Jezus
przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy
nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze. A wielu, przysłuchując się, pytało
ze zdziwieniem: „Skąd On to ma? I co za mądrość, która Mu jest dana? I takie
cuda dzieją się przez Jego ręce. Czy nie jest to cieśla, syn Maryi, a brat
Jakuba, Józefa, Judy i Szymona? Czyż nie żyją tu u nas także Jego siostry?” I
powątpiewali o Nim. A Jezus mówił im: „Tylko w swojej ojczyźnie, wśród swoich
krewnych i w swoim domu może być prorok tak lekceważony”. I nie mógł tam
zdziałać żadnego cudu, jedynie na kilku chorych położył ręce i uzdrowił ich.
Dziwił się też ich niedowiarstwu. Potem obchodził okoliczne wsie i nauczał.
Czytając dzisiejszy
fragment Ewangelii pojawia się pokusa, aby się zirytować na współziomków
Chrystusa. Obraz takiego Mesjasza całkowicie był niezgodny z ich wyobrażeniami.
Nie można ich winić, jedyne co wydaje się smutne i rozczarowujące, to brak
wiary. Czasami jesteśmy do nich podobni; wytwarzamy w sobie swój własny obraz
Boga i dopasowujemy do niego wszystkie atrybucje (będące projekcją naszych
ukrytych oczekiwań). Takie wyobrażenie zakłada pewną postawę interesowności-
Bóg na usługach człowieka. Tworzymy sobie pewien mit kogoś, kto odpowiada
naszej zachłannej wyobraźni. Taki obraz szybko rozbija się na drobne kawałki. Wyobrażamy
sobie Boga spełniającego nasze zachcianki, a jednocześnie bezmyślnie mijamy
Boga, który przechodzi obok nas urzeczywistniając miłość- subtelnie i
niewidocznie na pierwszy rzut oka. W taką pułapkę wpadli mieszkańcy Nazaretu.
Bóg nie odpowiadał ich wyobrażeniom, przekraczał wkodowany w głowę mit Mesjasza.
Chrystus wskazuje na serce, jako przestrzeń spotkania i doświadczenia cudu- „dobrze
widzi się tylko sercem”. Kiedy człowiek staje przed Nim ogołocony ze zbędnych
wyobrażeń, pozbawiony sfabrykowanych oczekiwań- wtedy Chrystus staje się
najbardziej bliski. „Są dwie drogi, aby przeżyć życie. Jedna to żyć tak, jakby
nic nie było cudem. Druga to żyć tak, jakby cudem było wszystko”- pisał Einstein.
Często boimy się odsłonić szeroko powieki i zobaczyć, że wszystko to, co dzieje
się w naszym życiu jest wypadkową małych ingerencji Boga. Mikrocuda dotykają
nas i wszystkiego wokół nas. W zauważeniu tych fenomenów miłości Boga,
pozostaje człowiekowi do zrobienia tylko jedna rzecz: przekonanie Boga, że na mojej
twarzy jaśnieje blask wiary ! Nie możemy się z Nim zamienić miejscami…, bo
jeśli to uczynimy, wpadniemy w tę samą pułapkę myślenia co ludzie z dzisiejszej
Ewangelii- Bóg „zagrozi” naszej wyimaginowanej wolności. Dostojewski w Braciach
Karamzow, przestrzega przed rezygnacją i brakiem zaufania Bogu. Wskazuje na
katastrofę, będącą efektem ludzkiej wolności „Kiedy wszyscy ludzie pozbędą się idei
Boga i wieczności…, człowiek skupi się na tym, aby czerpać z życia wszystko, co
ono może dać, ale jedynie gwoli szczęścia i radości, i tylko w tym życiu.
Wówczas ludzie sami staną się „jako bogowie”, napełnieni boskim duchem i
poczuciem „tytanicznej dumy”. Mamy tu obraz utopii- Bóg wygnany z życia ludzi,
zastąpiony zamiennikami szczęścia. To katastrofa prowadząca do duchowego unicestwienia…
Bóg rozpoznany, przyjęty z wiarą- jest wstanie całkowicie przeobrazić nasz
świat. Czeka na naszą wolność…