego i otępiałego spojrzenia. Żywioł jest zawsze konfrontacyjny i stawia wobec niewiadomych, czy ostatecznie trudnych do skalkulowania rozstrzygnięć. Każdy człowiek to zgoła odmienny przypadek psychologii- trudnej do rozszyfrowania i diagnozowania- wbrew przekonaniu o skuteczności wypracowanych narzędzi. Schowany skrycie za bezpiecznymi ścianami umeblowanego świata, czy przywdziewający maski w momentach niełatwych konfrontacji z prawdą o sobie samym. Każdy rzeźbi swoje życie ułomnie lub z patosem, starannie odcedzając zło od dobra; unikając otarć, czy cerując ubytki nadwyrężonego od myślenia o jutrze intelektu. Ostatecznie będąc posiniaczonym wstaje z kolan i wie, że to jedynie jedna z wielu niepoliczalnych ale możliwych do udźwignięcia prób. „Gdy stoję z wyciągniętymi rękoma oznacza to postawiony krzyż”- czytam w tekście z pierwszych wieków chrześcijaństwa i to mnie pociesza.

wtorek, 4 listopada 2025

 

Wybrałem się na spacer po cmentarzu kiedy go opuściły tłumy ludzi i komercyjna zawierucha opadła. To już jedno z niewielu miejsc w hałaśliwej topografii miasta, gdzie można usłyszeć własne myśli- można zarejestrować innymi zmysłami szepty tych, którzy odeszli- a w jakiś trudny do zracjonalizowania sposób próbują się z nami komunikować. Jak bluszczem obrośnięte drzewa, tak piętrzą się wspomnienia z których wyłaniają się sylwety bliskich oraz brzmiąco znajome słowa, będące już poza strefą zapomnienia czy wyparcia. Rozciągający się krajobraz świateł i cieni, promienie zachodzącego słońca i dojmujące przeświadczenie o tym, że to nieunikniona konieczność każdego człowieka- spotkanie ze śmiercią. „Człowiek zmierza ku własnemu końcowi powoli, potykając się. Wszyscy są w tym samotni- i to jest dobre w tej ostatniej wędrówce”- pisał Marai. Rozstanie z czasem i wejście w zupełnie inny, absolutnie odmienny sposób bytowania. Wątpliwości zawsze się pojawiają i spowijają umysł niczym mgła po której pojawia się brzask świtu i śpiew ptaków. Sztuka opromieniona mądrością religii próbuje dotykać tych tropów; rozsuwać nieporadnie i odrętwieniu zasłonę tajemnicy. Po każdej rozmowie z moją ponad osiemdziesięcioletnią mamą, odnoszę wrażenie, iż jej każdy dzień to rodzaj duchowych ćwiczeń i powolnego oswajania się z tym, co nieuniknione. „Synku, tak się źle czułam tej nocy, iż bałam się zamknąć powieki. Bałam się, że to już koniec.” Uporczywe rozterki w jesieni życia i kurczowe trzymanie się powierzchni, ponieważ strumień czasu i jego możliwe spowolnienie należy już nie od nas, lecz od Boga.  W pewnym hinduskim sanskrycie jest opowieść o pustelniku który usłyszał wewnętrzny głos: „Wybierz jedno z twych pragnień.” Przychodzi w życiu taka chwila, że już nic nie potrzebujemy poza możliwością cofnięcia zegarka i bezbolesnym wstaniem z łóżka. Ogłuszenie, zaćmienie oczu i kołatanie serca, jednym słowem bezradność na które jedynym środkiem „farmaceutycznym” jest wiara i święty spokój. Działają tu siły wymykające się teologicznej spekulacji, sytuują się one na krawędzi doświadczenia prawie quasi mistycznego. „Milczenie umarłych ciąży żyjącym. Jednak od Chrystusa śmierć ma sens chrześcijański, nie jest już intruzem, lecz wielką inicjatorką”(P. Evdokimov). Ludzie wierzący pogodniej przeżywają chwilę przejścia, konfrontacji z bólem i rozstaniem z innymi. Przenika ich dusze i oczy nadzieja, świetlistość horyzontu za którym pojawi się coś nie tyle spektakularnie ważnego czy oszałamiającego, lecz zarys pejzażu miłości- rzeczywistości wolnej od trosk, rozczarowań, zranień i wzdęć historii. „Pojawienie się tęsknoty już jest zbawieniem”- twierdził Bierdiajew, orientując człowieka w wolności i optymistycznym scenariuszu końca. Stąd jest mi myślicielem najbardziej bliskim, a jego wrażliwość najmocniej koresponduje z moją, przechylając wszystkie piętrzące się rozterki w kierunku nadziei, która nie może zawieść. „Człowiek zbudowany jest z nadziei. Gdyby ją odebrać- cóż zostaje z człowieka ? Nasze życie jest zaczynaną każdego ranka nieustanną walką ze zniechęceniem, smutkiem i rozpaczą, które nabierają siły, w miarę jak słabniemy, jak posuwamy się w latach, gdy powoli opuszcza nas radość. Póki nadziei- póty życia. Ona jest siłą i motorem”- kreślił na kartce swojego dziennika Pasierb. Wszystko jest wielką szkołą ufności i oczekiwaniem na spotkanie z Obecnością !

