Łk
4,16-30
Scena w dzisiejszej
Ewangelii jest niezwykle intrygująca i dynamiczna. Wraz z każdym przeczytanym
słowem przez Chrystusa i poczynionym komentarzem, zmienia się temperatura
zgromadzenia- od fascynacji Jego osobą, po święte oburzenie. Jest to jeden z
tych rzadkich, sugestywnych momentów w których Jezus z niezrównaną
naturalnością odsłania nagle swoja tożsamość. Wydają się na miejscu słowa
libańskiego myśliciela Gibrana: „Być zrozumiałym, to być poniżonym, a być
pojętym to tylko osiągnąć pełnię, i jak dojrzały owoc wpaść w czyjeś ręce”.
Chrystus został kompletnie niezrozumiany przez swoich współziomków; ludzie
którzy Go znali od dziecka, nie potrafili się przebić przez mur własnych
wyobrażeń, wspomnień i stereotypów. Dla wielu z nich Jezus był tylko zwyczajnym
synem cieśli; a teraz uzurpuje i przypisuje sobie rolę kogoś wyjątkowego, który
odwołuje się do autorytetu Pisma. Osoba Jezusa nie przystawała do ich pełnego
patetyzmu i heroiczności obrazu mesjasza. On nie był rewolucjonistą i zwiastunem
militarnej wolności, proklamującej stanięcie do walki przeciwko okupantowi. Chrystusowa
wizja wolności, zwiastowała pokój w ludzkich sercach, jej tworzywem była miłość,
a nie wielkość wydarta siłą ludzkich pieści. Tyle gwałtowności, niechęci,
świętego oburzenia z powodu jednego Człowieka. Czasami jak wyjmie się jedną
cegłę z fundamentu zbudowanego domu, to coś może drgnąć- takie drgnięcie
nastąpiło w sercach ślepych i zapatrzonych w siebie mieszkańców Nazaretu.
Nikogo z nich nie dotknęła łaska, żaden z nich nie otrzymał niczego, ponieważ
nie potrafił przebić się przez niewiarę i własną ograniczoność. Rozpoznać
Boga-Człowieka można tylko wtedy, kiedy serce i umysł jest opróżnione z
niepotrzebnych balastów myślenia innych ludzi, z fałszywego poczucia pewności. Wiara
jest zawsze ryzykiem, przez które Bóg dotyka, uzdrawia, rozpościera duchowe
horyzonty. Kiedy wydaje nam się, że Bóg jest daleko- to tak naprawdę jest najbliżej
nas. Pozostaje tylko jedno- uwierzyć !