niedziela, 2 listopada 2025

 

Umarł żebrak i aniołowie zanieśli go na łono Abrahama. Umarł także bogacz i został pogrzebany. Gdy w Otchłani, pogrążony w mękach, podniósł oczy, ujrzał z daleka Abrahama i Łazarza na jego łonie. I zawołał: «Ojcze Abrahamie, ulituj się nade mną i poślij Łazarza; niech koniec swego palca umoczy w wodzie i ochłodzi mój język, bo strasznie cierpię w tym płomieniu»…(  Łk 16,19-31).

W świecie w którym wszystko wydaje się na sprzedaż, tak naprawdę nie ma nic. Dzisiejsza parabola demaskuje ludzką zachłanność i odsłania kulisy społecznej niesprawiedliwości dotykającej każdego okresu historii i uwikłanego w niej człowieka. Chrystus wbrew pojawiającym się opiniom, nie głosi rewolucji ploretariackiej w której to klasa uciskana- będąca na marginesie życia- wstaje z kolan i podnosi protest przeciwko bogatym wyzyskiwaczom. Bóg jest subtelniejszy w swojej mądrości i przenikliwości, niż chcieliby tego zabarwieni socjalizmem teologiczni dyletanci. Istnieją tacy którzy twierdzą, iż „chrześcijaństwa nie interesuje żaden program przemiany świata i nie ma też żadnych propozycji odnośnie reform politycznych i społecznych”(R. Bultmann). Sens przypowieści jest zgoła inny i na pewno nie proklamuje cnoty komunizmu chrześcijańskiego. Ewangelia wsączona w marksizm to utopijnie szatański bunt mas. Przypowieść jest przestrogą przed nadmiernym prymatem „mieć” nad „być.” Człowiek pozbawiony wewnętrznej głębi, staje się istotą niezaspokojoną- tak silnie uwikłaną w destrukcyjnych mechanizmach hedonistycznej egzystencji, pod warstwą której jest przerażająca umysł ciemność. Szatow powiada w Biesach do Mikołaja Stawrogina: „Pan zatracił zdolność rozróżniania dobra i zła…” Bogacz ma zamknięte serce na ludzką tragedię i dlatego duchowo bankrutuje. Oczy ubogich to najpiękniejszy krajobraz jaki przynosi wolność. Nie potrafi dostrzec w swoim obliczu zachłanności i bezduszności. Jego zachłanne dłonie zaciskają pieniądz jako narzędzie dominowania nad innymi. „Czyż nie jesteś łupieżcą, skoro to, co otrzymałeś we władanie, czynisz osobistą twoja własnością ? Czy ten, co obdziera z szat ubranego będzie nazywał się rabusiem, a ten, co nie przyodziewa nagiego, choć może to uczynić, zasługuje na inną nazwę ? Do łaknącego należy chleb, który ty zatrzymujesz; do nagiego szata, którą ty chowasz w skrzyni; do bosego obuwie, które u ciebie pleśnieje; do potrzebującego należą pieniądze, któreś zachował. To ty krzywdzisz tylu, iluś mógł obdarzyć”- nauczał św. Bazyli Wielki. Hałaśliwość i nieprzyzwoitość istnienia bogacza, skutecznie zamyka mu drzwi do wieczności. To perspektywa eschatologiczna wysuwa się na pierwszym miejscu, a potwierdzeniem jej jest postać ubogiego Łazarza, znajdującego ostatecznie swoje miejsce na „łonie Abrahama.” Bierdiajew twierdził, że „człowiek w swoim wymiarze głębi łączy się nie tylko z czasem, ale także z wiecznością. Jeśli człowiek jest całkowicie wrzucony w czas, jeśli nie istnieje w nim nic z wieczności i dla wieczności, to obraz człowieka, osoby, nie może zostać zachowany.” W tym świecie, który marzy tylko o bogactwie, pięknie i młodości, śmierć nadchodzi niezapowiedzianie i ukradkiem, jak przyczajony złodziej pod ukradkiem nocy. Rzeczywistość odwrócona i brak spłaty długu miłości. Bogacz zatopił się w konwulsji śmierci i otchłani, widząc w ułamku sekundy całe swoje paskudne życie. Nie ma już nad nim kontroli. Umiera spragnienia i samotności, zdany na kaprys boskiej sprawiedliwości i miłosierne westchnienie Łazarza.

wtorek, 28 października 2025

 

Intryguje mnie codzienność z fabułą nieprzewidzianych sytuacji, dreszczykiem emocji, czy wydarzeniami których staję się częścią- na kształt kamienia w murowanego w fundament nadwyrężonego przez czas domu. Identyfikuję się ze spostrzeżeniem Parandowskiego: „Pisarz nigdy nie jest bezinteresownym obserwatorem, jeszcze mniej roztargnionym przechodniem, każde zjawisko, choćby najbłahsze, najbardziej banalne, porusza w nim nie tylko ten czy inny zmysł, ale i wyobraźnię, która je rozszerza, i słowa, które je mimowolnie, odruchowo kształtują. Z takiej przelotnej obserwacji wynosi się czasem jedno zdanie, jedną metaforę, jeden wyraz- ziarna, zawsze zdolne zakiełkować, i może jakaś inna chwila podniesie je do kłosu.” Rzeczywistość jest nabrzmiała od tematów z którym warto lub nie się konfrontować. Spaceruję po kobiercu złotych liści które muskane wiatrem, wykonują swój popisowy balet. Wiatr i deszcz nastraja do refleksji nad przygodnością wszystkiego, co zatrzymują oczy i ku czemu rozpościerają się ręce. Przemoczony i zmęczony natłokiem dziejących się w tych dniach spraw, zatrzymuję się i patrzę. Kruchość materii zatopionej w śnie i pocałunkowi śmierci. Tylko cmentarz ku możliwemu pocieszeniu nielicznych, rozbłyska niepoliczalną liczbą zniczy i barwnością chryzantem które w polskiej tradycji stawiamy na grobach zmarłych- jako wyraz pamięci i tęsknoty. Zgiełk ludzi, pomimo niego potrafię wytworzyć w sobie atmosferę ciszy i zadumy. Miał rację Maeterlinck mówiąc, że „inteligencja to zdolność, przy której pomocy pojmujemy ostatecznie, że wszystko jest niepojęte.” Narodziny, dojrzewanie, przekwitanie, konfrontacja z chorobą i cierpieniem, nieunikniona i najwyżej trochę odwleczona w czasie śmierć- to topografia człowieka wrzuconego w świat i przekraczającego go zarazem- przy wszystkich subtelnościach niewiadomych. Z jednego łona się wychodzi przez prawidła biologii, do innego się wstępuje przez wiarę. Możemy się szamotać, ale nie zmienimy tej kolejności zdarzeń i temporalności którą uparcie regulują zegary. Kiełkowanie świadomości: „Oczekuję wskrzeszenia zmarłych i życia wiecznego” które odmawia się wyuczenie i instynktownie od dziecka, zdając sobie sprawę, że jest się częścią liturgicznego oczekiwania Paschy. „W śmiertelnej czasowości ciała jedna kropla wieczności daje pełnię chwili, w której nasze żyły napełnią się istnieniem”(O. Clement). Często śni mi się moja śmierć i pogrzeb. Widzę siebie z pewnego dystansu. Jakby kilka malarskich perspektyw nałożyło się na siebie, tworząc trudną do opisania sublimację kadrów. Postacie stojące nad moim wystygłym ciałem i dłoń anonimowej postaci, kładąca sudarium na moją nieruchomą i nic nie mówiącą twarz. Próbuję ruszyć powieką, ale nie mogę. Ciasno mi w tej drewnianej trumnie która kojarzy się z kołyską i skrępowaniem jakiemu jest poddane niczego świadome dziecko. Przygniata mnie ciężar wspomnień, a zarazem podrywa niewidzialna siła ku górze. To jedynie migawkowy sen, bądź projekcja naznaczona intensywnością przeżyć pod ciężarem których umysł może płatać figle lub prowokować do głębszego namysłu. „Wchodzi się do raju dzisiaj, kiedy się jest biednym i ukrzyżowanym”- wspominał o tej natychmiastowości przejścia Bloy. Mam zwyczaj przypominać moim uczniom, że jakbym odszedł natychmiastowo i nie zapowiedzenie z tego grajdołka, to mają na mój grób przynieść jedynie żywe i pachnące kwiaty. To jest warunek sine qua non mojego zmartwychpowstania. Kwiaty, których zapachem była odurzona Maria Magdalena z obrazu Fra Angelica, próbując dotknąć się Mistrza. Choć jedna z tych pociech po drugiej stronie Raju !

niedziela, 26 października 2025

 

Gdy zebrał się wielki tłum i z miast przychodzili do Niego; rzekł w przypowieściach: «Siewca wyszedł siać ziarno. A gdy siał, jedno padło na drogę i zostało podeptane, a ptaki powietrzne wydziobały je. Inne padło na skałę i gdy wzeszło, uschło, bo nie miało wilgoci. Inne znowu padło między ciernie, a ciernie razem z nim wyrosły i zagłuszyły je. Inne w końcu padło na ziemię żyzną i gdy wzrosło, wydało plon stokrotny». Przy tych słowach wołał: «Kto ma uszy do słuchania, niechaj słucha!»(Łk 8, 4-8).

Ewangelia jest księgą składającą się z wielu zdań, a w każdym ze zdań jest wiele krajobrazów poruszających zmysły choćby przypadkowego i niezorientowanego w egzegezie czytelnika. Jest tam szum drzew oliwnych, studnie dla strudzonych samotników, bryza wiatru z nad pustyni, stuk kopyt osiołków, zapach ryb ułowionych w nocnym zmaganiu z żywiołem wody, figowce smagane wiatrem i ziarna które rolnik z nadzieją rozrzuca, iż wpadną w płodne łono ziemi i staną się powszednim chlebem. U Orygenesa czytam: „Cała rzeczywistość zmysłowa, włącznie z niebem i tym, co zawiera, dla tego, kto się w nią wpatruje, jest jak owe białe pola gotowe do żniwa, albowiem odsłania się jej logos ukazujący się tym, którzy upodobnili się do obrazu Boga i zyskali oczy podobne do oczu Boga, które widziały, że stworzenie jest dobre.” Błogosławiona materia przez którą zwiastowana jest prawda o wieczności ! Galilea i jej odczucie ziemi rozsianej pośród górzystych wzniesień; krajobrazu nieprzewidywalnego w swych kaprysach. W takiej scenerii osadzona jest przypowieść o siewcy. Tu się zaczyna rezonowanie słowa- pęcznienie ziarna w uszach słuchaczy wrośniętych w ziemię i czerpiących z niej życie. Alegoria podąża drogą historii zbawienia. Trzeba porzucić mentalność człowieka wielkomiejskiej cywilizacji, aby zrozumieć sens Królestwa Bożego które przychodzi w ukryciu, pośród pasma niepowodzeń. Chrystus przekonuje nas, że Królestwo jest zasiewem- znojnie powtarzaną czynnością, nawet jeśli ten świat zamarzony przez Boga, musi przejść przez proces obumarcia, zakleszczenia w szczelinach i cierniach ludzkiego odtrącenia. Siewcę przenika nadzieja wzrostu i przekonanie o ostatecznym sukcesie. „Bóg jest hojny. Nie sieje tylko na dobrej glebie, nie chce nawet wiedzieć, kto jest chwastem, a kto żyzną ziemią. Nie wolno nam zatem ograniczać zasiewu tylko do żyznej ziemi…czy też do tej, którą my uważamy za żyzną”(A. Maillot). Największym zadaniem dla dzisiejszych chrześcijan to ocalić ziarno wiary. Osłonić je przed żywiołem zniszczenia, zagubienia i podeptania. Religia jest uchwyceniem tego sensu- zespoleniem z Tym, który zasiewa i uczestniczeniem w procesie wzrostu ziarna.

czwartek, 23 października 2025

 

Od dwóch dni udziela mi się pesymizm filozofów którzy życie postrzegali jako źródło zmagań, cierpień i uwierających serce niedostatków. „Największe cierpienia ludzi mają swe źródło w miłości”(E. Cardenal). Każda chwila jest jakimś nieprawdopodobnym wyzwaniem, piętrzącym się bólem w konfrontacji z sytuacjami których autorami są inni- a zarazem tak bardzo bliscy ludzie- stojący naprzeciw, choć odwróceni ciągle plecami. „Szczęśliwy, kto swe życie wśród własnych przeżył pól. Dom, który widział go chłopcem, teraz siwą jego głowę osłania. Szczęśliwy, kto wspiera się laską na tej samej ziemi, gdzie niegdyś pełzał jak dziecko, i wspomina długie lata pod jednym spędzone dachem”- porusza, więcej targa mną, antyczny tekst nieznanego autora- zamieszczony na marginaliach przetartej przez czas książki. Chciałbym mieć tę łaskę starca powłóczającego nogami po ziemi z której się wyrosło i wychylało miarowo ku wyczekiwanej dorosłości. Spojrzenie na historię, ludzi i rzeczy staje się nostalgiczne i tak wyraźne w oglądzie, że trudno ten stan znieść, uporać się z żywiołem obrazów i podszeptów szturmujących już aż nazbyt nadwyrężony umysł. Ostatnio słabo sypiam. Noc przerywana pauzami ciszy i wątle wyszeptanej modlitwy ust spracowanych i chropowatych- dialogu z Obecnością- tak lubię nazywać Boga Biblii, Patriarchów, Proroków i Apostołów których wspólnym doświadczeniem był Ogień, podrywający ich ze snu i wyruszenia w nieznane. Chciałbym mieć ich siłę i determinację, spokój i cierpliwość wyciągania z ciała świata drzazg i zaleczania ran. Bandażowania strapień i daru uśmiechu, nawet jeśli pojawia się w nie porę i rozwesela natarczywą pszczołę która zgubiła trasę do ula. Wędrówki pod prąd, naprzeciw świata przyjemności i bezmyślności, wchłaniającej człowieka pustki. Kalkuluję sumiennie moje sukcesy i niepowodzenia, upadki i wzloty, rozpadliny trosk i podekscytowanie zalegającym niespodziewanie i Bóg wie z skąd szczęściem, a nastającym po nim gwałtownie fiaskiem. „Do ogłuchłych muszę krzyczeć, dla słabo widzących muszę pisać dużymi literami”- to zadanie pokornego sługi który próbuje rozkruszyć zawiłość własnej egzystencji niczym orzech; wyłuskać smak i zapach czegoś, co nada wszystkiemu świeży sens. Święty Izaak Syryjczyk twierdził, że „milczenie jest tajemnicą świata, który ma nadejść.” Stąd będę milczał i wyczekiwał świtu !